Planów systematycznego oszczędzania opartych na funduszach inwestycyjnych jest wiele, prawdopodobnie oferuje je większość firm zarządzających funduszami. Przeważnie zasada jest taka, że klient dostaje zniżkę w opłacie dystrybucyjnej – czyli tej, która jest pobierana przy wpłacie pieniędzy. I to jest jego uzysk. Nie ma obowiązku wpłacania określonych kwot co miesiąc (jest to więc bardziej elastyczne rozwiązanie, niż polisa inwestycyjna), ale na koniec roku trzeba mieć w funduszu uzgodnione na początku saldo. Inaczej traci się preferencję w postaci ulgi w opłatach.

Jestem fanem systematycznego oszczędzania w funduszach, ale wiem, że korzysta z tego rozwiązania stosunkowo nieliczne grono Polaków. Powód jest oczywisty: ci, którzy przekonali się już do funduszy, przeważnie są na tyle majętni, że stać ich na jednorazową wpłatę kilku, kilkunastu lub kilkudziesięciu tysięcy złotych.

A ci, którzy takich pieniędzy nie mają i byliby naturalnym „elektoratem” planów systematycznego inwestowania, funduszy się boją jak diabeł święconej wody. I tym sposobem w depozytach mamy 750 mld zł, a w funduszach góra 130 mld zł (biorąc pod uwagę tylko pieniądze klientów detalicznych).

Czytaj też: Fundusze inwestycyjne mają „już” tyle naszych pieniędzy co przed kryzysem 10 lat temu!

Czytaj też: Takiego funduszu inwestycyjnego jeszcze nie było. Wypłacił właśnie… 4,7% dywidendy!

Amerykański gigant powalczy o polskich ciułaczy

Bardzo nietypowy program systematycznego inwestowania w funduszach otwiera właśnie Franklin Templeton, jedna z największych na świecie firm zarządzających funduszami inwestycyjnymi. To globalny gigant, który ma klientów w 170 krajach i zarządza kwotą 750 mld dolarów. Dla porównania: polski rząd zbiera z podatków i corocznie zarządza kwotą niespełna 100 mld dolarów. A wartość wszystkich produkowanych w Polsce rocznie dóbr i usług to mniej, niż 500 mld dolarów. Rating Franklin Templeton Resources wynosi A+ i jest wyższy, niż rating Polski (BBB+).

W Polsce Franklin Templeton jest jeszcze maluchem, bo i polski klient jest bardzo „patriotyczny”. W funduszach inwestujących za granicą mamy ulokowanych tylko kilka procent oszczędności leżących poza bankami. Ale amerykański gigant chce to zmienić. I stąd pomysł na otwarcie planu systematycznego oszczędzania, dzięki któremu nawet niezbyt zamożny polski ciułacz będzie mógł inwestować swoje zaskórniaki na całym świecie.

Do tej pory fundusze Franklin Templeton były dostępne raczej dla dość zamożnych klientów, minimalna wpłata w większości z nich wynosi 7500 zł. W ramach planu systematycznego oszczędzania będzie można zadeklarować minimalną wpłatę od 300 zł miesięcznie. Jakie fundusze będą do wyboru? Przede wszystkim dwanaście globalnych funduszy, z których część oferuje możliwość inwestowania pieniędzy w miejscach, które do tej pory dla polskiego ciułacza były trudno dostępne.

Od kopalń złota po światowe obligacje

Są więc w tym planie dostępne fundusze takie jak Templeton Natural Resources (inwestuje w spółki surowcowe), Franklin European Dividend Fund (lokuje w europejskie spółki dywidendowe), są też fundusze inwestujące w Indiach (w ciągu ostatnich 10 lat taki fundusz wypracowywał przeciętnie po 6,6% zysku licząc w dolarach), inwestujące w całej Azji, wyłącznie w USA oraz wyłącznie w Ameryce Łacińskiej. Jest fundusz inwestujący na tzw. rynkach frontier, czyli „granicznych” między wysoką i nieco niższą „cywilizacją” (Wietnam, Argentyna, Kenia, Arabia Saudyjska, Kuwejt).

Z bardziej tradycyjnych funduszy jest taki, który inwestuje w globalne obligacje (w ciągu ostatnich 10 lat średniorocznie dawał zarobić 5,15% licząc w dolarach), a także fundusze tzw. absolutnej stopy zwrotu, czyli ryzykujące tylko nadwyżką wypracowaną dzięki wcześniejszym udanym inwestycjom (European Total Return i Global Total Return).

