2 października 2026

Porsche chciało sprzedawać więcej. Ferrari woli sprzedawać drożej. Który model luksusu przetrwa motoryzacyjną rewolucję?

Porsche chciało sprzedawać więcej. Ferrari woli sprzedawać drożej. Który model luksusu przetrwa motoryzacyjną rewolucję?

Przez lata Porsche było jednym z najcenniejszych klejnotów w koronie niemieckiego giganta Volkswagena. Porsche jako jeden z najbardziej znanych światowych brandów generowało imponujące marże, podbijało Chiny i dawało całej grupie coś, czego trudno było oczekiwać od masowych marek: prestiż połączony z bardzo wysoką rentownością. Teraz sytuacja się odwróciła. Problemy Porsche stały się na tyle poważne, że ciążą wynikom całego Volkswagena. W tym samym czasie inna prestiżowa sportowa marka – Ferrari – radzi sobie świetnie. Co się stało z potęgą Porsche?

Okazuje się, że kryzys biznesowy marki Porsche nie oznacza załamania biznesu luksusowych samochodów. Widać to w wynikach finansowych Ferrari, które, mimo że sprzedaje mniej aut od niemieckiego konkurenta, ma na swoich cackach zdecydowanie wyższą marżę. Luksus nie odchodzi więc w zapomnienie, ale klienci marek luksusowych żądają czegoś więcej niż markowego samochodu z dobrą historią. Ale co?

Zobacz również:

Co więcej niż Porsche może dać swoim bogatym klientom włoski producent Ferrari? Dlaczego dwie legendarne europejskie marki sportowych samochodów znalazły się w tak różnych miejscach? Czy Porsche stało się zbyt duże i zbyt zależne od Chin, by korzystać z ekonomii prawdziwego luksusu? A może Ferrari znalazło model biznesowy, który jest wyjątkowo odporny na chińską konkurencję, wyzwania elektromobilności i spowolnienie gospodarcze? Gdzie dziś zaczyna się – i kończy – prawdziwy luksus, za który klienci gotowi są zapłacić znacznie więcej niż tylko za dobre auto?

Porsche sprzedaje 18 razy więcej, a zarabia… podobnie jak Ferrari

Na pierwszy rzut oka trudno dwie firmy porównywać pod względem wyników sprzedażowych. W pierwszej połowie 2026 roku Porsche dostarczyło klientom 122 306 samochodów, Ferrari – zaledwie 6802. Porsche sprzedało więc niemal 18 razy więcej aut. To prawdziwy potentat na rynku aut premium. Także pod względem przychodów przewaga niemieckiej firmy jest ogromna: 17,2 mld euro wobec 3,8 mld euro Ferrari.

Ale jeśli spojrzymy na inne wskaźniki wynikowe, to proporcje zaczynają wyglądać zupełnie inaczej. Zaskakuje przede wszystkim zysk operacyjny, czyli jeden z ważnych sygnałów opłacalności sprzedaży. Porsche wypracowało 1,35 mld euro zysku operacyjnego, a Ferrari niewiele mniej, bo 1,15 mld euro. Czyli Ferrari osiąga zaledwie około 22% przychodów Porsche, ale generuje aż 85% jego zysku operacyjnego. Najlepiej różnicę widać w marżach: 7,8% w Porsche i 30,5% w Ferrari.

Skąd taka przepaść w kluczowych wskaźnikach? Ferrari od dawna prowadzi biznes według zasady, która nie ma nic wspólnego z masową motoryzacją. Firma nie chce sprzedawać za dużo aut, mimo że na pewno by mogła. Ale ograniczona podaż i efekt wyjątkowości to jedna z najważniejszych cech produktu włoskiego producenta. Zgodnie ze starymi sprawdzonymi regułami marketingowymi do aut musi ustawić się kolejka klientów, a firma ma możliwość selekcjonowania zamówień.

Modele Ferrari są oferowane w limitowanych seriach, a rozbudowana personalizacja pozwala podnosić kwotę, którą musi zapłacić klient. W Ferrari nie ma pogoni za setkami tysięcy wyprodukowanych i sprzedanych samochodów. Efekty? W pierwszym półroczu tego roku firma zwiększyła przychody mimo spadku liczby dostarczonych aut. W swoich raportach wskazuje m.in. na korzystniejszy mix modeli i personalizację jako czynniki poprawiające wyniki finansowe.

