Jeśli ktoś myślał, że na rynku bitcoina było już wszystko, to w ostatnich godzinach musiał przecierać oczy ze zdumienia. W ciągu zaledwie jednej doby notowania bitcoina przebiły poziom 10.000 dolarów., potem 11.000 dolarów, dotarły do niemal 11.400 dolarów, po czym rąbnęły w dół o kilkanaście procent, wracając ciut poniżej pięciocyfrowego poziomu.

Przebicie po raz pierwszy w historii 10.000 dolarów to wielkie święto dla entuzjastów tego „pieniądza”, biorąc pod uwagę, że jeszcze rok temu trwały dyskusje czy bitcoin pokona poziom z jednym zerem na końcu mniej. W ostatnim roku każdy, kto włożył pieniądze w bitcoina (pod warunkiem, że giełda, na której inwestował, nie została zamknięta lub okradziona) – notuje gigatyczny, papierowy lub realny (jeśli sprzedał coiny) zysk.

Czytaj też: Oto co pisałem o bitcoinie, gdy stał się droższy od uncji złota

Bitcoin wchodzi też do głównego nurtu inwestycji. We Francji pojawił się właśnie pierwszy fundusz inwestycyjny, który inwestuje w… bitcoina. Powołał go specjalizujący się w alternatywnych strategiach inwestycyjnych asset manager Tobam. Fundusz jest przeznaczony – uwaga – nie dla drobnych ciułaczy, ale dla tzw. inwestorów kwalifikowanych, czyli po prostu instytucji finansowych, które chciałyby zainwestować kawałek swoich pieniędzy w bitcoina, ale obawiają się ryzyka. Tobam oferuje know-how, rozproszenie ryzyka i pośrednictwo w wejściu na ten rynek. Szaleństwo, nieprawdaż?

Niedawno ktoś policzył w jakim tempie pomnaża się kapitał zainwestowany w bitcoina. Tempo jest porażające i w dodatku coraz szybsze. Zobaczcie jak to rosło (z małymi przerwami na krótkie spadkowe korekty):

zero – $1000: 1789 dni
$1000- $2000: 1271 dni
$2000- $3000: 23 dni
$3000- $4000: 62 dni
$4000- $5000: 61 dni
$5000- $6000: 8 dni
$6000- $7000: 13 dni
$7000- $8000: 14 dni
$8000- $9000: 9 dni

Teraz trzeba chyba dopisać kolejny rozdział, bo do pokonania dystansu pomiędzy barierą 9000 dolarów za bitcoina, a psychologiczną granicą 10.000 dolarów rynek potrzebował już tylko trzech dni roboczych. Zaś do przemknięcia dystansu pomiędzy 10.000 dolarów, a 11.000 „zielonych” wystarczyło już tylko kilkanaście godzin.

Z czego wynika to szaleństwo i jaki będzie jego finał? Czy ci, którzy wpadli w tę bańkę wyjdą z niej obronną ręką, czy też wszystko stracą? A może 11.000 dolarów za bitcoina to wciąż cena „promocyjna”, a wkrótce zobaczymy bitcoina na granicach 20.000 dolarów albo więcej? Nie wiem jak długo ta dziwna hossa potrwa, ale jestem pewny, że skończy się wielkim „bum”. I nie postawiłbym dużych pieniędzy na scenariusz, w którym po tym „bum” będzie jeszcze co zbierać. Dlaczego tak uważam? Z kilku powodów. Pierwszym jest ten wykres:

źródło obrazka: Zero Hedge

Takiej bańki nie było podobno od kilkuset lat i słynnej tulipmanii. Chociaż trzeba też powiedzieć, że óten wykres jest trochę przesadzony, bo niektóre współczesne firmy, które rozwalają system (np. Netflix) też mają za sobą wzrost od zera do gigantycznych wartości. Natomiast na pewno nie są przesadzone te dane:

1. Bitcoin to tylko „trochę inny przelew”

Można byłoby powiedzieć: „ludzie, opanujcie się! Bitcoin to „tylko” cyfrowa gotówka. Środek przenoszenia wartości z punktu A do punktu B”. Żadna magia. Główną zaletą bitcoina jest to, że bardzo łatwo i tanio – a przede wszystkim anonimowo – można go przenieść na drugi koniec świata.

