10 października 2026

Wokulski dziś byłby multimilionerem. Ale czy dobrze zarządzał swoimi pieniędzmi? Czego uczą nas finansowe losy bohatera „Lalki”?

Wokulski dziś byłby multimilionerem. Ale czy dobrze zarządzał swoimi pieniędzmi? Czego uczą nas finansowe losy bohatera „Lalki”?

„Do licha, co może być łatwiejszego aniżeli zrobienie pieniędzy, jeżeli chce się tego?” – zastanawia się Ignacy Rzecki pod koniec powieściowej „Lalki”. Wielkie pieniądze „zrobił” wcześniej Stanisław Wokulski. Jak wielkie by one były w przeliczeniu na dzisiejsze złote? Czego jego decyzje uczą nas o zarządzaniu majątkiem? Czy łatwiej „zrobić” fortunę, czy potem efektywnie nią zarządzać? Dziś w „Subiektywnie o Finansach” zapraszam do spojrzenia na kinową i serialową wersję „Lalki” przez pryzmat… Waszych finansów

Prawie 140 lat po wydaniu powieści Bolesława Prusa pytanie Rzeckiego brzmi zaskakująco współcześnie. I może należałoby je nawet odwrócić: co jest trudniejsze – „zrobić pieniądze” czy wiedzieć, co z nimi zrobić, kiedy już się je ma? W 2026 roku, kiedy na ekrany trafiły dwie nowe adaptacje „Lalki”, spróbuję spojrzeć na Wokulskiego nie jak na bohatera szkolnej lektury i nieszczęśliwie zakochanego w młodej arystokratce kupca, ale jak na bardzo zamożnego przedsiębiorcę zarządzającego pokaźnym prywatnym majątkiem.

Zobacz również:

Bo Stanisław Wokulski naprawdę był bogaty. Obracał setkami tysięcy rubli, prowadził najbardziej luksusowy sklep w ścisłym handlowym centrum Warszawy, które wtedy mieściło się na Krakowskim Przedmieściu, robił interesy międzynarodowe, inwestował w nieruchomości i interesował się przedsięwzięciami, które dzisiaj nazwalibyśmy technologicznymi startupami albo deep-techem. W pewnym momencie jego majątek sięgał 450 000, a może nawet 600 000 rubli. Tylko co właściwie oznaczała taka fortuna?

Przenieśmy Wokulskiego do Warszawy 2026 roku. Ile byłby wart jego sklep w najlepszym punkcie stolicy? Jaki dawałby właścicielowi stały dochód? Czy Wokulski miałby dzisiaj 10 mln zł, a może 100 mln zł majątku? Czy mógłby już nie pracować i żyć wyłącznie z ulokowanego korzystnie kapitału, jak radzi mu w pewnym momencie Izabela Łęcka? Ona nie mogłaby przecież wyjść za mąż za kupca, ale za rentiera – już tak. Jak Wokulski powinien ulokować pieniądze, gdyby posłuchał Łęckiej?

Wokulski nie był człowiekiem, którego zadowoliłaby lokata i spokojne pobieranie odsetek. Całe jego życie to poszukiwanie nowych możliwości. Zarobił fortunę na ryzykownym handlu w czasie wojny, a fascynowali go ludzie próbujący przesuwać granice technologii – Geist ze swoim metalem lżejszym od powietrza i Ochocki marzący o maszynach latających. W co taki człowiek inwestowałby w 2026 roku? W sztuczną inteligencję, robotykę, komputery kwantowe, technologie kosmiczne, nowe źródła energii?

„Lalka” może więc opowiedzieć nam całkiem współczesną historię o finansach osobistych. Nie o tym, jak zostać bogatym. Raczej o trudniejszym problemie: co zrobić z pieniędzmi, kiedy etap ich zdobywania mamy już za sobą?

Ile miał Wokulski? Najpierw 30 000 rubli, potem fortunę!

Ile właściwie pieniędzy miał główny bohater „Lalki”? Prus zostawił w powieści sporo informacji o majątku bohaterów. Podobnie jak wcześniej francuski powieściopisarz Balzac, z lubością opisujący stan finansów osobistych stworzonych przez siebie postaci. Balzac, sam wiecznie zadłużony, szczególnie lubił pisać o dłużnikach, którzy z powodu kłopotów finansowych wpadali w ogromne problemy życiowe. Skala bieżących dochodów, stan majątku, oprocentowanie kredytów i weksli – wszystko opisane jest tam bardzo precyzyjnie.

Taki opis jest też w „Lalce”. Punktem zwrotnym dla Wokulskiego jest jego wyjazd na wojnę rosyjsko-turecką. Wyrusza na nią, posiadając około 30 000 rubli, czyli kapitał odziedziczony po żonie. Dzięki interesom prowadzonym wspólnie z Rosjaninem z Moskwy – Suzinem – w ciągu ośmiu miesięcy dorabia się 250 000 rubli. Z tymi pieniędzmi wraca do Warszawy, a zaraz potem dowiadujemy się z relacji Rzeckiego, że ma już około 300 000 rubli. Pod koniec książki – to już co najmniej 450 000, a może nawet niemal 600 000 rubli.