Porsche funkcjonuje w zupełnie innej skali. To wciąż marka luksusowa i niezwykle prestiżowa, będąca przedmiotem westchnień i pożądania miłośników motoryzacji. Ostatnio polskie media donosiły, że jeden z modeli zakupił po zakończeniu swojej prezydentury Andrzej Duda. Mówił mediom, że marzył o tym od dawna, ale jako prezydent nie mógł sam prowadzić samochodu. Teraz może już wskoczyć do takiego własnego sportowego auta i cieszyć się jego elegancją, szybkością i niezawodnością.

Porsche to nie tylko część wielkiej grupy motoryzacyjnej Volkswagena, ale gigant produkcyjny sam w sobie. Firma produkuje setki tysięcy aut rocznie, z szeroką gamą modeli – od 911 po Macana i Cayenne – oraz rozbudowaną globalną siecią sprzedaży. Taka skala działania przez lata była dla firmy wielką zaletą i przewagą konkurencyjną. Pozwalała Porsche połączyć prestiż z wolumenem sprzedaży, którego Ferrari nawet nie próbował nigdy osiągać.

Problem pojawia się wtedy, gdy wolumen zaczyna spadać. Koszty fabryk, nowych modeli, oprogramowania i transformacji technologicznej nie znikają wraz z klientami. Porsche staje się więc bardziej podatne na to, co dzieje się na największych rynkach motoryzacyjnych, a dla niemieckich aut nie dzieje się ostatnio najlepiej. Najbardziej spektakularnie widać to w Chinach, czyli na największym rynku świata, na którym Volkswagen jako cała grupa miał osiągać gigantyczne zyski.

CZYTAJ TEŻ:

europejski luksus

drogie auto z niską ratą

Chiny stworzyły potęgę Porsche. Teraz ciągną markę w dół?

Żeby zrozumieć dzisiejsze problemy Porsche, warto cofnąć się o dekadę. W 2015 roku Chiny po raz pierwszy zostały największym pojedynczym rynkiem dla tej marki. Porsche dostarczyło tam wtedy 58 009 samochodów. Potem niemal rok po roku biło kolejne rekordy, aż w 2021 roku sprzedaż osiągnęła historyczny szczyt – 95 671 aut. Chiński klient stał się jednym z fundamentów biznesowego sukcesu niemieckiej marki.

Od tamtej pory kierunek jest jednak niemal dokładnie odwrotny. W 2025 roku Porsche dostarczyło w Chinach już tylko 41 938 samochodów, o 26% mniej niż rok wcześniej i aż o 56% mniej niż w rekordowym 2021 roku. Co więcej, największym regionem sprzedaży Porsche nie są już Chiny, lecz Ameryka Północna, gdzie w ubiegłym roku dostarczono ponad 86 000 samochodów. Smutna historia Porsche w Chinach widoczna jest na grafice:

Na razie znikąd nie widać perspektyw odbicia dla Porsche na chińskim rynku. W pierwszej połowie 2026 roku sprzedaż zmniejszyła się o kolejne 32% w skali roku, do 14 501 aut. W swoich raportach wynikowych Porsche wskazuje na dwa podstawowe problemy, jakie widzi na rynku chińskim. To słabsza koniunktura na chińskim rynku dla segmentu aut luksusowych oraz bardzo silna konkurencja ze strony samochodów elektrycznych.

Spowolnienie gospodarcze w Chinach to jedno, ale przede wszystkim chiński rynek samochodowy w ciągu dosłownie kilku lat zmienił się strukturalnie. Miejscowi producenci coraz skuteczniej konkurują technologią, wyposażeniem i oprogramowaniem, zwłaszcza w autach elektrycznych. Porsche w swoim raporcie za 2025 rok zalicza ryzyko związane z kierunkiem rozwoju chińskiego rynku do kategorii „high” i mocno zwraca uwagę na strukturalne zmiany w chińskiej motoryzacji.

Porsche próbuje przy tym uniknąć rozwiązania najprostszego, czyli ratowania sprzedaży za pomocą dużych obniżek cen. Firma konsekwentnie mówi o strategii „value over volume” – woli zaakceptować mniejszą liczbę sprzedawanych samochodów niż zwiększać wolumen kosztem cen i prestiżu marki. Nowy prezes Michael Leiters deklarował konsekwentne stosowanie tej zasady w Chinach jako jednego z elementów przebudowy strategii sprzedażowej firmy.

