W Polsce prawie każdy uważa, że jest w klasie średniej. Od osób zarabiających płacę minimalną po specjalistów z branży IT. W internecie można znaleźć mnóstwo opinii na tent temat. Problemem od lat jest brak obiektywnej definicji, kim ta grupa właściwie jest. Z pomocą pospieszył chilijski ekonomista z New York University (NYC) Alejandro Corvalan. Zaproponował zupełnie nowe, matematyczne podejście, które unika arbitralności i umowności. Jak wyliczyć czy jesteś w klasie średniej?
Pojęcie klasy średniej w polskiej debacie publicznej od dawna przypomina materię bardzo plastyczną. Każdy może ulepić co innego, co akurat pasuje do jego politycznej lub ekonomicznej narracji. Sprawy nie ułatwiali ekonomiści stosujący odgórne kryteria: najczęściej wycinali ze społeczeństwa środkową część, np. osoby zarabiające od 75% do 200% mediany dochodów. Jedna z teorii głosi, że to zawsze środkowa grupa społeczeństwa. Problem z wieloma definicjami jest taki, że nie tłumaczą, dlaczego akurat ta grupa miałaby odgrywać w gospodarce jakąkolwiek szczególną rolę.
- Zatrzęsienie firm, które ułatwiają inwestowanie oszczędności. Której powierzyć pieniądze? Jak zmierzyć wiarygodność brokera? Check-lista! [POWERED BY SAXO BANK]
- Kupić, wynająć, wyleasingować? Samochód coraz częściej jest usługą, a nie własnością. „Klient chce płacić ratę i mieć święty spokój” [POWERED BY BNP PARIBAS]
- ZUS nie wystarczy: trzeba zacząć inwestować, ale… Pięć błędów początkującego inwestora. Jak się przed nimi bronić? Rady po 30 latach doświadczeń [POWERED BY UNICREDIT]
Przełom w tym podejściu przynosi najnowsze badanie Alejandro Corvalana („A Political Economy Definition of the Middle Class”) oparte na danych z World Income Database. Co nowego proponuje autor i dlaczego wnioski z jego badania wyjątkowo dobrze mogą się przydać do opisu polskiej klasy średniej?
Sposób na „policzenie” klasy średniej. Bez widełek kwotowych
Autor koncepcji proponuje odejście od sztywnych widełek kwotowych na rzecz tzw. kryterium niewrażliwości (unresponsiveness property). Ekonomista zauważył kluczową zależność: gdy w danym kraju rosną lub spadają ogólne nierówności dochodowe, najubożsi tracą swój udział w „torcie” dochodu narodowego, a najbogatsi zyskują (lub na odwrót). Istnieje jednak taka grupa społeczno-majątkowo-dochodowa, której udział w dochodzie całkowitym pozostaje absolutnie niewzruszony, niezależnie od tego, jak gwałtowne zmiany zachodzą na biegunach bogactwa i biedy.
To właśnie ten odporny na rynkowe turbulencje segment – wyznaczany niejako samoczynnie przez samą strukturę gospodarki – tworzy według tej nowej teorii prawdziwą klasę średnią. Z danych wynika jednak wniosek, który dla wielu polskich czytelników może być zaskoczeniem. Nowo zdefiniowana klasa średnia wcale nie znajduje się idealnie pośrodku drabiny dochodowej! A dotychczas klasę średnią kojarzyliśmy właśnie raczej ze środkiem rozkładu dochodów.
Okazuje się, że klasa średnia w ujęciu Corvalana jest wyraźnie przesunięta w stronę zamożniejszych obywateli – obejmuje segment zarobkowy na drabinie dochodowej tuż pod szczebelkiem ścisłej elity finansowej z najwyższego przedziału dochodowego 0–5%. To miejsce zdecydowanie powyżej typowej średniej czy mediany krajowej. Nie oznacza to jednak kategorii tzw. wyższej klasy średniej. Nową definicję odzwierciedla grafika poniżej:

Dla Polski wnioski z badania mają wymiar bardzo praktyczny. Pokazują bowiem, że duża część osób uważających się dziś za „klasę średnią” w rzeczywistości znajduje się w grupie podwyższonego ryzyka ekonomicznego, bezpośrednio odczuwającej każdy wzrost nierówności czy inflacji. Prawdziwa ekonomiczna klasa średnia to nie po prostu „ludzie ze środka”, lecz stabilna finansowo kotwica, bez której żaden system podatkowy ani ustrój demokratyczny nie jest w stanie zachować równowagi.