Skalę tej fortuny dobrze pokazuje kamienica Łęckich. Jej realną wartość warszawscy kupcy szacują na około 60 000 rubli, ale Wokulski kupuje ją drożej, żeby poprawić finanse ojca Izabeli, i ostatecznie płaci za nią aż 90 000 rubli. Przepłaca świadomie, ale potem okazuje się, że odsprzedaje kamienicę jeszcze drożej, za 100 000 rubli, skonfliktowanej z Łęckimi baronowej Krzeszowskiej. Czyli tak naprawdę nie traci, a sporo zarabia. W momencie zakupu kamienicy Wokulski mówi, że zapłacił za nieruchomość około jednej trzeciej majątku.

Potem ten majątek szybko rośnie, mimo wydatków Wokulskiego na luksusowe życie godne sfery arystokratycznej. Powiększa sklep, prowadzi interesy handlowe w Moskwie i Paryżu, lokuje kapitał w różnych przedsięwzięciach. I tu ważna obserwacja z punktu widzenia współczesnych finansów osobistych. Wokulski nie trzyma fortuny w przywiezionym z wojny kuferku ze złotymi monetami i banknotami. Kupuje i sprzedaje. W pewnym momencie mówi nawet, że „handel opiera się nie na zyskach spodziewanych, ale na ciągłym obrocie gotówki„.

Ten obrót gotówki był do tego stopnia ważny, że zakup kamienicy Łęckich przez pośredników Wokulski tłumaczy chęcią ukrycia swojego udziału w transakcji, bo jego partnerzy handlowi mogliby być zaniepokojeni tym, jak dużą część kapitału zamroził w nieruchomości, co mogłoby osłabić jego bieżącą płynność finansową. Jego majątek przypomina więc raczej bilans dzisiejszego przedsiębiorcy – inwestora: część fortuny stanowi wartość firmy, część nieruchomości, część udziały w handlowych przedsięwzięciach, a część gotówka i inne płynne aktywa.

Pod koniec powieści sytuacja wygląda już inaczej. W testamencie Wokulski rozporządza częścią swojego majątku, kwotą 190 000 rubli: 140 000 zapisuje Ochockiemu, 25 000 Rzeckiemu, 20 000 Helenie Stawskiej, a pozostałe 5 000 przeznacza dla innych osób. Nie oznacza to, że roztrwonił resztę posiadanej wcześniej kasy. Zmienia się po prostu struktura jego interesów, sprzedaje sklep i niektóre inne aktywa, wycofuje się z niektórych przedsięwzięć, np. ze spółki z warszawskimi arystokratami.

Jaki majątek posiadałby Wokulski w dzisiejszej walucie? Gdyby policzyć wartość złota, mogłoby to być 100-200 mln zł. Gdyby oszacować wartość nieruchomości, pracy ludzi zatrudnianych w sklepie Wokulskiego i obecnie, czy wartości podobnych firm czy przedsięwzięć handlowych – wynik byłby może nieco inny. Ale można uznać, że w dzisiejszej Warszawie Wokulski byłby solidnym multimilionerem, z wielka swobodą działań finansowych, choć nie miliarderem.

ZOBACZ TEŻ:

A ile byłby dziś wart sam sklep Wokulskiego?

Sklep Wokulskiego przy Krakowskim Przedmieściu nie był zwykłym punktem detalicznym, jakich wiele na mapie współczesnej Warszawy. Wokulski inwestuje w większy lokal w prestiżowej lokalizacji, z kilkoma bogato zdobionymi salami i szerokim asortymentem. Głównym atutem sklepu stają się luksusowe towary sprowadzane z całej Europy: francuskie jedwabie, wykwintna galanteria i perfumy. Wokulski zatrudnia subiektów znających języki obce i potrafiących obsługiwać najbardziej wymagających klientów.

Jaki byłby odpowiednik takiego przedsięwzięcia dzisiaj? Z kart powieści wiemy, że byłby to raczej dzisiejszy luksusowy dom handlowy, a nawet może – mini galeria handlowa. Otwarcie podobnego salonu we współczesnej Warszawie – na przykład wielobranżowego konceptu premium przy eleganckiej ulicy Mokotowskiej czy w rejonie Placu Trzech Krzyży, gdzie skupione są najdroższe światowe marki – wymagałoby gigantycznych nakładów kapitałowych. Co dokładnie byłoby w grze?

