Bitcoin to nie jest prawny środek płatniczy – ostrzegły ostatnio we wspólnym komunikacie Narodowy Bank Polski i Komisja Nadzoru Finansowego. Ostrzegły też podlegające im instytucje, żeby nikomu nie wpadło do głowy oferować bitcoinów, ethereum, litecoinów, ani innych „coinów” jako inwestycji lub sposobu wydawania pieniędzy równoznacznego z wydawaniem złotówek. Obie zacne instytucje orzekły też, że…

„…wirtualne waluty nie są emitowane ani gwarantowane przez bank centralny państwa, nie są pieniądzem, czyli prawnym środkiem płatniczym, nie mogą być wykorzystane do spłaty zobowiązań podatkowych oraz nie spełniają kryterium powszechnej akceptowalności w punktach handlowo-usługowych”.

Jest w tym sporo prawdy. Wartość każdej waluty wynika z wiarygodności emitenta (kiedyś gwarantowanej ilością złota w jego skarbcach, bo pieniądze miały pokrycie w złocie) oraz z powszechnej akceptowalności. Obie te rzeczy rzutują na stabilność kursu wymiany danej waluty w stosunku do innych walut. Teoretycznie nie ma żadnego problemu, by na jakimś terenie uruchomić płatności znaczkami pocztowymi. Kłopot w tym, że posiadacz takiej „waluty” nie ma pewności czy zapłaci nią poza tym terenem oraz czy – i po jakim kursie – będzie mógł wymienić tę „walutę” na inną.

O ile na temat wiarygodności emitentów niektórych pieniędzy cyfrowych można dyskutować – jestem w stanie przyjąć, że wiarygodność „emitenta” Bitcoinów została już w jakiś sposób zweryfikowana („pieniędzy” tych nie pojawiło się w obrocie więcej, niż wynika z obietnicy ich twórcy) – o tyle powszechnej akceptowalności ani Bitcoin, ani Ethereum, ani LiteCoin ani inne „coiny” zbyt szybko nie osiągną. Próbowałem kiedyś płacić Bitcoinem w kawiarni, ale chyba jednak wolę kartę zbliżeniową.

Dopóki „coiny” nie będą powszechnie akceptowane, wciąż będą głównie „pieniądzem internetowym” narażonym na wszystkie koszty „antysystemowości” (np. jak ukradną ci 100 euro, to policja się przejmie, a jak 100 bitcoinów pies z kulawą nogą się nie zainteresuje). Choć widzę, że jest coraz więcej inicjatyw, które mają przybliżyć „coiny” zwykłemu konsumentowi. I sprawić, by mogł on wygodnie płacić bitcoinem tak, jak płaci innymi pieniędzmi.

Bitcoin wart już tyle, ile uncja złota. Co to jest? Dlaczego drożeje? Czy warto go mieć?

Od bardzo niedawna rewolucję w tej dziedzinie prowadzi amerykański start-up TenX, który wprowadził ciekawą rzecz: kartę płatniczą, która jest jednocześnie konwerterem wartości z walut cyfrowych do tradycyjnych. Działa to następująco: podpinam taką kartę do swojego portfela cyfrowego (o ile się orientuję, na razie obsługuje on osiem popularnych walut cyfrowych) i w momencie, gdy chcę taką kartą zapłacić w sklepie, system wymienia moje np. bitcoiny na „zwykłe” pieniądze (euro, dolary, jeny, funty… w zależności od tego gdzie akurat się znajduję) i to nimi płacę.

Czytaj więcej o pomyśle TenX. Tutaj jest strona firmy

Sam pomysł na tak działającą kartę nie jest przełomowy – trochę podobnie działa wielowalutowa karta Revolut, którą ostatnio opisywałem na „Subiektywnie o finansach”. Mam kartę i w jej ramach wymieniam bez spreadów jedną walutę na drugą, a potem płacę tą, która akurat jest mi potrzebna. Tutaj model jest jeszcze bardziej skomplikowany, bo na „wejściu” jest pieniądz cyfrowy typu bitcoin i jakaś giełda, na której ustalany jest jej bieżący kurs.

TenX swój pomysł już realizuje w praktyce, przez kilka tygodni działalności wydał 10.000 kart-konwerterów. Na czym firma zarabia? Przy każdej płatności i wymianie bitcoina na tradycyjne waluty przy płatności w sklepie TenX pobiera 2% prowizji (o tyle rośnie wyrażona w euro, dolarach lub innej walucie wartość transakcji). Sama wymiana bitcoina na walutę transakcji jest bez opłat i bez spreadu. Finalnie obciążane jest konto kryptograficzne klienta.

Karta, którą dostaje klient, ma znaczek Visa (tak, tak, ta szacowna organizacja też nie lekceważy pomysłów, które pozwalają łączyć świat cyfrowych pieniędzy z tradycyjnymi) i kosztuje 15 euro (w ten cenie jest też jej dostawa – przyślą ją także do Polski). Można też mieć kartę wirtualną, tylko do płatności w internecie – taka kosztuje na starcie tylko 1,5 euro. Opłata roczna za kartę wynosi 10 euro, ale można jej uniknąć jeśli w skali roku wydamy kartą równowartość ponad 1000 euro. Wypłata z bankomatu zawsze kosztuje 2,75 euro od każdej transakcji.

TenX już dziś przetwarza transakcje o wartości 100.000 dolarów miesięcznie, do końca przyszłego roku chce mieć milion użytkowników i przetwarzać 100 milionów transakcji miesięcznie. Do końca tego roku do kart TenX ma być możliwość podpięcia już 11 cyfrowych walut. Fajne? Być może. Kto wie czy tak właśnie nie będzie wyglądało połączenie świata cyfrowych walut z realnym.

DasCoin, czyli eldorado zaczyna się teraz! Albo w 2018-tym. Albo będzie DasNic

Wątpliwości? Bardzo jestem ciekaw jak od strony technicznej wygląda podpięcie portfela cyfrowego do karty (czy nie jest przesadnie skomplikowane dla konsumenta-laika). No i czy wreszcie powstanie pieniądz cyfrowy, który będzie na tyle stabilny kursowo, by tego typu przedsięwzięcie miało sens dla kogoś, kto nie jest ‚bitcoinowym spekulantem”, tylko zwykłym konsumentem.

Czytaj też: Przegląd kart debetowych działających „na bitcoina”

Głównym problemem bitcoina i innych kryptowalut jest bowiem duża wahliwość ceny. Karta pozwalająca płacić cyfrowymi walutami w zwykłym sklepie jest świetnym pomysłem, ale tylko do momentu, w którym klient przestaje mieć pewność czy płaci po kursie o 20% wyższym, czy o 30% niższym (bo tak właśnie zmieniają się ceny wirtualnych walut). Być może to, co jest źródłem popularności bitcoina, jest też jego przekleństwem.

Każda „normalna” waluta ma zaplanowaną emisję na poziomie, który jest jakoś-tam skorelowany z popytem na nią, warunkami rynkowymi itp. Banki centralne dbają o to, by ceny walut nie zmieniały się gwałtownie. W przypadku bitcoina i innych kryptowalut jest dokładnie odwrotnie. Emisja jest stała, co rodzi wielką modę na „dobro rzadkie” i bąble spekulacyjne, które pękają.