Gdzie w rzeczywistości leży klasa średnia? Jak widać na wykresie poniżej, granica ta przebiega głównie w okolicach 80.–95. percentyla dochodów. Aby zawęzić analizę, rysunek przedstawia dwie klasy średnie o różnej wielkości. Pierwsza to klasa średnia M = 50, a druga to klasa średnia M = 30. Przedziały klasy średniej definiują dwie pozostałe klasy: biednych i bogatych. Prawdziwa, odporna na zawirowania klasa średnia zaczyna się dopiero w wyższych rejonach drabiny płacowej, a nie w jej ścisłym środku.
Osie pozioma i pionowa pokazują dolną i górną granicę przedziałów dochodowych (percentyli). Czarne punkty i paski (górny prawy róg) reprezentują grupy społeczne, których udział w dochodzie narodowym rosnąco reaguje na zmiany w strukturze dochodów. Jasnoszare punkty i paski – to grupy, których udział w dochodzie spada. Granica między szarym a czarnym obszarem (czerwona linia) – to kluczowy obszar zerowej reakcji na nierówności. To na tej linii znajduje się nowo zdefiniowana klasa średnia.

Klasa średnia zaczyna się dopiero przy 80. percentylu…
Jeśli spójrzmy dokładniej na ten kluczowy wykres z badania Alejandro Corvalana, oparty na analizie niemal 9,5 tysiąca obserwacji z bazy World Income Database, to punkt, w którym szare kropki ustępują miejsca czarnym – czyli granica całkowitej odporności na wahania nierówności – nie znajduje się na poziomie 50. percentyla, jak nakazywałaby tradycyjna intuicja opisująca klasę średnią. Ta granica przesuwa się znacznie wyżej i dociera w okolice 80.–95. percentyla rozkładu dochodów. Co to oznacza w praktyce?
Większość społeczeństwa (szary obszar na wykresie) znajduje się w strefie, która relatywnie traci udział w dochodzie narodowym, ilekroć w gospodarce rosną nierówności. Z kolei najbogatsze kilkanaście procent (czarny obszar) na takich zmianach zyskuje. Tylko klasa średnia potrafi zachować niezmienny udział w całkowitym torcie dochodowym. To nie pracownicy fizyczni czy przedstawiciele usług zarabiający w okolicach mediany, lecz wysoce wykwalifikowani specjaliści, menedżerowie i doświadczeni przedsiębiorcy.
Brutalne może być tu zderzenie z polską rzeczywistością: Kto u nas jest „szary”, a kto „czarny”? Wnioski z pracy Corvalana są szczególnie gorzką pigułką dla polskiego dyskursu publicznego. W Polsce utarło się przekonanie, że klasą średnią jest każdy, kogo stać na miesięczną ratę kredytu hipotecznego, używany samochód i jeden wyjazd na zagraniczne wakacje w roku. Jeśli jednak przyjąć kryterium matematycznej odporności z bazy WID, obraz wygląda zupełnie inaczej.
Osoby zarabiające w Polsce medianę (ok. 6 500 – 7 000 zł brutto) znajdują się w istocie w szarej strefie wykresu. Przy każdym gwałtowniejszym skoku inflacji czy reorganizacji systemu podatkowego ich udział w dochodzie realnie się kurczy, a stabilność finansowa może się zachwiać. W polskich warunkach do odpornej klasy średniej kwalifikowaliby się dopiero specjaliści i menedżerowie z zarobkami rzędu 15 000 – 20 000 zł brutto miesięcznie i wyżej.
Bardzo znaczącą barierą dla większości osób, które chciałyby się uważać za klasę średnią, jest w tej nowej definicji polski system podatkowy, a raczej to, co wynika z aktualnych modyfikacji tego systemu przez kolejne rządy. Polskie podatki i składki (ich degresywność na wyższych poziomach, brak waloryzacji progów czy niska kwota wolna od podatku) sprawiają, że ucieczka ze strefy wrażliwości do strefy pełnej stabilności jest dla przeciętnego pracownika wyjątkowo trudna.
