Jak zabrać się do inwestowania oszczędności? Jak wybrać pierwsze obligacje, fundusze, czy nadwyżki finansowe lokować w depozytach krótko-, czy długoterminowych? Takich pytań otrzymuję od Was w ostatnim czasie całkiem sporo. Szczerze pisząc: coraz więcej. Stąd – wspólnie z Albrtem Rokickim, prowadzącym blog o długoterminowym inwestowaniu Longterm.pl – postanowiliśmy rozpocząć nowy cykl edukacyjny, poświęcony podstawom inwestowania oszczędności – „Poradnik początkującego inwestora”.

W pierwszym odcinku odpowiem na najczęściej zadawane pytanie: jak się za to zabrać. Nieźle zarabiasz, wystarcza ci na życie (a czasem trochę kasy zostaje), masz kilka kart kredytowych, debet i kredyt gotówkowy lub hipoteczny. Może też kilka tysięcy na koncie oszczędnościowym albo na lokacie.

Czasem dzwoni do Ciebie naganiacz z firmy foreksowej i opowiada o szybkich zyskach, przychodzi agent firmy ubezpieczeniowej i namawia na polisę inwestycyjną. W banku mówią coś o planach systematycznego oszczędzania. Jak się w tym odnaleźć? Komu zaufać, a kogo wysłać na pobliskie drzewo? Oto plan gry w kilku punktach.

Po pierwsze: Sprzątamy długi

Zanim zabierzesz się za budowanie planu na gromadzenie oszczędności powinieneś zerknąć na swój domowy budżet i sprawdzić czy nie jest dziurawy. Największym wrogiem dla Twoich przychodów są długi. One drastycznie ograniczają możliwość gromadzenia oszczędności. Zamiast odkładać pieniądze spłacasz odsetki. Dlatego pierwszym wyzwaniem jest zabicie długów.

Nie da się tego zrobić z dnia na dzień, ale znam mnóstwo przypadków ludzi, którzy rozprawili się z długami sięgającymi kilkudziesięciu tysięcy złotych. W większości przypadków wystarczy konsekwentnie działać według ustalonego planu. Banki i firmy pożyczkowe bardzo chętnie refinansują długi w nieskończoność – dla nich najlepszy klient to taki bez przerwy zadłużony, ale wciąż wypłacalny – i wlaśnie z tym zjawiskiem trzeba powalczyć.

Co powinien zawierać plan wychodzenia z zadłużenia?

Po pierwsze: spisz wszystkie posiadane długi. Karty, debety, kredyty gotówkowe, raty wzięte bezpośrednio w sklepie. Po jednej stronie tabelki wpisz obecną wartość długu, a po drugiej – comiesięczną ratę.

Po drugie: podziel długi na odnawialne (kredyty, debety i linie odnawialne w koncie) oraz nieodnawialne (kredyty gotówkowe i ratalne).

Po trzecie: ustal po ile musiałbyś nadpłacać co miesiąc raty odnawialnych długów, żeby zmniejszały się one o co najmniej 10%. Banki nakazują spłacać tylko odsetki od limitów odnawialnych i debetów oraz tylko 5% długów w kartach kredytowych. Jeśli będziesz redukował wartość długów, to będą też spadały odsetki.

Poprzez niezaciąganie nowych długów, zmniejszanie salda długów odnawialnych i spłatę zgodnie z harmonogramem zadłużenia nieodnawialnego jesteś w stanie wyjść z długów w przewidywalnym czasie (z reguły w ciągu dwóch lat). Wtedy w Twoim domowym budżecie pojawią się luzy wynikające z tego, że nie będziesz już musiał płacić odsetek od kredytów (z reguły to 10% rocznie).

Jak ograniczyć wydatki?

Aby uzyskać zdolność do nadpłacania niektórych długów możesz potrzebować domowego budżetu. A więc ustalić ile pieniędzy co miesiąc wpływa, jakie są sztywne koszty (czynsz, rachunki, wydatki na dzieci) i ile wydajesz na życie. Te ostatnie wydatki warto rozbić na czynniki pierwsze (w tym celu radzę przez kilka miesięcy ewidencjonować każdą wydaną złotówkę).

Co zrobić z tą wiedzą? Jeśli już wiemy na co idą pieniądze, to wykonujemy dwa ruchy – zmniejszamy o 10% wydatki sztywne (np. poprzez przegląd niepotrzebnych abonamentów, zmniejszenie rachunków za prąd poprzez jego rozsądniejsze zużycie) oraz wybieramy jeden znaczący wydatek „na życie” i też zmniejszamy go o 10%.

Koncentracja na redukcji konkretnego wydatku w połączeniu z „zamrożeniem” innych wydatków na dotychczasowym poziomie zwiększa szansę na sukces. W kolejnym kwartale bierzemy się za kolejny znaczący wydatek i próbujemy go „ścisnąć”.