Brzmi znajomo? Porsche próbuje dziś robić coś, co Ferrari robi od dawna: przedkłada wartość pojedynczej sprzedaży nad liczbę sprzedanych samochodów. Tyle że Ferrari zbudowało cały model biznesowy wokół kontrolowania podaży, podczas gdy Porsche musiałoby dokonać podobnej zmiany po latach działania na znacznie większą skalę. Jak to robi Ferrari? Firma od momentu swojego powstania pokazuje, jak daleko można posunąć zasadę „mniej znaczy więcej”.

Ferrari: mniej (samochodów) znaczy więcej (pieniędzy)!

Ferrari od lat prowadzi biznes według zasady, którą prezes Benedetto Vigna określa jako „quality of revenues over volumes” – ważniejsza jest jakość przychodów niż liczba sprzedanych samochodów. W 2025 roku firma dostarczyła klientom 13 640 aut, o 112 mniej niż rok wcześniej. Mimo to przychody wzrosły o 7%, a zysk operacyjny aż o 12%. Marża EBIT sięgnęła 29,5%. Vigna tłumaczył te wyniki przede wszystkim korzystną ofertą modeli, personalizacją samochodów i przychodami ze sponsoringu.

Pierwsza połowa 2026 roku pokazuje, że nie był to jednorazowy efekt. Ferrari ponownie sprzedało mniej samochodów, ale zarobiło więcej. Dostawy dla klientów spadły o ok. 4% w skali roku, podczas gdy przychody wzrosły o ok. 6%, a zysk operacyjny EBIT o ok. 5%. W rezultacie marża operacyjna przekroczyła 30%. Dla większości producentów samochodów spadający wolumen oznacza problem. W Ferrari to zdecydowanie nie problem, to wręcz ważny element modelu biznesowego.

Sekret tkwi między innymi w tym, ile można zarobić na pojedynczym aucie. Ferrari nie sprzedaje wyłącznie gotowego modelu z cennika. Klienci mogą wydawać dodatkowe pieniądze na rozbudowaną personalizację, a firma regularnie podkreśla jej pozytywny wpływ na wyniki. Do tego dochodzi odpowiedni miks w oferowanych modelach: większy jest udział modeli droższych, samochodów z silnikami V12 czy limitowanych serii. To poprawia przychody i marżę nawet bez zwiększania produkcji.

Ferrari już w poprzednich latach wskazywało, że właśnie mix ceny i personalizacji potrafi mocno zwiększać wynik przypadający na jedno auto. Ale najważniejszym produktem Ferrari może być coś, czego nie znajdziemy w cenniku – wyjątkowość produktu. Firma świadomie zarządza wolumenem i popytem, zamiast próbować zaspokoić potrzeby klientów za wszelką cenę.

Na koniec 2025 roku firma dysponowała portfelem zamówień już do końca 2027 roku. To daje Ferrari komfort, którego zwykły producent samochodów nie ma. Włoska firma nie musi zdobywać klienta rabatem ani maksymalizować wykorzystania fabryk poprzez nieustanne zwiększanie sprzedaży. Ma też większą swobodę działania w projektowaniu nowych rozwiązań.

To również tłumaczy, dlaczego Ferrari może stosunkowo spokojnie przechodzić przez technologiczną rewolucję w motoryzacji. Firma inwestuje ogromne pieniądze w nowe modele i elektromobilność, ale nie musi ścigać się o masową sprzedaż. Jej zadaniem jest przekonanie niewielkiej grupy bardzo zamożnych klientów, że kolejne Ferrari – niezależnie od rodzaju napędu – nadal będzie czymś, czego nie może mieć każdy i na co warto poczekać.

Porsche nie może po prostu stać się drugim Ferrari

Skoro model biznesowy stosowany przez Ferrari jest tak rentowny, można zapytać, dlaczego Porsche po prostu go nie skopiuje jeden do jednego. Zamiast walczyć o setki tysięcy klientów, mogłoby ograniczyć produkcję, mocniej pilnować cen, zwiększać personalizację i zarabiać więcej na każdym aucie. Porsche zapowiedziało co prawda zmiany w kierunku większego nacisku na wartość produkcji zamiast na jej wolumen. Jednak między Porsche a Ferrari pozostaje fundamentalna różnica – skala aktywności.

W 2025 roku Porsche dostarczyło klientom na świecie 279 449 samochodów. Ferrari – 13 640. To ponad dwudziestokrotna różnica. Porsche ma fabryki, sieć sprzedaży, zatrudnienie i gamę modeli przystosowane do produkowania setek tysięcy aut. Cayenne i Macan to nie są limitowane auta dla kolekcjonerów, lecz modele, które muszą znajdować dziesiątki tysięcy nabywców. Ferrari świadomie kontroluje wielkość produkcji i listy oczekujących, aby podtrzymywać ekskluzywność swoich samochodów.