Przede wszystkim przestrzeń i jej adaptacja. Stawki za prestiżowe lokale w warszawskim „złotym trójkącie” ulic Brackiej, Mokotowskiej i Placu Trzech Krzyży sięgają 300–450 zł miesięcznie za m². Wynajęcie 500 m² to konieczność płacenia czynszu rzędu 150 000 – 250 000 zł miesięcznie (plus kaucja od 500 000 zł do miliona). Czynsz w skali roku za taki lokal musiałby wynieść 2-3 mln zł. Fortunę pochłonęłoby wykończenie wnętrza klasy premium: oświetlenie, stolarka i meble. Przy kosztach 8 000 – 15 000 zł za m², przygotowanie 500-metrowego lokalu w historycznej kamienicy pochłonęłoby 4-8 mln zł.

Równie istotnym kosztem byłoby zapewnienie obsługi na najwyższym poziomie. Aby obsłużyć taki salon w trybie ciągłym, potrzeba zespołu około 8–12 wykwalifikowanych doradców klienta, dyrektora butiku, specjalisty od visual merchandisingu oraz menedżera do spraw e-commerce i klientów VIP. Łączny miesięczny budżet pracodawcy na same wynagrodzenia personelu wynosiłby od 120 000 do 200 000 zł. Same koszty osobowe dają więc wydatki na poziomie około 2 mln zł rocznie.

Kluczowym wyzwaniem – podobnie jak w czasach Wokulskiego – byłoby zapełnienie konceptu luksusowymi towarami. Wokulski opierał model biznesowy na bezpośrednich negocjacjach z europejskimi producentami luksusowej odzieży, biżuterii, zegarków, kosmetyków, i słynął z tego, że towary były na miejscu, bez czekania na dostawę z zagranicy. Przygotowanie takiej oferty dla nowo otwartej galerii wymagałoby zamrożenia w obrocie kolejnych kilkunastu milionów złotych. Łączny budżet potrzebny na start, zabezpieczenie płynności i zgromadzenie towarów sięgałby dziś spokojnie 20–30 mln zł.

Jeśli przyjęlibyśmy, że Wokulski wrócił z wojny z kapitałem 250 000 rubli (co odpowiada dzisiejszym około 100 mln zł), to na sam nowy sklep wyłożył prawdopodobnie jedną trzecią zarobionych pieniędzy, a musiał jeszcze zachować duże rezerwy na utrzymanie bieżącej płynności. Sam sklep – wraz z zapasami towaru i wypracowaną reputacją (goodwill) – stanowił jednak wielomilionową strukturę handlową, był rodzajem wehikułu dla kolejnych interesów, czyniąc z Wokulskiego jednego z najbogatszych kupców w Królestwie Polskim.

Nie bez powodu garną się do niego inni warszawscy handlowcy, finansiści, a także arystokraci szukający bezpiecznych i zyskownych lokat dla swoich kapitałów. Sklep był na ustach całej Warszawy, a zakupy robiła w nim śmietanka towarzyska. Skala inwestycji budziła jednak ogromne emocje – wielu bohaterów powieści uważało krok Wokulskiego za skrajnie ryzykowny, zastanawiając się, czy kupiec nie przeinwestował i czy nowatorski koncept nie doprowadzi go do bankructwa.

Późniejsze wydarzenia pokazały jednak słuszność jego kalkulacji. Gdy Wokulski decyduje się wycofać z interesu, bo tego wymaga Izabela Łęcka, sprzedaje sklep i udziały w spółce handlu ze Wschodem Henrykowi Szlangbaumowi za oszałamiającą kwotę 300 000 rubli. Przeliczając to na podstawie wartości złota lub według siły nabywczej, odpowiadałoby to dzisiejszym co najmniej 110 mln zł. Wokulski na swoim sklepie nie tylko nie stracił, ale wręcz zyskał – głównie za sprawą powiązania sklepu z handlem zagranicznym, nadzwyczajnego rozgłosu, zbudowania prestiżowej marki i dostarczania towarów z najwyższej półki.

Wokulski lubi ryzykowne inwestycje, ale udaje mu się nie tracić. Jego kapitał początkowy to kwota odziedziczona po żonie, wypracowana wcześniej przez całe dwa pokolenia poprzednich właścicieli sklepu. Z wojny przywozi ponad 10-krotnie więcej, czyli inwestuje w nadzwyczajne ryzyko, żeby osiągnąć nadzwyczajny zwrot z początkowych 30 000 rubli. Wraca do handlu, ale rozwija go, a sklep staje się odskocznią do dalszych, jeszcze bardziej skomplikowanych operacji finansowych. Podwaja majątek przywieziony z wojny.

Wokulski ma 100-200 mln zł. I co właściwie powinien z nimi zrobić?

Wokulski dosyć szybko, choć z ekstremalnym ryzykiem utraty życia na wojnie, pomnożył posiadany majątek Ale – czy wybrał najlepszą drogę do dalszego pomnażania kapitału? Większość z Czytelników tego tekstu nie będzie miała pewnie takiego problemu, ale – co właściwie najlepiej zrobić z fortuną 100-200 mln zł? Dopóki ktoś buduje majątek, cel wydaje się dość oczywisty: więcej zarabiać, część dochodów odkładać i możliwie rozsądnie inwestować.