Można też utożsamiać bitcoina ze środkiem przychowywania, a nie tylko przekoszenia wartości. Lepszego, niż inne, bo niezależnego od polityków i systemu pieniężnego. Wartość „przechowywana” w bitcoinie jest łatwa do schowania i trudna do opodatkowania. Przeciwko pojmowaniu bitcoina jako „luksusowgo skarbca” przemawia niestabilność jego wartości. Czy ktoś chciałby inwestować w nieruchomości, gdyby ich ceny były tak zmienne i rynek był tak mało płynny, jak w przypadku bitcoina?

Mówimy więc chyba raczej o odpowiedniku przelewu albo zestawu „koperta na pieniądze plus szybki kurier”. Obiektywna wartość takiej „infrastruktury do przesuwania wartości” nie jest raczej porównywalna z wyceną McDonalds’a (a tak dziś jest wyceniany bitcoin).

Czytaj też: Rynek kryptowalut rzucony na szersze tło. Graficzne

2. Bitcoin to nie blockchain

Są tacy, którzy porównują bitcoina z PayPalem, który też jest wart dziesiątki miliardów dolarów. Ale PayPal jest systemem płatności, który zdobył silną i trudną do podważenia pozycję na świecie. Jest powszechnie akceptowalny, dostępny w milionach e-sklepów. Czy bitcoin to nowy PayPal? Nigdy nie będzie miał porównywalnej z PayPalem sieci akceptacji, a co gorsza nie ma nawet monopolu na swoim rynku.

Wartością realną jest bowiem blockchain, czyli technologia, dzięki której działa bitcoin. A ona jest ogólnie znana i kopiowalna. Swoje „bitcoiny” mogą emitować państwa, przedsiębiorstwa… Kto zbuduje sieć akceptacji i popularność „swojego” coina, będzie górą. A istnieją na świecie korporacje oraz organizacje, które mają zdolność do stworzenia kryptowaluty o światowym zasięgu. Pytanie czy zechcą się tym zająć.

Czytaj też: Burger King dorzuci klientom do bułek… kryptowalutę. Jedzenie wreszcie będzie inwestycją?

3. Bitcoina nie da się wycenić

Warren Buffet, największy inwestor świata, uważa, że nie wolno inwestować swoich pieniędzy w coś czego się nie rozumie. Z bitcoinem jest gorzej. Nie istnieje żaden obiektywny model wyceny Bitcoina. Nie istnieje żaden związek między jakimkolwiek parametrem ekonomicznym, a ceną bitcoina. Czy jego cena rośnie wraz z liczbą transakcji zawartych z jego użyciem? Wraz z przychodami, które generuje? Wzrostem sieci dystrybucji?

Przedsiębiorstwa wycenia się ustalając wartość ich aktywów i przychody, które z tych aktywów da się „wycisnąć”. Wartości bitcoina nie da się w ten sposób modelować. A to oznacza, że nie można wykluczyć, iż rynek wyceni ją na zero. I trudno będzie taką wycenę zakwestionować. No bo jakich argumentów użyć?

4. Bitcoin zależy od mody. Od czegoś jeszcze?

Od czego więc zależy cena bitcoina? Od liczby ludzi, którzy inwestują w niego w oczekiwaniu na to, że będzie jeszcze droższy oraz od liczby osób, które – m.in. w celu uniknięcia kontroli swojego kapitału, podatków, w związku z praniem pieniędzy bądź obawiając się nacjonalizacji swojego majątku – wolą „przechowywać” go w bitcoinach zamiast w nieruchomościach, akcjach, złocie lub w depozytach bankowych.

Czy ludzie kupują bitcoina po to żeby nim płacić czy raczej po to, żeby go mieć i żeby rósł? Jeśli wartość bitcoina nie wynika z żadnych mierzalnych wskaźników ekonomicznych, a jedynie ze spekulacyjnego popytu, to pytanie brzmi: co się stanie, gdy ten popyt znajdzie inny punkt zainteresowania? Jaką jeszcze bitcoin dysponuje zaletą, która implikowałaby jego wysoką wartość? Czy przypadkiem nie jest tu tak, jak z celebrytą, który „jest znany z tego, że jest znany”?