Jest wreszcie fundusz inwestujący wyłącznie w spółki mocne fundamendalnie (Samsung, Royal Dutch, Citigroup, Oracle, BNP Paribas…) oraz taki, który stosuje „strategie alternatywne”, czyli szukający spółek, w których są duże zmiany, a niejednokrotnie zarabiający na spadkach.

Jak widzicie to coś więcej, niż wybór między funduszami polskich akcji i polskich obligacji, ewentualnie dorzucając do tego fundusz zrównoważony lub stabilnego wzrostu. Dla zwolenników prostych rozwiązań Franklin ma trzy fundusze „we-wszystko-inwestujące” – Franklin Elastycznego Dochodu, Franklin Zmiennej Alokacji oraz Franklin Zdywersyfikowany Akcji. W każdym z tych funduszy są zarówno polskie, jak i zagraniczne aktywa.

Czytaj też: Portret ewentualnego rentiera. Ma milion dolarów, ale jak się nim opiekuje? Naśladuj go!

Dlaczego mielibyśmy inwestować w fundusze Franklin Templeton?

Jest to więc propozycja dla każdego, kto nie ma jeszcze setek tysięcy złotych, czyli kapitału pozwalającego na swobodne rozproszenie inwestycji po całym świecie, ale jednocześnie nie czuje się bezpiczny trzymając wszystkie oszczędności w naszym, polskim grajdołku. Polska gospodarka stanowi poniżej 1% PKB generowanego na świecie i – piszę Wam o tym już nie od dziś – nie ma najmniejszego powodu, by uzależniać od niego w 100% swoje oszczędności.

Czytaj też: Zyski z czterech stron świata czyli dlaczego nie trzymam swoich pieniędzy tylko w Polsce?

Wiadomo, że żaden fundusz inwestycyjny nie gwarantuje osiągnięcia zysku, ale w długim terminie w ostatnich 100 latach zyski z lokowania pieniędzy na rynku kapitałowym były większe, niż z lokaty bankowej lub obligacji rządowych. Franklin Templeton też nie pozjadał wszystkich rozumów i ma fundusze, które przynoszą straty swoim klientom, ale to asset manager z dużą historią, który nie utrzymałby się na rynku, gdyby strukturalnie dawał ciała.

No i trzeba pamiętać, że w zachodnich funduszach opłaty za zarządzanie pieniędzmi (te, które są odliczane od wyników) są znacznie niższe, niż opłaty a zarządzanie w polskich TFI. Np. fundusz akcji amerykańskich ma 1% opłaty za zarządzanie, gdy polskie fundusze akcji zwykle życzą sobie 4,5-5,5% rocznej opłaty pobieranej od zarządzanych aktywów klientów.

Czytaj też: Polskie fundusze inwestycyjne są potwornie pazerne! Jak je poskromić? Jest pomysł!

Zestawienie wszystkich funduszy, które można wybrać do planu systematycznego oszczędzania oraz informacje o tym w co inwestują i jakie mają wyniki, znajdziecie tutaj.

Ale numer: prowizja płatna… z góry!

Jeśli dotrwałeś/łaś do tego miejsca i wciąż jesteś zainteresowany/na systematycznym inwestowaniem pod amerykańskim parasolem, to czas na najważniejszy szczegół planu oszczędzania by Franklin Templeton. A więc: jakie są korzyści i w jaki sposób Amerykanie będą „wymuszali” długoterminowe oszczędzanie. Pod tym względem plan oferowany przez Franklina jest dość… hmmm… nowatorski.

Na starcie trzeba bowiem wybrać fundusze, do których pójdą pieniądze, zadeklarować minimalną wpłatę miesięczną (co najmniej 300 zł na jeden fundusz) oraz ustalić okres trwania planu. Może to być pięć, dziesięć lub piętnaście lat. Przez ten czas trzeba będzie wpłacać pieniądze, by utrzymać korzyści wynikające z planu. Można zrobić sobie roczną przerwę bez konsekwencji, można też wpłacać niesystematycznie (ważne, by na koniec roku bilans się zgadzał).