Ale co się dzieje, kiedy kapitał jest już tak duży, że zapewnia finansową niezależność do końca życia? Zbudowanie takiej poduszki finansowej to cel wielu inwestorów indywidualnych w Polsce. Być rentierem to dla wielu osób marzenie życia. Jak to zrobić, uczy Maciek Samcik w swoim subiektywnym e-booku czy w wielu tekstach na „Subiektywnie o Finansach”.

ZOBACZ TEŻ:

Przyjmijmy, że współczesny Wokulski dysponuje płynnym majątkiem wartym 100 mln zł. Nie twierdzę, że dokładnie tyle wynosi dzisiejsza równowartość jego rubli, bo różne mogą być metody przeliczania XIX-wiecznych pieniędzy. Potraktujmy jednak 100 mln zł jako skalę płynnego majątku do dyspozycji, pozwalającą przeprowadzić eksperyment inwestycyjny.

Pierwsze zaskoczenie jest takie, że Wokulski nie musiałby już osiągać spektakularnych stóp zwrotu. Przy 100 mln zł kapitału każdy 1% rocznego dochodu oznacza milion złotych. Stopa 3% to 3 mln zł, czyli 250 000 zł miesięcznie przed podatkami. Przy 4% byłoby to 4 mln zł rocznie, ponad 330 000 zł miesięcznie. Oczywiście nominalny dochód to nie to samo co bezpieczna kwota, którą można co roku konsumować. Trzeba uwzględnić inflację, podatki i zmienność wartości aktywów, ale skala pokazuje, jak zmienia się problem.

Człowiek posiadający taki majątek nie musi już pytać: „jak dużo jeszcze na tym mogę zarobić?”. Powinien raczej zapytać: „ile ryzyka muszę podejmować, skoro już jestem tak bogaty?” I zapewne współczesna odpowiedź brzmiałaby: znacznie mniej niż Wokulski podejmował przez większą część swojego życia. Gdyby jedna Wokulski nie podejmował ryzyka, to nie podwoiłby w ciągu kilku lat pieniędzy przywiezionych z wojny rosyjsko-tureckiej.

Doradca majątkowy w dzisiejszej Polsce prawdopodobnie zacząłby od podzielenia takiej fortuny na kilka części. Jedna miałaby zapewniać bezpieczeństwo i płynność – to gotówka, krótkoterminowe instrumenty i obligacje. Druga chroniłaby realną wartość majątku przez wiele lat – tutaj pojawiłyby się globalne akcje, obligacje różnych emitentów i walut, być może nieruchomości czy złoto. Dopiero trzecią część można byłoby przeznaczyć na przedsięwzięcia o wysokim ryzyku.

To właściwie odwrotność tego, co zrobił młody Wokulski. On postawił posiadany kapitał na jedną wielką okazję – handel związany z wojną rosyjsko-turecką. Ryzyko było ogromne, mógł przypłacić je utratą zdrowia, życia i wszystkich pieniędzy, ale właśnie dzięki temu, że podjął takie ryzyko, z około 30 000 rubli „zrobił” ćwierć miliona.

Tyle że człowiek mający 30 000 rubli i chcący zostać bogatym znajduje się w innej sytuacji niż człowiek mający 250 000 czy nawet 600 000 rubli i chcący pozostać bogatym. Strategia, która pozwoliła zbudować fortunę, niekoniecznie jest najlepszą strategią jej zachowania. To jedna z najciekawszych lekcji finansowych płynących z historii Wokulskiego. Aby się wzbogacić, trzeba skoncentrować kapitał i podjąć duże ryzyko. Kiedy jednak fortuna już powstała, racjonalne może być zrobienie czegoś dokładnie przeciwnego: rozproszenie ryzyka.

Czy Wokulski potrafiłby się na to zdobyć? Tu można mieć wątpliwości. Wszystko, co wiemy o jego charakterze, wskazuje, że spokojne pobieranie odsetek raczej nie było jego życiowym marzeniem, chociaż deklaruje w książce i filmie, że ceni stałe odsetki od ulokowanego na procent kapitału. Jednak tak naprawdę do szczęścia potrzebował czegoś wyjątkowego, jakiegoś dużego ryzyka, adrenaliny płynącej z tworzenia czegoś na nowo. Może dziś… zwróciłby się mocniej w stronę private equity lub venture capital?

CZYTAJ TEŻ:

europejski luksus

drogie auto z niską ratą

zmienili porsche na gorsze

Gdzie Wokulski szukałby dziś swojego Geista?

Gdyby współczesny Wokulski miał 100 mln zł płynnego kapitału, zapewne szybko usłyszałby od doradcy finansowego, że nie powinien już ryzykować całym majątkiem. Część pieniędzy należałoby zabezpieczyć, część rozłożyć między różne klasy aktywów, a tylko niewielką część przeznaczyć na przedsięwzięcia, w których równie dobrze można pomnożyć kapitał, jak i stracić niemal wszystko. Właśnie ta gotowość do poniesienia straty często obecnie odróżnia inwestycje high tech w USA od tych w Europie, bardziej konserwatywnych i ostrożnych.

