Auto jest dla mnie narzędziem pracy (mam prawie każdego dnia mnóstwo spotkań „na mieście” i to niekoniecznie w miejscach, do których łatwo dojechać komunikacją miejską), więc całkiem z niego zrezygnować nie mogę. Lecz gdybym tak przynajmniej raz na jakiś czas przesiadł się do autobusu, taksówki, albo na rower… Ile byłbym finansowo do przodu? I ile czasu bym stracił oszczędzając te pieniądze?

Już gołym okiem widzę, że wydatki związane z czterema kółkami stanowią zauważalną część mojego domowego budżetu. Auto jest spore (siedmioosobowy wan), względnie nowe (jeszcze na gwarancji, więc muszę je serwisować w autoryzowanym punkcie obsługi). Obliczenia będą więc uwzględniały te dwa czynniki, podbijające koszt użytkowania auta. W przypadku Waszych samochodów być może kalkulacja będzie trochę inna i jej wyniki też.

25 zł dziennie, czyli pakiet podstawowy

Rachunek zacząłem od wydatków na paliwo. Robię tysiąc kilometrów miesięcznie. Auto jest na benzynę i pali w mieście średnio 8 litrów na 100 km. Ceny na warszawskich stacjach oscylują między 4 zł a 5 zł za litr. Weźmy cenę z wyższej półki, czyli bliżej 5 zł za litr 95-tki. Gdyby to była stała cena, to co miesiąc wlewałbym do baku 400 zł.

Ale to dopiero początek wydatków. Raz w roku muszę kupić ubezpieczenie samochodu. Ostatnio była superpromocja u mojego dealera i „trafiłem” wypasioną polisę OC i AC za 2.500 zł. Gdyby nie to, pewnie zapłaciłbym o tysiąc złotych więcej. Ale – muszę przyznać – nie mam większych zniżek na ubezpieczenie komunikacyjne.

Co 15.000 km, czyli mniej więcej raz w roku, samochodowi należy się obowiązkowy przegląd, co kosztuje mnie 1200 zł. Ostatnio trzeba było wymienić klocki hamulcowe, więc rachunek wzrósł do 1600 zł. W przypadku Waszych aut koszty przeglądów mogą być niższe, a poza tym nie każde auto (nawet nowe) potrzebuje przeglądu co 15.000 km, większości samochodów wystarczy wjechać do warsztatu raz na 30.000 km. Kolejne 100 zł w skali roku wydaję na płyn do spryskiwaczy, a za komplet opon raz na pięć lat muszę dać najmarniej 1200 zł. Drugie tyle za zimówki.

Przeliczyłem to wszystko w skali roku: 5000 zł za paliwo i płyn do spryskiwaczy, 1300 zł za przegląd, 2500 zł  za ubezpieczenie, 500 zł to roczna wartość zużycia opon. Łącznie: ok 9.000 zł. Na każdy dzień roku przypada prawie 25 zł.

Amortyzacja, czyli 16-32 zł dziennie

Teraz czas na doliczenie amortyzacji samochodu. Samochód w salonie kosztował prawie 90.000 zł. Załóżmy, że pojeżdżę nim przez pięć  lat i sprzedam za  jakieś 30.000 zł. Jeśli podzielimy różnicę, czyli 60.000 zł, przez pięć lat (1826 dni), to wyjdzie 32 zł dziennie, które muszę dodać  do tych ponad 25 zł kosztów wynikających z czystej eksploatacji.

Oczywiście: przy mniejszych, tańszych autach używanych koszty amortyzacji są znacznie mniejsze. Jeśli kupiłem auto za 60.000 zł i pojeżdżę nim przez pięć lat, to będę miał samochód o wartości 30.000 zł. W takiej sytuacji koszt amortyzacji będzie znacznie niższy i wyniesie 16 zł dziennie. Ale to też nie są grosze.

Licząc więc koszty eksploatacji oraz amortyzację samochodu otrzymujemy dzienną kwotę 40-55 zł dziennie (zaokrąglając). To już jest pieniądz za który można wykręcić ze dwa kursy taksówką.

Kredyt czyli 7 zł dziennie

A gdybym auto kupił w 70% na kredyt (60.000 zł pożyczone od banku na 7% w skali roku)? Spłata kredytu przez pięć lat pochłonie 11.300 zł samych tylko odsetek, a do tego trzeba dołożyć najmarniej 3% prowizji banku, czyli kolejne 1800 zł. Łącznie:13.100 zł kosztów na pięć lat (1826 dni). W przeliczeniu na jeden dzień wychodzi niemal równe 7 zł.

Wniosek? Używanie auta, gdybym kupił je na kredyt, po doliczeniu wszystkich kosztów eksploatacji i amortyzacji, należałoby podsumować na… prawie 50 zł. Dziennie! I to ostrożnie licząc, bo gdybym – szacując część powyższych parametrów – chciał wziąć kwoty z wyższych widełek, to wyjdzie ponad 60 zł dziennie.

Skarbonka zamiast samochodu i… masz mieszkanie

Gdybym takie 50-60 zł dziennie odkładał na koncie oszczędnościowym, nawet oprocentowanym tylko na 1,5% w skali roku, to już po dziesięciu latach jeżdżenia rowerem zamiast samochodem miałbym na koncie 195.000 zł, czyli równowartość połowy ceny mieszkania w dużym mieście. A gdybym tak umartwiał się prowadząc życie bez prowadzenia (samochodu) przez 30 lat, to miałbym już 680.000 zł.

A może by tak... wynająć samochód na trzy lata zamiast kupować?

Ale z drugiej strony… wiemy czego przedłużeniem jest samochód i ile czasu można zaoszczędzić, przemieszczając się na drugi koniec miasta obwodnica, a nie trzema autobusami (gdyby jeszcze w polskich miastach były rozbudowane siatki metra…). Poza tym przyjemniej jest siedzieć we własnym samochodzie za kierownicą, niż w wynajętym aucie – na miejscu pasażera. Wiem coś o tym, bo jakiś czas temu wsiadłem do taksówki, żeby…. zlecić przelew. Zobaczcie co z tego przedsięwzięcia wynikło 😉

Czy wśród czytelników jest ktoś, kto tak, jak ja policzył ile kosztuje używanie auta i przesiadł się na rower lub do komunikacji miejskiej? Albo np. wynajął komuś swoje mieszkanie położone daleko od miejsca pracy, a wynajął podobne w miejscu, z którego do pracy można chodzić w kapciach? Piszcie!

źródło zdjęcia: Pexels/Pixabay.com