5. Bitcoin jest dobrem rzadkim? Ale podzielnym

Bitcoin jest dobrem rzadkim, którego nigdy nie przybędzie. W odróżnieniu od wielu innych dóbr (z pieniądzem papierowym na czele), których można wyprodukować dowolną ilość, liczba bitcoinów nigdy nie przekroczy liczby zakładanej jako „docelowa” przy jego powstaniu. Algorytm tworzenia nowych bitcoinów to uniemożliwia (do każdego potrzeba wyższej mocy obliczeniowej komputerów i większej energii). Czy zatem bitcoin jest dobrem rzadkim?

Pozornie tak, ale jeśli się bliżej przyjrzeć… Bitcoin jest podzielny i to podzielny w nieskończoność. Jego podaż – w coraz mniejszych porcjach – jest potencjalnie nieograniczona. Poza tym ostatnio bitcoin przeszedł podział na dwie „podwaluty” – bitcoina „prawdziwego” oraz bitcoin cash. To oznacza, że podaż tej kryptowaluty może zostać w przyszłości zwiększona na podobnej zasadzie. A to ryzyko dla tych, którzy go dziś kupują z myślą, że będzie wart więcej w przyszłości, gdyż będzie go co najwyżej tyle, ile jest dziś.

6. Nie da się złamać bitcoina? Na razie…

Za bitcoinem stoi przekonanie, że nikt nie może „złamać” sposobu generowania nowych monet. Fakt, nikomu przez osiem lat się to nie udało, a próbowało wielu. Ale nie oznacza to, że w przyszłości sposób, który „złamie” bitcoina nie może zostać stworzony. Nawet jeśli ryzyko jest pomijalne, to… jest.

Porównajcie to z sytuacją, w której jako inwestycję alternatywną trzymacie złoto – „konkurenta” bitcoina. Złoto jest fizycznie ograniczone ilościowo (chociaż we Wszechświecie nie jest tak rzadkie, jak na Ziemi, więc teoretycznie można sobie wyobrazić, że kiedyś jego ilość wzrośnie). Bitcoin jest ograniczony przez brak zdolności naszego umysłu do „złamania” sposobu generowania monet. Prawie na pewno go nie złamiemy. Ale „prawie”, jak wiadomo, robi różnicę.

7. Bitcoin kontra Chiny i USA? Będzie krwawo

Wartość każdego pieniądza jest uzależniona od możliwości jego wymiany – łatwej, przeprowadzonej na stabilnych warunkach, bezpiecznej – na dobra, usługi i inne waluty. Aby taką pełną wymienialność wprowadzić bitcoin musiałby przestać być antysystemowy. Musiałby wejść do głónego obiegu, być może stracić atut anonimowości. A to by go „zabiło”, bo dziś jego popularność – w dużym skrócie – polega na tym, że jest właśnie antysystemowy.

Bitcoin miałby zadatki, by stać się bardzo popularnym sposobem płacenia (i w ogóle transferu wartości) w internecie. Jakkolwiek dziś e-commerce to zaledwie kilka procent handlu – popularność zakupów w internecie będzie rosła. Tyle, że pogodzić powszechność i antysystemowość to chyba mission impossible. Z bitcoinem walczą Chiny, Rosja, inne państwa się wahają. Ale przestaną się wahać, gdy postanowią wprowadzić własne kryptowaluty. Wtedy z bitcoinem się rozprawią tak, jak Chińczycy, którzy po prostu zniszczyli wszystkie bitcoinowe giełdy w kraju.

Czytaj też: Płacić bitcoinem lub ethereum w każdym sklepie? Pojawiły się karty, które już to potrafią

Co będzie, gdy najpotężniejsze kraje stworzą własną walutę cyfrową? Niewykluczone, iż sprawią, że konkurencyjne „prywatne” waluty staną się nielegalne. Miłośnicy historii pamiętają, że kiedyś istniały „prywatne banknoty”, drukowane przez możnowładców. W okresie wolnej bankowości w XIX wieku były poważnie traktowane jako środek płatniczy. Dziś za emisję prywatnego pieniądze można pójść do więzienia.