Tylko czy Wokulski posłuchałby takiej konserwatywnej rady, czy byłby inwestorem raczej w stylu amerykańskim? W „Lalce” fascynuje go przecież nie tylko handel i możliwość zarobienia kolejnych pieniędzy, pociąga go też nauka. W Paryżu poznaje profesora Geista pracującego nad niezwykłym wynalazkiem – metalem lżejszym od powietrza. Julian Ochocki marzy z kolei o skonstruowaniu maszyny latającej. Z punktu widzenia człowieka końca XIX wieku są to przedsięwzięcia znajdujące się gdzieś między poważnymi badaniami naukowymi, szaleństwem i wizją technologii mogącej zmienić świat.

Dzisiaj powiedzielibyśmy zapewne, że to kierunek na deep tech. Współczesny Geist niekoniecznie budowałby aplikacje na smartfony czy kolejny sklep internetowy. Bardziej prawdopodobne, że pracowałby nad komputerem kwantowym, nowym rodzajem baterii elektrycznej, reaktorem termojądrowym, materiałem z metali rzadkich o niezwykłych właściwościach, technologią kosmiczną, robotem humanoidalnym albo rozwiązaniem biotechnologicznym, którego komercyjnego zastosowania jeszcze nie jesteśmy pewni.

Takie inwestycje mają jedną cechę wspólną z eksperymentami Geista: bardzo trudno je wycenić. Wymagają na wejściu ogromnego zaangażowania finansowego, a badania mogą zakończyć się totalnym niepowodzeniem, nie mówiąc o udanej komercjalizacji. Startup technologiczny może przez wiele lat nie przynosić zysków. Może potrzebować kolejnych rund finansowania. Technologia może świetnie działać w laboratorium, a nigdy nie znaleźć masowego zastosowania. Inwestor może stracić cały włożony kapitał.

Ale może też wydarzyć się coś zupełnie innego. Technologia może okazać się przełomowa, a niewielka firma stanie się wehikułem zmian w biznesie wartym miliardy złotych czy dolarów. To świat venture capital, w którym kilka nieudanych inwestycji może zostać z nawiązką pokrytych przez jeden wyjątkowo udany projekt. I tutaj przydaje się majątek Wokulskiego. Człowiek mający 100 mln zł może mieć swój „portfel Geista”. Gdyby przeznaczył na niego 5% fortuny, miałby 5 mln zł na inwestycje, których nie potrzebuje do utrzymania swojego standardu życia. Przy 10% byłoby to już 10 mln zł.

Taki inwestor nie musiałby przy tym stawiać wszystkiego na jedną kartę, jednego wynalazcę. Milion złotych mógłby przeznaczyć na badania nad eksperymentalnymi materiałami, kolejny milion na robotykę, następny – na technologie kwantowe czy kosmiczne. Wokulski stałby się tym, kogo dzisiaj nazwalibyśmy aniołem biznesu – zamożnym przedsiębiorcą finansującym firmy na bardzo wczesnym etapie rozwoju. Niekoniecznie oczekującym szybkiego zwrotu z inwestycji.

I być może właśnie to byłoby dla niego bardziej naturalne niż spokojne kupowanie ETF-ów. Wokulski potrafił zarabiać pieniądze, ale przede wszystkim chciał uczestniczyć w niebanalnych przedsięwzięciach, przy których odczuwałby też dreszczyk emocji związany z rosnącą rolą badań naukowych i eksperymentów technicznych. W Paryżu Geist nie interesuje go wyłącznie dlatego, że na jego wynalazku można zarobić. Fascynuje go możliwość uczestniczenia w czymś, czego jeszcze nie ma.

Tu dochodzimy jednak do bardzo współczesnego problemu finansów osobistych. Ile pieniędzy można przeznaczyć na takie marzenia (niektórzy bohaterowie „Lalki” powiedzieliby pewnie – na mrzonki)? Jeżeli ktoś posiada 100 000 zł i zainwestuje 50 000 zł w eksperymentalny startup, ryzykuje połowę majątku. Jeżeli posiada 100 mln zł i przeznaczy na podobne przedsięwzięcia 5 mln zł, nawet całkowita porażka nie zmieni zasadniczo jego sytuacji finansowej.

Bogactwo daje więc nie tylko możliwość większej konsumpcji. Daje prawo do podejmowania ryzyka, na które człowiek z niewielkim kapitałem nie może sobie pozwolić. Wokulski mógłby zatem podzielić swoją fortunę na dwie części. Jedna miałaby zapewnić mu bezpieczeństwo finansowe niezależnie od tego, co wydarzy się na świecie. Druga pozwalałaby nadal zachowywać się jak Wokulski – szukać swojego Geista, Ochockiego albo technologii, o której za dwadzieścia lat będziemy mówić, że zmieniła świat.