A korzyści? Główną i jedyną jest rabat w opłacie dystrybucyjnej, czyli tej pobieranej od każdej wpłaty. Standardowo jest to 5,5%, a w ramach planu tylko 2,5%. A więc zamiast płacić od każdych 10.000 zł opłatę rzędu 550 zł zapłacimy 250 zł. A teraz najciekawsze. Otóż tę obniżoną opłatę dystrybucyjną trzeba zapłacić… z góry. A więc jeśli np. zapisuję się do planu 5-letniego i wybieram jeden fundusz za 300 zł miesięcznie, to muszę od razu wyjąć z kieszeni 450 zł i wpłacić tytułem opłaty dystrybucyjnej (2,5% od 18.000 zł, czyli mojego „celu”).

No i jak Wam się podoba? Jak to pierwszy raz usłyszałem, prawie spadłem z krzesła. Kto w Polsce będzie płacił z góry opłatę dystrybucyjną od całej swojej inwestycji, której wynik jest niepewny? Na pierwszy rzut oka to wygląda słabo. Ale jeśli się głębiej zastanowić… takie wpłacenie z góry „biletu wstępu do darmowego inwestowania przez najbliższych pięć/dziesięć/piętnaście lat” może być dość skutecznym mobilizatorem, by systematycznie oszczędzać i nie przestawać. W końcu z góry za to zapłaciłem. Jak się zapomnę, to ta kasa przepadnie, bo Franklin wyrzuci mnie z planu i będę „w plecy” ze względu na mniejszą kwotę, niż „opłacona”.

Franklin Templeton sprawdzi naszą inwestycyjną dojrzałość. Mam wątpliwości czy podołamy

Bardzo jestem ciekaw czy ten nietypowy – jak na polskie realia – pomysł na „sprzedawanie” systematycznego inwestowania w fundusze się u nas przyjmie. Z jednej strony to fajny pomysł dla osób poszukujących czegoś więcej, niż „fundusz polskich akcji”. Rozpraszanie inwestycji na różne strony świata to podstawowa zasada ograniczania ryzyka, a Franklin Templeton przychodzi z propozycją otwarcia tej możliwości dla każdego, nawet niezamożnego ciułacza.

To w dodatku renomowana, jedna z najbardziej znanych na świecie, firma zarządzająca pieniędzmi, oferująca fundusze z niższymi opłatami za zarządzanie i gwarantująca uniezależnienie oszczędności od ewentualnych głupich pomysłów polskich polityków (a chyba nie macie wątpliwości, że są to goście gotowi na wszystko, zwłaszcza jeśli mogą się bawić nie swoimi pieniędzmi).

Mam natomiast poważne wątpliwości co do tego czy polski konsument już wystarczająco dojrzał do tego, by dostrzec korzyści z rozproszenia ryzyka poprzez powierzenie części pieniędzy amerykańskiej firmie.

Czytaj też: Jak inwestować w spółki dywidendowe poprzez fundusze inwestycyjne? Mój patent

No i pozostaje jeszcze kwestia sieci dystrybucji. Dziś fundusze w dużej częsci są sprzedawane w okienkach banków klientom, którym kończą się lokaty. To nie klient przychodzi z pytaniem o to jak ma zainwestować pieniądze, lecz bank „ubiera go” – bardziej lub mniej sprawnie – w fundusze.

Największe banki mają swoje towarzystwa funduszy inwestycyjnych, więc nie dziwi mnie, że tak to się odbywa. Franklin Templeton nie ma takich „chodów” w bankach. Jego sieć dystrybucji to sieci pośredników, biura maklerskie, doradcy private banking.

W dodatku udziałów funduszy Franklin Templeton nie można kupić przez internet (w XXI wieku to obciach). Czy znajdzie się wielu zdeterminowanych ciułaczy, którzy będą biegali po mieście z rozwichrzonym włosem w poszukiwaniu jakiegoś miejsca, w którym dałoby się kupić fundusze Franklina Templetona? Przypuszczam, że wątpię. Choć z drugiej strony słyszałem, że gdy podobny koncept zadebiutował w zeszłym roku w Indiach to w ciągu dwunastu miesiący franklinowcy mieli założonych milion planów. Można? Można!

Czytaj też: Cztery kroki, które musisz wykonać, żeby zacząć inwestować. Sprawdziłem je na sobie!

obrazek tytułowy: alexas_fotos