Corvalan połączył opis klasy średniej z danymi dotyczącymi współczynnika Giniego, który określa stopień nierówności dochodów lub majątku w danym społeczeństwie. Współczynniki przyjmuje wartość od 0 do 1, przy czym wartość 0 (zero) oznacza, że każdy w społeczeństwie ma dokładnie taki sam dochód. Wartość 1 (jeden) oznacza absolutną nierówność, czyli że jedna osoba posiada cały dochód, a wszyscy pozostali mają zero. Im wyższa wartość, tym większe nierówności dochodowe panują w danym kraju.
Sytuację klasy średniej bardzo trafnie oddaje kolejny wykres, na którym widać współczynnik Giniego nałożony na dane o klasie – biednej, średniej i bogatej zebrane w latach 1980-2023. Jaka jest korelacja tych klas z nierównością? Udziały w dochodach biednych i bogatych wykazują silną zbieżność ze współczynnikiem Giniego. Klasa średnia natomiast nie wykazuje zależności liniowej z nierównościami, choć sama jest zróżnicowana. To jest jej najważniejsza cecha opisana przez ekonomistę.

Klasa w rozmiarze M. Nieczuła na wiele działań polityków
Odkrycie Corvalana ma wymiar nie tylko finansowy, ale też politologiczny. Autor opracowania podkreśla, że od czasów Arystotelesa uważano, że silna klasa średnia jest fundamentem stabilnego państwa. Jednak dopiero teraz dostajemy matematyczny dowód na to, dlaczego tak się dzieje. Skoro udział tej grupy w całkowitym dochodzie narodowym nie zmienia się pod wpływem skoków czy spadków nierówności, to jej przedstawiciele mają zupełnie inną wrażliwość wyborczą niż pozostałe grupy społeczne:
>>> Nie żądają radykalnej redystrybucji dochodów i wprowadzania kosztownych projektów finansowych dla uboższych grup. W przeciwieństwie do niższych grup dochodowych, które zyskują na wyższym opodatkowaniu osób zamożnych i na programach socjalnych, stabilna klasa średnia nie ma bezpośredniego interesu w wywracaniu systemu do góry nogami;
>>> Nie dążą też do pogłębiania nierówności. W przeciwieństwie do wąskiej elity finansowej, do której należy zazwyczaj najwyżej 5% najbogatszych, klasa średnia nie zyskuje na deregulacji sprzyjającej wyłącznie pomnażaniu kapitału bogaczy;
>>> Stanowią naturalny bufor polityczny chroniący całe społeczeństwo przed przereagowaniem w sytuacjach kryzysowych. Klasa średnia powinna tworzyć racjonalny, umiarkowany środek sceny politycznej. Tam, gdzie ta odporna grupa jest nieliczna lub osłabiona, społeczeństwo drastycznie się polaryzuje, a do głosu dochodzą ugrupowania, które wywieszają na sztandarach albo szczodre obietnice socjalne, albo skrajny leseferyzm, jak z początkowego okresu kapitalizmu.
Jeśli klasa średnia jest kotwicą, to jednak kotwicą umiejscowioną bardziej po stronie osób z ponadprzeciętnymi dochodami. Stąd ogólna dbałość tej dużej grupy społecznej raczej o wartości wolnorynkowe niż socjalne. Do tego dochodzi wartość demokracji jako jedynego obecnie systemu politycznego, który jest w stanie zagwarantować klasie średniej efektywne funkcjonowanie.
Co z tego wynika dla Polski? Nowe badanie pokazuje, że w Polsce często mylimy nasze aspiracje z realną stabilnością ekonomiczną. Większość Polaków uważających się za klasę średnią, utrzymujących się z przeciętnych dochodów z pracy, w rzeczywistości żyje na granicy wrażliwości – każdy skok inflacji, wzrost stóp procentowych czy zmiana w systemie podatkowym bezpośrednio może uderzać w ich udział w krajowym „torcie”.
Jeśli polityka gospodarcza państwa będzie skupiać się głównie na transferach dla najmniej zarabiających lub ulgach dla wąskiej grupy najbogatszych, to bufor społeczny może być dosyć wątły. Prawdziwa klasa średnia to nie pasażerowie na gapę rynkowej koniunktury, którzy jak ognia boją się każdego spowolnienia gospodarczego czy perturbacji na rynku pracy, lecz jedyna praktycznie grupa, która stabilizuje zarówno finanse publiczne, jak i cały system demokratyczny.
CZYTAJ TEŻ:
Źródło zdjęcia: Maciej Danielewicz