Nawet jeśli dziś wydaje Ci się, że każda wydana złotówka jest wydawana dobrze, to wiedz, że prawie każdy z nas (poza niewielkim procentem ludzi ściśle kontrolujących swoje wydatki) „przepala” bez sensu od „dużych” kilku do „małych” kilkunastu procent dochodów poprzez zbędne wydatki. Drogie abonamenty, złe nawyki, zbędne zakupy (wiecie, że przeciętna rodzina wyrzuca 15% kupionego jedzenia?). Ergo: nie trzeba wcale obniżać jakości życia, żeby wydawać mniej.

Czytaj też: Abonament telekomunikacyjny brać z telefonem czy bez?

Czytaj też: Ile kosztuje jeżdżenie własnym samochodem? 

Czytaj też: Ile można zaoszczędzić na nocnej taryfie na prąd?

Po drugie: Włączamy automatyczne sposoby oszczędzania

Jeśli problem długów zjadających przychody i ograniczających możliwości inwestowania masz już za sobą, to możemy zabrać się za lokowanie oszczędności. Ważne, żeby to była działalność systematyczna, a nie dorywcza, okazjonalna. My, Polacy, uwielbiamy się do czegoś zapalić i przez kilka miesięcy walczyć na całego. Ale potem żar wygasa i plany zostają na papierze. Ważne, żeby już dziś ustawić mechanizmy, które sprawią, że niezależnie od poziomu Twojej ochoty i motywacji będziesz zawsze odkładał pieniądze.

Te mechanizmy koncentrują się na automatycznym przelewaniu określonych kwot na konto oszczędnościowe. Proponuję więc, byś już dziś, teraz, zaraz, ustawił zlecenie stałe o wartości 5-10% swoich comiesięcznych dochodów, by lądowały na koncie oszczędnościowym. Przelew powinien wychodzić niedługo po wpływie wynagrodzenia, by nie nadwerężał płynności finansowej i dawał możliwości dostosowania miesięcznych wydatków do mniejszych o te 5-10% wpływów.

Niezależnie od tego sprawdź czy Twój bank umożliwia oszczędzanie na resztówkach. Ten mechanizm nazywa się „saver” i oznacza, że każdy Twój wydatek z konta (przelew, płatność kartą) będzie zaokrąglany do pełnych dziesiątek złotych lub powiększony o jakąś kwotę lub procent. I te pieniądze też będą pędziły na konto oszczędnościowe. To niezwykle skuteczna „machina” do gromadzenia oszczędności, ja w ten sposób w skali roku gromadzę kilka tysięcy złotych.

Jest też trzeci mechanizm napędzający zdolność do oszczędzania: „prowizja od podwyżki”. Za każdym razem, gdy Twoje wynagrodzenie rośnie, przekazuj równowartość 5% tego wzrostu na konto oszczędnościowe. W skali miesiąca będą to nieduże pieniądze, ale w skali całej kariery…

Zapewnienie sobie systematycznego dopływu pieniędzy na fundusz do inwestowania jest kluczowe. Przygniatająca większość osób, które zgłaszają się do mnie z prośbą o „zaprogramowanie ich” na oszczędzanie jako największy problem z tym związany podaje obawę, że nie będą w stanie wytrwać. I prawda jest taka, że rzeczywiście większość nie potrafi wytrwać. Dlatego tak cholernie ważne jest zaplanowanie automatycznych dopływów pieniędzy na konto oszczędnościowe.

Czytaj też: Proste sposoby na oszczędzanie

Po trzecie: Włączamy cierpliwość

Lokowanie oszczędności to zabawa dla bardzo cierpliwych. Każdy kto zaczyna się w to „bawić” na początku żyje w przekonaniu, że dość szybko dojdzie do dużych pieniędzy. Ostatnio dostałem od pewnego studenta e-mail z pytaniem jak ma zainwestować pieniądze, żeby za rok mieć dwa razy więcej. Pytanie wynikało zapewne z braku doświadczenia życiowego oraz z przekonania, że inwestowanie to jakaś magiczna działalność, która powoduje, że pieniądze zaczynają mnożyć się jak norki.

Tymczasem jest inaczej. Owszem, patrząc długoterminowo – w skali 20-30 lat – średnioroczny wzrost wartości zainwestowanych pieniędzy wynosi 7-8%, a więc jest znacznie większy od wskaźnika inflacji. Najlepsi inwestorzy zarabiają po kilkanaście procent rocznie (wliczając w to okresy spadków cen na rynku kapitałowym). Ale to wciąż nie oznacza, że inwestując dziś 1000 zł za kilka lat będziesz miał 10.000 zł, a po kolejnych kilku – 100.000 zł. To jest możliwe, ale w dłuższej, niż kilkuletnia perspektywie.

W inwestowaniu kluczowe są dwie rzeczy. Po pierwsze dopływ nowych pieniędzy, dzięki którym śniegowa kula oszczędności będzie rosła coraz szybciej. Po drugie: czas. Im jest dłuższy, tym większą rolę odgrywają odsetki od odsetek, procenty od procentów. Zobacz jak to wygląda na wykresie.

