Przeliczenie=konkretyzacja. Upada patent na unieważnienie kredytów frankowych?

Przeliczenie=konkretyzacja. Upada patent na unieważnienie kredytów frankowych?

Jakie mogą być konsekwencje nie spłacania w terminie rat kredytu hipotecznego? Cóż, na tak postawione pytanie odpowiedź wydaje się śmiesznie prosta – bank najpierw wzywa do zapłaty, a potem idzie do sądu z Bankowym Tytułem Egzekucyjnym w rączce. Sąd nie musi nawet zwoływać wszystkich stron, sprawdza tylko czy w tytule egzekucyjnym wszystko się zgadza i nadaje mu rygor natychmiastowej wykonalności. Bank, mając taką pieczątkę, udaje się do komornika, a ten podejmuje działania mające na celu wykwaterowanie nierzetelnego płatnika. W przypadku kredytu walutowego sytuacja wygląda jeszcze groźniej, bo jeszcze zanim do BTE zostanie wbita klauzula wykonalności, bank przewalutowuje kredyt po bieżącym kursie, sankcjonując tym samym ogromny wzrost zadłużenia klienta. Wzrost, który w zasadzie pozbawia go szans wykaraskania się z długów do końca życia. Nawet po wyrzuceniu dłużnika z mieszkania i sprzedaniu tegoż i nawet przy założeniu, że przy okazji nie będzie żadnych machlojek (typu „podstawiony” kupujący, przejmujący mieszkanie za bezcen, czyli po sztucznie zaniżonej cenie wywoławczej), do spłaty zostaje kilkaset tysięcy złotych długów. Tak, jak w opisywanej przeze mnie sprawie pod kryptonimem „bez łaski w Łasku”.

Bankowcy wiedzą, że wypowiedzenie kredytu frankowego to rzecz,której każdy kredytobiorca boi się jak ognia. Nakładają więc swobodnie na klientów różne dodatkowe wymogi i prowizje z myślą, że klient i tak nic im nie zrobi. Znam historie o bankach, które wręcz wyspecjalizowały się w wypowiadaniu klientom kredytów z powodu niewielkich niedopłat. Wypowiedzenia są warunkowe i oczywiście z bankiem można próbować się dogadać, o ile będzie się grzecznym. Taka sytuacja, w której bank jest panem życia i śmierci klienta, jest chora. To niedobrze, że państwo, na którego utrzymanie wszyscy płacimy podatki, sankcjonuje taki stan. Ale od grudnia 2014 r.  los kredytobiorców frankowych, którzy nie spłacają w terminie rat (przeważnie dlatego, że nie mają pieniędzy, rzadko kiedy jest to tylko ich małpia złośliwość), jest dużo lżejszy. Sąd w Szczecinie dwukrotnie zakwestionował BTE dotyczący kredytów frankowych, mając wątpliwości co do wyliczeń, które bank przyjął przy przewalutowaniu kredytu z franków na złote. W obu przypadkach – pierwszy z nich szeroko opisywałem w blogu – klient skutecznie przekonał sędziego, że przeliczenie nastąpiło na podstawie nieprecyzyjnej klauzuli.

Zobacz również:

„Sąd nie znalazł w umowie podstaw dla naliczenia żądanej przez bank kwoty w złotych. W związku z tym, sąd uznał, że nie jest możliwe korzystanie przez bank z przywilejów egzekucyjnych, czyli pominięcia drogi procesowej i wysłania od razu wniosku do sądu o klauzulę wykonalności. (…) Skoro bank nie wykazał umownych podstaw egzekwowanej kwoty, to nie może iść drogą na skróty”

– napisał mi a propos drugiej z tych spraw mec. Mariusz Korpalski. Ale jest tu też nieco ważniejszy niuans. O ile pierwszy „przypadek szczeciński’ dotyczył kredytu wyrażonego w złotych, jedynie indeksowanego do franka, to drugi – kredytu denominowanego we franku. Dlaczego to takie ważne? W kredycie denominowanym we frankach klient ma w umowie wpisaną kwotę w obcej walucie, co mogłoby, niejako „przy okazji” analizowania prawomocności BTE, zaprowadzić sąd do konkluzji, że… to nie jest w ogóle żaden kredyt. Wstępna denominacja, czyli przeliczenie kwoty kredytu na złote po kursie kupna obowiązującym w banku (taką kwotę bank wypłaca klientowi), oznacza, że w kredytach denominowanych we frankach kwota kredytu do momentu wypłaty nie była klientowi znana (zależała od zmian kursów). W tej sytuacji sąd mógłby dojść do wniosku, że nie został ustalony jeden z elementów definicyjnych umowy kredytowej: kwota kredytu udostępniana klientowi. A skoro tak, to sąd mógłby uznać, że umowa nie została zawarta i jest nieważna. No i sąd w Szczecinie, analizujący sprawę kredytu denominowanego we frankach, rzeczywiście się w tej kwestii wypowiedział. Od kilku dni znamy uzasadnienie tego wyroku:

szczecinuzasadnienie2 

A więc fakt, że kwota kredytu w umowie jest wyrażona we frankach, a klient nie wie ile dostanie pieniędzy do ręki, nie powoduje – zdaniem sądu – nieważności umowy. Paragraf 9. umowy, nakazujący stronom przeliczenie kredytu z franków na złote (w celu wypłacenia klientowi określonej kwoty w rodzimej walucie) sąd uznał za zapis „konkretyzujący”. A zatem wystarczający do tego, by cała umowa była ważna. Jednocześnie sąd uznał, że szczegóły tego przeliczenia nie zostały odpowiednio precyzyjnie przedstawione w umowie, dlaczego unieważnił BTE opierający się na owych szczegółach. Interpretacja mówiąca, że umowa nie może zostać unieważniona tylko dlatego, że klient nie zna dokładnej kwoty swojego długu, ma znaczenie również dla kredytów indeksowanych do franka. W obu rodzajach kredytu dochodzi do przeliczania kwoty kredytu na złote (tyle, że w różnych momentach), więc sądy mogą na to patrzeć tak samo. Szczeciński sąd niejako stawia pod znakiem zapytania jeden z argumentów przemawiających za unieważnieniem kredytów we frankach, które niedawno wygłosiła na stronach niniejszego blogu mec. Barbara Garlacz z kancelarii Harvest Legal House. 

Niezależnie od tego niuansu pragnę Wam donieść, że oba „wyroki szczecińskie” już zaczynają zmieniać podejście banków do klientów. Dostałem list od czytelnika, klienta jednego z banków, który zalega – i to dość poważnie – z ratami kredytowymi. Zaległości te trwają już mniej więcej od roku, więc trudno się dziwić, że bank ów – celowo nie wymieniam jego nazwy, żeby nie pogorszyć sytuacji klienta – już bez ogródek zagroził rozwiązaniem umowy, odrzucając lub ignorując propozycje ugodowe. Jakiś czas temu umowa została formalnie rozwiązana, a kredyt przewalutowany na złote. W tzw. międzyczasie zdarzyła się „sprawa szczecińska”, zaś klient przedstawił bankowi kolejne propozycje, poparte deklaracją, że zamierza zakwestionować w sądzie BTE. Reakcja banku była tyleż zaskakująca, co racjonalna – przyjął propozycje ugodowe klienta z kilkoma poprawkami. Negocjacje nie są jeszcze zakończone, ale wygląda na to, że restrukturyzacja kredytu stanie się wreszcie możliwa, choć wcześniej bank nawet nie chciał o niej słyszeć. I dobrze, zawsze uważałem, że warto rozmawiać. A jeśli nikt nie chce rozmawiać, to obie strony mają problem, bo nie wiadomo ile klient jest winny.

„Sąd, nie przyznając klauzuli wykonalności bankowemu tytułowi egzekucyjnemu odsyła do procesu o zapłatę, który musi wytoczyć bank, żeby dochodzić spłaty kredytu. W tym drugim procesie sąd będzie musiał ocenić skuteczność umowy i powiązanie żądań banku z jej treścią. Dopiero w tym drugim procesie sąd zmierzy się więc z odpowiedzią na pytanie: czy i ile zaległości w spłacie kredytu ma klient”

– pisze mec. Korpalski. Oczywiście: nie ma pewności, iż klient, który przestał spłacać raty, nie będzie musiał w końcu oddać bankowi astronomicznego długu wynikającego z wystawienia przez bank BTE. Sąd może przecież uznać, że zadłużenie klienta jest dokładnie takie, jak wyliczył bank. Albo że klient powinien oddać kwotę zadłużenia wyrażoną we frankach. Rzecz w tym, że będzie się musiał w tej sprawie odbyć kolejny proces. Ani bank, ani klient nie powinien być nim zainteresowany. Spodziewam się więc, że banki będą znacznie chętniej renegocjowały z klientami nowe warunki spłaty długu, nawet jeśli są bardzo wkurzone dotychczasową postawą klienta.

 

Subscribe
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!