Dobrze pokazuje to przykład rynku chińskiego. W 2025 roku Porsche dostarczyło tam 41 938 aut, czyli około 15% całej swojej światowej sprzedaży. I był to wynik po ogromnym spadku z poziomu 95 671 aut w 2021 roku. To było znaczące dla firmy. Porsche zbudowało biznes, w którym popyt z Chin pozwalał sprzedawać dziesiątki tysięcy drogich samochodów rocznie. Kiedy ten popyt zaczął znikać, powstał problem, którego nie da się rozwiązać samym podniesieniem cen.

Ferrari jest w zupełnie innym położeniu. W 2025 roku do Chin kontynentalnych, Hongkongu i Tajwanu trafiło zaledwie 941 samochodów Ferrari, o 19% mniej niż rok wcześniej. Region odpowiadał za 6,9% światowych dostaw firmy. Co ciekawe, Ferrari wcale nie próbowało rekompensować spadku agresywnym zwiększaniem sprzedaży. W 2024 roku dostawy na tym rynku zmniejszyły się o 22%, a w 2025 roku spadły ponownie. Mimo to wyniki finansowe całej grupy rosły.

To jedna z ważniejszych różnic między tymi firmami. Dla Porsche utrata kilkudziesięciu tysięcy klientów w Chinach jest problemem przemysłowym. Dla Ferrari spadek sprzedaży o kilkaset samochodów na jednym rynku może być elementem świadomego zarządzania podażą. Ferrari uznaje, że geograficzny podział dostaw jest częścią strategii zachowania ekskluzywności marki. Nie chodzi wyłącznie o znalezienie jak największej liczby klientów, ale też o pilnowanie, gdzie i ile samochodów trafia na rynek.

Porsche może zatem przejąć część filozofii Ferrari – ograniczać rabaty, rozwijać personalizację, lepiej pilnować podaży i bardziej koncentrować się na marży niż na liczbie sprzedanych samochodów. Nie może jednak w krótkim czasie zmienić się w Ferrari, bo musiałoby zakwestionować model biznesowy, dzięki któremu samo urosło do obecnej skali. Porsche przez lata nauczyło się zarabiać na luksusie sprzedawanym niemal masowo. Teraz przekonuje się, że pogodzenie luksusu z ogromną skalą produkcji jest trudne, kiedy największy rynek przestaje rosnąć.

Giełda też widzi dwa różne rodzaje luksusu

Różnicę między Porsche a Ferrari widać nie tylko w salonach samochodowych i raportach wyników finansowych, ale też w notowaniach giełdowych obu firm. Porsche AG zadebiutowało na rynku we Frankfurcie 29 września 2022 roku. Była to jedna z największych europejskich ofert publicznych od lat, a akcje sprzedawano po 82,50 euro. Debiut miał pozwolić inwestorom osobno wycenić markę, która przez lata była jednym z najbardziej rentownych aktywów koncernu Volkswagen. Dziś akcja Porsche kosztuje… 45 euro.

W przypadku Ferrari notowanego na NYSE jedna akcja wyceniana była w momencie IPO Porsche na niecałe 200 dolarów, a teraz warta jest ponad 400 dolarów. Giełdowe drogi Porsche i Ferrari wyraźnie się rozeszły. Jeśli notowania obu spółek w momencie giełdowego debiutu Porsche przyjmiemy za 100, to obecnie indeks Ferrari znajduje się w okolicach 220, a Porsche zaledwie 54. Oznacza to, że od końca września 2022 roku akcje Ferrari zyskały około 120%, podczas gdy akcje Porsche straciły niemal połowę swojej wartości.

Sam wykres nie mówi co prawda, która firma produkuje lepsze samochody ani tym bardziej, która akcja będzie lepszą inwestycją w przyszłości. Pokazuje jednak, jak zmieniała się rynkowa wycena firm w ostatnich czterech latach. Ferrari przekonywało inwestorów rosnącymi przychodami, wysokimi marżami i zdolnością do podnoszenia wartości sprzedaży bez zwiększania produkcji. Porsche w tym samym czasie odczuwało kurczenie się sprzedaży w Chinach, koszty transformacji technologicznej i spadającą rentowność.