Jak widzisz z każdego 1000 zł można po 20 latach mieć prawie 3000 zł, albo i… 7000 zł. Choćby minimalne zwiększenie dochodowości inwestycji łączy się z nieproporcjonalnie większym wzrostem łącznej kwoty pieniędzy, którymi dysponujesz. Oczywiście: po drugiej stronie tego bilansu jest potencjalne ryzyko. Jeśli chcesz mieć szansę na wyciśnięcie z każdego zainwestowanego dziś 1000 zł aż 7000 zł w przyszłości, musisz podjąć większe ryzyko wahliwości swoich inwestycji, niż jeśli wystarczy Ci 3000 zł z każdego zainwestowanego dziś 1000 zł.

Są wyliczenia, z których wynika, że nawet najlepsze fundusze inwestycyjne w perspektywie 20-30 lat miały okres spadku o… 50%. Jeśli więc chcesz wyciskać ze swoich oszczędności więcej – musisz się liczyć z tym, że czasami ich wartość będzie przejściowo spadała i to znacząco. W inwestowaniu wygrywają ci, którym starcza cierpliwości.

Czytaj też: Cierpliwość pomaga w lokowaniu oszczędności? Oni policzyli ile jej potrzebujesz, żeby zarobić

W kolejnych odcinkach tego cyklu opowiem jak inwestować oszczędności w ramach większego lub mniejszego ryzyka, by nie zajmowało to dużo czasu. Ja mam tego czasu bardzo mało, a też jakoś sobie radzę.

Po czwarte: Zaczynamy od planu systematycznego oszczędzania. Potem pójdzie z górki

Najtrudniejsze w inwestowaniu są początki. Wtedy najbardziej obawiamy się ryzyka, pieniądze są dla nas najcenniejsze – bo z reguły są to pierwsze nasze oszczędności w życiu. Nie dopuszczamy do siebie ryzyka straty. Moja propozycja na początek jest następująca: zbuduj poduszkę finansową w wysokości 6-12 miesięcznych dochodów, nie obarczoną ryzykiem. Wtedy uzyskasz spokój ducha. Te pieniądze będą „nie do ruszenia”

Jak już będziesz miał tę poduszkę finansową, to w mniejszym stopniu będziesz „przywiązany” do kolejnych pieniędzy, które uskładasz. I będziesz mniej nerwowo reagował na to, że w trakcie inwestowania ich wartość może się zwiększać lub zmniejszać. To prosta metoda, którą sam stosowałem w życiu i wiem, że się sprawdza.

Najprostszy początek inwestowania pieniędzy jest więc taki. Wkładasz pieniądze na konto oszczędnościowe (najlepiej robić to w ramach mechanizmów, o których wcześniej pisałem). Jeśli uzbiera się na nim np. 10.000 zł, połowę salda przesuwasz na depozyt bankowy (np. krótkoterminowy). I znów gromadzisz oszczędności na koncie oszczędnościowym. Prędzej czy później znów pojawi się tam 10.000 zł. Wtedy połowę zabierasz na drugą lokatę bankową (tym razem długoterminową).

Kiedy masz już cztery lokaty, piątą pulę 5000 zł przeznaczasz na zakup obligacji skarbowych, najlepiej tych 10-letnich. Przegląd najbardziej opłacalnych obligacji skarbowych i instrukcję jak je kupić miałeś niedawno na „Subiektywnie o finansach”.

Czytaj więcej: Jakie obligacje warto kupić? I jak to się robi?

Czytaj na stronie Longterm.pl: 10 lektur obowiązkowych dla każdego początkującego inwestora. Autostrada do zysków

Kiedy masz już kilka lokat i trochę obligacji kupionych w dwóch lub trzech turach… wchodzisz do świata innych instrumentów finansowych. A więc w klasyczne inwestowanie pieniędzy. Budowanie poduszki finansowej oczywiście też jest częścią strategii inwestycyjnej (nawet najbardziej ryzykujący inwestorzy mają część portfela w depozytach, na kontach oszczędnościowych i w obligacjach rządowych), ale najistotniejsze dla ostatecznego efektu jest to, co zrobisz z pozostałymi pieniędzmi.

Jak zabrać się za uzupełnianie planu inwestycji o nowe instrumenty opowiem w kolejnym odcinku.

Ten tekst jest częścią edukacyjnego cyklu artykułów, których partnerem jest firma Getback. Pytania o inwestowanie, które Cię dręczą, zgłaszaj pod adresem [email protected] Choć tematyka cyklu nie jest związana z jej podstawową działalnością, to ewentualne zgłoszenia od moich czytelników, dotyczące również kwestii windykacyjnych, będą rozpatrywane priorytetowo. W tych sprawach również piszcie na [email protected]

zdjęcie tytułowe: stevepb/Pixabay.com