Bo być może prawdziwy luksus człowieka posiadającego wielki majątek nie polega na tym, że może kupić droższy samochód czy większy apartament. Polega na tym, że częścią swoich pieniędzy może finansować przyszłość.

Jak podzielić 100 mln zł, kiedy już nie trzeba się bogacić?

Jak złożyć te różne elementy w całość? Załóżmy, że współczesny Wokulski sprzedał koncept handlowy, uporządkował majątek i ma do dyspozycji 100 mln zł. Nie ma długów, nie musi już pracować i nawet bardzo wystawne życie nie jest w stanie zagrozić jego finansowej niezależności. Jak mógłby podzielić pieniądze?

Pierwsze 10 mln zł można potraktować jako kapitał bezpieczeństwa i płynności. Gotówka, lokaty, krótkoterminowe obligacje skarbowe i inne instrumenty, których zadaniem nie jest bicie rekordów rentowności. Mają być dostępne wtedy, kiedy są potrzebne. Przy takim buforze Wokulski nie musiałby sprzedawać akcji podczas giełdowego krachu ani wycofywać się z biznesu tylko dlatego, że przez kilka lat przynosi straty.

Kolejne 30 mln zł mogłoby trafić do obligacji – polskich i zagranicznych, o różnych terminach zapadalności. To spokojniejsza część portfela, której zadaniem byłoby generowanie dochodu i ograniczanie wahań wartości całej fortuny.

Największą część, na przykład 35 mln zł, można byłoby przeznaczyć na globalny rynek akcji. Nie na poszukiwanie jednej cudownej spółki, lecz na szeroko zdywersyfikowane fundusze lub ETF-y dające udział w tysiącach przedsiębiorstw działających w USA, Europie, Japonii i na rynkach wschodzących. Wokulski, który kiedyś uzależniał swoją przyszłość od kilku przedsięwzięć handlowych, zostałby w ten sposób współwłaścicielem dużej części światowej gospodarki.

Następne 10 mln zł mogłyby stanowić nieruchomości. Nie dlatego, że każdy bogaty człowiek musi posiadać kolejne mieszkania, lecz jako osobna klasa aktywów mogąca generować dochód i częściowo chronić majątek przed inflacją. Wokulski miał z nieruchomościami doświadczenie – choć zakup kamienicy Łęckich za 90 000 rubli trudno uznać za modelowy przykład chłodnej kalkulacji inwestycyjnej.

Pozostaje 15 mln zł. I tutaj portfel przestaje wyglądać jak majątek spokojnego rentiera, a zaczyna przypominać powieściowego Wokulskiego. Pięć milionów z tego pakietu można by było postawić na złoto i inne niestandardowe aktywa służące przede wszystkim dywersyfikacji.

Ostatnie 10 mln zł dostałby natomiast współczesny Geist. Byłyby to pieniądze przeznaczone na startupy, robotykę, technologie kwantowe, kosmos, energetykę albo inne przedsięwzięcia, w których prawdopodobieństwo porażki jest wysokie, ale potencjalna nagroda również może być ogromna. Gdyby jakiś projekt okazał się przełomowy, inwestor uczestniczyłby nie tylko w finansowym sukcesie, ale również w dosłownym tworzeniu przyszłości.

Tak skonstruowany portfel miałby dwie funkcje. 90 mln zł pilnowałoby, żeby Wokulski już nigdy nie był biedny, a 10 mln zł pozwalałoby mu nadal próbować zostać jeszcze bogatszym – albo przynajmniej robić rzeczy interesujące. Tutaj widać fundamentalną różnicę między budowaniem majątku a zarządzaniem nim.

Wokulski zrobił fortunę dzięki koncentracji kapitału, przedsiębiorczości i podejmowaniu ryzyka. Gdy już jednak ją posiada, nie musi powtarzać strategii, która pozwoliła mu się wzbogacić. Większość pieniędzy może pracować nudno, tanio i w sposób zdywersyfikowany. Ryzykować można tylko tą częścią, której utrata nie zmieni życia właściciela. Tyle teoria. A jak odpowiada na to doświadczenie?

CZYTAJ TEŻ:

strategia czterech ćwiartek

Przedsiębiorcy często nie chcą spokojnie żyć z kapitału

Nasz współczesny Wokulski ze 100 mln zł na koncie mógłby właściwie zakończyć karierę. Rozłożyć pieniądze między obligacje, globalne ETF-y, nieruchomości i kilka innych klas aktywów, wypłacać sobie 2–3 mln zł rocznie i prawdopodobnie do końca życia nie martwić się o pieniądze. Inaczej odpowiadają na to ludzie, dla których biznes jest żywiołem, którzy zbudowali duże firmy, a nawet po ich sprzedaży nie zawsze chcą zostać tylko rentierami do końca życia.