Jest jeszcze jedna różnica. Ferrari jest przez giełdę traktowane nie tylko jak producent samochodów, lecz w dużej mierze jak firma z sektora dóbr luksusowych. Dla takiego biznesu ograniczona podaż, siła marki i możliwość podnoszenia cen są zaletami. Porsche korzysta z prestiżu luksusowej marki, ale jednocześnie pozostaje dużym przedsiębiorstwem przemysłowym, którego wyniki zależą od wykorzystania fabryk, wielkości sprzedaży i koniunktury na największych rynkach. Od tego też zależy sentyment inwestorów.

Kontrast między firmami widać także w najnowszych ocenach analityków. 21 września UBS podtrzymał rekomendację „kupuj” dla Ferrari z ceną docelową 490 dolarów przy kursie około 416 dolarów. Analitycy po wizycie w Maranello zwracali uwagę na odporność biznesu Ferrari, siłę popytu, ekskluzywność oferty oraz znaczenie rzemiosła jako elementu przewagi konkurencyjnej. Wcześniej dobre wyniki za drugi kwartał skłoniły również Evercore ISI i Bernstein do podwyższenia cen docelowych dla Ferrari.

Tego samego dnia zupełnie inaczej wyglądała ocena Porsche. Kepler Cheuvreux obniżył cenę docelową dla Porsche AG z 42 do 38 euro i utrzymał rekomendację „reduce”. Analitycy wskazali na wolniejsze od oczekiwanego ożywienie firmy i przesunęli w czasie moment, w którym Porsche miałoby dojść do średnioterminowego celu 10–15% marży operacyjnej. W tle pozostają problemy w Chinach oraz pogorszenie perspektyw, które zmusiło Volkswagena do dokonania wielomiliardowego odpisu związanego z Porsche.

Widać jak na dłoni, że część analityków widzi w Ferrari firmę, która potrafi bronić wysokich marż dzięki wyjątkowości produktu, personalizacji i sile marki, podczas gdy w przypadku Porsche pytanie brzmi przede wszystkim, jak szybko uda się odbudować rentowność. To dwa różne problemy – i dwa bardzo różne podejścia inwestycyjne.

Porsche ma problem, którego Ferrari nie chce mieć

Historia Porsche i Ferrari pokazuje, że w świecie luksusu więcej nie zawsze znaczy lepiej. Porsche przez lata dokonało czegoś niezwykłego: zachowało prestiż marki samochodów sportowych, a jednocześnie zbudowało biznes zdolny sprzedawać ponad 300 000 aut rocznie. Cayenne i Macan otworzyły Porsche na klientów, którzy wcześniej prawdopodobnie nigdy nie kupiliby 911. Chiny dostarczyły dziesiątki tysięcy nabywców. Skala rosła, przychody rosły, a Volkswagen dzięki temu też rósł w siłę.

Dziś widać drugą stronę tego sukcesu. Duża skala wymaga utrzymywania stabilnej dużej sprzedaży. Kiedy znika kilkadziesiąt tysięcy klientów w Chinach, fabryki, koszty rozwoju nowych modeli, inwestycje w elektromobilność i cała przemysłowa infrastruktura pozostają. Porsche może mówić „value over volume”, ograniczać rabaty i mocniej stawiać na personalizację, ale nie może z dnia na dzień stać się producentem kilkunastu tysięcy samochodów rocznie.

Biznesowa przewaga Ferrari polega na tym, że może sprzedać mniej samochodów, a nawet chwalić się taką mniejszą sprzedażą, traktując ją jako dowód na ekskluzywność produktu. Przy dobrym marketingu to może bardzo działać na klientów i paradoksalnie jeszcze zwiększać przychody i zyski. Ferrari każe klientom czekać. Może wybierać sobie, ile aut trafi na poszczególne rynki, i wciąż zarabiać na niepodrabianym luksusie, który od wieków polegał na kontrolowanym niedoborze dóbr.

ZOBACZ I PRZECZYTAJ:

volkswagen tonie

PRZECZYTAJ TEŻ:

Czytaj też: Elektryka da się naładować tak szybko jak auto benzynowe? BYD pokazał nową technologię. Zwiastun nowej rewolucji? Jak w to zainwestować?

Czytaj też: Już co czwarte sprzedawane na świecie auto to „elektryk”. Samochody EV zaczynają się opłacać nawet bez dopłat rządowych? Jest nowy raport

Czytaj też: Niespodzianka na stacji z paliwem: 60 zł za pełny „bak” i dojazd samochodem na wakacje? To się już zdarza. Ale tylko czasami, nie wszędzie i nie każdemu

Źródło zdjęcia: Pavel Keyzik/Unsplash

Subscribe
Powiadom o
0 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Kontrast

Rozmiar tekstu