Inne pytanie brzmi: czy w XXI wieku da się zdelegalizować kryptowalutę. Skoro nie da się zdelegalizować innych „wynalazków” nowych czasów, takich jak Uber na przykład… Z trzeciej jednak strony coś, co jest nielegalne, raczej nie będzie miało tak wielkiej popularności jaką cieszy się dziś bitcoin.

8. Kontrakty futures na bitcoin? Krach wisi w powietrzu

Bitcoin dziś jest jednym z najmniej płynnych aktywów notowanych na publicznych rynkach. Co to oznacza? Że bardzo łatwo przy użyciu stosunkowo niewielkich pieniędzy manipulować tym rynkiem. I jestem dziwnie pewny, że któryś z wielkich spekulantów lub banków inwestycyjnych wkrótce sprawdzi ile da się w ten sposób zarobić (przy okazji ograbiając z pieniędzy posiadaczy bitcoinów).

To, co sprawia, że np. złoto jest bardzo płynnym aktywem jest ogromna wielkość jego rynku. Im większy jest rynek, tym więcej jest płynności i tym łatwiej o stabilną wycenę. Według World Gold Council wartość całego wydobytego złota wynosi około 7,8 biliona dol. Dla porównania, całkowita wielkość rynku kryptowalut to niecałe 170 mld dolarów w podziale na 1170 różnych kryptowalut.

Tak się składa, że poważna giełda CME (Chicago Mercantile Exchange) planuje rozpocząć notowania kontraktów futures na bitcoina. Umożliwi to inwestorom obstawianie przyszłej wartości monety bez jej kupowania. Do tej pory inwestorzy nie mieli do dyspozycji żadnego prostego sposobu na obstawianie spadku ceny bitcoina – jedynym sposobem na zajęcie „krótkiej” pozycji było sprzedawanie coinów. Kontrakt futures pozwoli inwestorom zarabiać na spadkach i to z lewarem.

Jeśli jest prosty sposób, by zagrać na spadek i jednocześnie rynek jest na tyle mało płynny, że ten spadek łatwo wywołać, nie trzeba dużej wyobraźni, żeby przewidzieć co się może stać. To, co było z amerykańskimi kredytami subprime. Dość długo nikt nie był w stanie łatwo wycenić ryzyka: ceny obligacji zabezpieczonych tymi kredytami nie odzwierciedlały tego ryzyka. Kiedy jednak w 2005 r. pojawiły się derywaty hipoteczne, nagle można było zacząć robić „zakłady” obstawiające spadek wartości tych obligacji. Pojawił się miernik nastrojów, niepewności, strachu, który w pewnym momencie wywołał krach.

Blockchain to przyszłość. A bitcoin?

Tak jak wielu ekspertów uważam, że technologia blockchain, z której korzysta bitcoin, jest przyszłością świata finansów i nie tylko. Za pomocą blockchaina będziemy w przyszłości inwestowali i wydawali pieniądze. Blockchain w finansach będzie tym, czym Uber jest w świecie taksówek i AirBnB w świecie hoteli. Ale czy bitcoin to przetrwa? Wejście „oficjalnych” kryptowalut do głównego nurtu będzie oznaczało, że bitcoin znajdzie się na głównej linii strzału.

Bardzo jestem ciekaw czy zgadzacie się z ośmioma tezami mojego wywodu zwiastującego gwałtowny koniec bitcoinowej tulipmanii, z konsekwencjami sięgającymi być może nawet sprowadzeniem jego wartości w pobliże zera. Zauważcie, że do wywołania tego efektu wystarczy w większości przypadków tylko jeden z wymienionych czynników, niepotrzebne są wszystkie naraz. Ale bardzo chętnie posłucham argumentów z drugiej strony, a być może nawet dorzucę je do wpisu jako antytezy.

źródło obrazka tytułowego: Handelsblatt

 

Share This

Zapisz się na mój newsletter

i otrzymaj prezenty

 

Zapisując się na mój newsletter otrzymasz kilka prezentów, a od czasu do czasu podeślę Ci najciekawsze wpisy na blogu.

Upewnij się, że nie przegapisz najciekawszym artykułów!

Gratulacje! Jesteś zapisany