Dobrym polskim przykładem jest Roman Kluska. Twórca legendarnego Optimusa na przełomie lat 90. i 2000. sprzedał firmę, na której zbudował fortunę. Miał potem do dyspozycji między 200 a 400 mln zł. Mógł od tej chwili zajmować się głównie zarządzaniem zgromadzonym kapitałem. Zamiast tego rozpoczął działalność w zupełnie innej branży – hodowli owiec i produkcji serów. W przedsięwzięcie związane z marką Prawdziwe Jedzenie zainwestował dziesiątki milionów złotych.

Z finansowego punktu widzenia można zadać pytanie: po co człowiekowi, który zarobił setki milionów na komputerach, własna hodowla i mleczarnia? Ale właśnie to pytanie może być źle postawione. Kluska nie musiał już wybierać biznesu wyłącznie dlatego, że dawał najwyższą możliwą stopę zwrotu. Kapitał zdobyty w pierwszym biznesie dawał mu możliwość zajęcia się następnym przedsięwzięciem na absolutnie własnych warunkach.

CZYTAJ TEŻ:

inwestycje ministra finansów andrzeja domańskiego

Jeszcze inaczej zachował się Zbigniew Grycan. Po ponad dwóch dekadach rozwijania kultowej Zielonej Budki sprzedał swoje udziały za 5-8 mln euro i próbował życia rentiera bez prowadzenia firmy. Emerytura nie trwała jednak długo. Po wygaśnięciu zakazu konkurencji wrócił do branży, którą znał najlepiej, i po sześćdziesiątce zaczął budować od początku nową markę – tym razem pod własnym nazwiskiem. Powstała firma Grycan – Lody od Pokoleń, a wraz z nią nowa fabryka i sieć lodziarni.

Ciekawe jest to, że marka Zielona Budka zeszła na drugi plan, zdystansowana przez zupełnie nową na rynku markę Grycan. Grycanowi udała się sztuczka określana jako mało realna: „zjeść ciastko i mieć ciastko”. Sprzedaż biznesu nie oznaczała końca przedsiębiorczości, choć mogła oznaczać. I być może podobnie zachowałby się Wokulski. Trudno sobie wyobrazić, żeby człowiek, który pojechał na wojnę z 30 000 rubli i wrócił z wielokrotnie większym kapitałem, później rozbudował sklep, prowadził międzynarodowe interesy i był zafascynowany potęgą najnowszych wynalazków, spędził resztę życia na sprawdzaniu notowań ETF-ów.

W tym sensie pieniądze dają takim ludziom nie tylko możliwość kupowania rzeczy i nie tylko finansową niezależność. Dają również możliwość zajmowania się tym, co człowieka interesuje, nawet jeżeli nie jest to najbardziej rentowna rzecz, jaką mógłby zrobić. Kluska mógł produkować sery, Grycan mógł po raz drugi produkować lody, Wokulski mógł finansować Ochockiego. Mieli ten luksus, że mogli wybrać, co chcą dalej robić z pieniędzmi.

CZYTAJ TEŻ:

ile powinna wynosić bezpieczna część portfela

Co jest trudniejsze: zrobić pieniądze czy wiedzieć, co z nimi zrobić?

Pod koniec „Lalki” Ignacy Rzecki wpada na pomysł, że otworzy własny sklep, konkurencyjny wobec tego, który od Wokulskiego odkupił Szlangbaum. „Do licha, co może być łatwiejszego aniżeli zrobienie pieniędzy, jeżeli chce się tego?” – mówi sam do siebie, w przypływie nadzwyczajnej energii. Niestety, jeszcze tego samego wieczoru umiera.

Prus zostawia więc swoich bohaterów w dość przewrotnym miejscu. Rzecki dopiero zamierza zrobić pieniądze i nie zdąży, a przyjaciele, którzy odnaleźli go martwego, mówią o nim: „ostatni to romantyk”. Wokulski bardzo pragmatycznie zdążył zrobić fortunę, ale pod koniec powieści najwyraźniej nie zależy mu już na tym, żeby za wszelką cenę ją pomnażać. Nieco romantycznie porzuca znajomy świat, wycofuje się z interesów, sprzedaje sklep i rozporządza częścią swojego majątku. Nie wiemy, co dalej się z nim dzieje.

Wokulski wycofuje się z warszawskich interesów w sposób, który z punktu widzenia współczesnego doradcy zarządzającego majątkiem mógłby wyglądać dość radykalnie. Z kwoty 190 000 rubli aż 140 000 rubli zapisuje Julianowi Ochockiemu, aby ten mógł pracować nad swoimi wynalazkami wyprzedzającymi czas. To niemal trzy czwarte tej kwoty. Kolejne 25 000 rubli ma dostać Rzecki, który właśnie te pieniądze chciał przeznaczyć na nowy sklep.

Nie wiemy wprawdzie, jaką część całego majątku Wokulskiego stanowiło w tym momencie 190 000 rubli. Ale nawet gdyby porównać zapis dla Ochockiego z wcześniejszymi szacunkami jego fortuny sięgającymi 450 000–600 000 rubli, mówilibyśmy o równowartości mniej więcej jednej czwartej, a być może niemal jednej trzeciej wielkiego majątku. To już nie jest „portfel wysokiego ryzyka” stanowiący kilka procent oszczędności. Wokulski przeznacza naprawdę wielkie pieniądze na człowieka, który chce tworzyć rzeczy jeszcze nieistniejące.

Gdyby Wokulski żył dzisiaj, rozsądny doradca finansowy namawiałby go do większej dywersyfikacji i pozostawienia tylko niewielkiej części fortuny na startupy czy eksperymentalne technologie. Ale powieściowy Wokulski robi inaczej. Tak jakby Prus chciał powiedzieć, że wielki majątek nie musi służyć wyłącznie temu, żeby właściciel był jeszcze bogatszy. Kapitał może zapewnić bezpieczeństwo, niezależność, wysoki standard życia. Ale może również dać możliwość finansowania pomysłów, których rezultat jest niepewny i odległy.

„Lalka” okazuje się opowieścią nie tylko o tym, jak zrobić pieniądze, ale również o tym, co może wydarzyć się później. Zwykle zastanawiamy się, jak więcej zarabiać, jak oszczędzać i w co inwestować, żeby zgromadzić pierwszy milion. Znacznie rzadziej pytamy, co zrobimy, kiedy ten milion – albo 10 mln zł, czy 100 mln zł – rzeczywiście już będziemy mieli.

Czy nadal będziemy chcieli maksymalizować stopę zwrotu? Ile pieniędzy wystarczy nam do życia? Ile chcemy zostawić innym? Jak dużą część możemy zaryzykować? I czy przychodzi taki moment, w którym zamiast pytać, ile jeszcze można zarobić, warto zapytać, co dzięki zgromadzonym pieniądzom można zrobić?

CZYTAJ TEŻ:

ktoś wygrał w lotto

czy naprawdę jesteś w klasie średniej

koniec klasy średniej

klasa średnia rozliczenie pit

wyższe podatki

Źródło zdjęcia: Maciej Danielewicz/Hugo Delauney/Unsplash

Subscribe
Powiadom o
8 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Marcin Staly Czytelnik
2 godzin temu

Bardzo nietuzinkowy artykul, ktory przyjemnie sie czyta 🙂 od siebie dodam, że często nieco przypadkowo pracujac mozna nagle stwierdzic „ok, mam te pieniadze i co dalej?”. Sam sie na tym złapałem, ze nagle zaczalem latac co chwile za granice, często biznesem i zrozumialem, ze to juz jest ten moment gdzie pieniedzy mam duzo wiecej niz w miesiacu jestem w stanie wydać. Wtedy racjonalne staje sie wlasnie podzielenie majatku na kilka róznych celów tak żeby zapewnic sobie i dzieciom bezstresowa przyszlosc.

Admin
1 godzina temu

Generalnie życie mnie nauczyło, że mieć pieniądze to znacznie większy problem, niż ich nie mieć 😉

Marcin Staly Czytelnik
1 godzina temu
Reply to  Maciej Samcik

Wie Pan Panie Macieju, ze tez coraz czesciej tak mysle? Jak nie bylo pieniedzy to zona nie mowila o zmianie mieszkania na wieksze, rodzenstwo nie marudzilo „a kupilbys sobie auto premium” no i nikt nigdy nie prosil o pozyczke, bo i tak wiedzieli, ze nie mialem. Teraz wszystko sie pokomplikowalo do tego czlowiek ciagle mysli jak zabezpieczyc to co juz ma.

Last edited 1 godzina temu by Marcin Staly Czytelnik
Admin
1 godzina temu

Dokładnie tak jest. A im więcej się ma, tym trudniej zabezpieczyć. I wymaga to więcej czasu oraz więcej pomyślunku

Piotr
2 godzin temu

ojoj, to musi być ciekawy temat, zasiadam do czytania 🙂 pozdrawiam

Admin
1 godzina temu
Reply to  Piotr

Proszę dać znać jakie wrażenia 😉

Phx
1 godzina temu

Ciekawy tekst, fajnie się czyta. Bardzo trafnie postawiona perspektywa sposobu zarządzania takim majątkiem.

Tylko jedno mnie zaskoczyło – łatwe stwierdzenie, że tylko stawiając wszystko na jedną kartę można stać się naprawdę bogatym. Wg przeliczeń autora Wokulski w pełni zaryzykował dzisiejszych 5 mln zł.

Nie twierdzę, że to nie prawda (duże ryzyko na szybkie pomnażanie), jednak dojście do takiego majątku (kilka mln) to dla wielu cel. I sam taki majątek wiele osób już dywersyfikuje i nie pozwoli sobie na pełne ryzyko.

Admin
24 minut temu
Reply to  Phx

Dzięki za dobre słowo i za uwagę do tekstu!

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Kontrast

Rozmiar tekstu