Największa od roku, gwałtowna wyprzedaż akcji – głównie spółek technologicznych – kryptowalut oraz złota. Czy to okazja do zakupów, gdy inwestorzy znów przesadzają, obawiając się podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych? A może po prostu trwa zbieranie pieniędzy na zakupy akcji SpaceX w ruszającej ofercie publicznej? Czy to się może skończyć załamaniem koniunktury na giełdach? Dlaczego inwestorzy zachowują się nieracjonalnie?
Indeks akcji technologicznych Nasdaq miał w piątek najgorszy dzień od kilku miesięcy, a ostatni tydzień był dla niego najgorszy od ponad roku. Nasdaq stracił na wartości prawie 4,8% w ciągu zaledwie kilku godzin. Akcje najcenniejszego na świecie producenta chipów Nvidia straciły na wartości 6,2%, a akcje wielkich producentów oprogramowania tąpnęły o kilkanaście procent. Inna sprawa, że to szarpnięcie w dół zniosło zyski inwestorów tylko z trzech wcześniejszych tygodni. Nasdaq jest wciąż o 15% wyżej, niż był na początku roku (S&P500 w tym czasie zyskał na wartości tylko 7%).
- Zdalny leasing, czyli auto dla firmy bez wychodzenia z domu? Coraz więcej banków wprowadza tę nowinkę. Jak to działa? [POWERED BY BNP PARIBAS]
- Jedziesz samochodem na weekend? Zanim wrzucisz walizki do bagażnika, sprawdź warunki ubezpieczenia auta. Na wszelki wypadek [POWRED BY PZU]
- PZU zaprasza posiadaczy oszczędności do tańca. Na parkiecie nowy ETF: daje udział w sukcesach 1300 największych spółek świata. Czy to będzie hit? [POWERED BY PZU]
Znacznie gorzej ma się bitcoin. Czołowa kryptowaluta świata spadła na moment poniżej 60 000 dolarów za coina, co oznacza, że tegoroczne straty posiadaczy bitcoinów rozszerzyły się do ponad 34%. Po raz ostatni bitcoin był tak tani prawie… dwa lata temu. Niewesołe nastroje panują też na rynku złota. Jego notowania spadły już w okolice 4 300 dolarów za uncję, czyli aż 1 300 dolarów poniżej historycznego maksimum sprzed kilku miesięcy. Złoto jest najtańsze od początku tego roku.
Największa od roku wyprzedaż technologii. Gospodarka „idzie” za dobrze?
Z drugiej strony w górę znów ruszyła rentowność amerykańskich obligacji. Inwestorzy życzą sobie już 4,15% zysku w przypadku zakupu obligacji amerykańskiego rządu o dwuletnim terminie wykupu (jeszcze dwa miesiące temu wystarczyło im 3,4% zarobku). To najwyższe „oprocentowanie” amerykańskich obligacji od ponad roku. 10-letnie amerykańskie obligacje są notowane na poziomie oprocentowania 4,5% przy inflacji, która jest obecnie na poziomie 3,8%.
Co ciekawe, efektywna stopa funduszy federalnych – czyli realna cena pieniądza wyznaczana przez amerykański bank centralny (minimalnie różniąca się od oficjalnej stopy procentowej) – wynosi obecnie 3,6%, czyli… mniej, niż inflacja. To inna sytuacja, niż w Polsce, gdzie stopa procentowa wynosi 3,75% (rynkowa cena pieniądza nawet nieco więcej, bo 3,85%), a inflacja tylko 3,1%. Wydaje się więc, że inflacja zaczyna być dla Ameryki problemem i będzie potrzebna podwyżka stóp procentowych.
Jeszcze niedawno wydawało się to niemożliwe, bo przecież na fotelu prezesa amerykańskiego banku centralnego Fed zasiadł Kevin Warsh, stary druh prezydenta Donalda Trumpa, orędownik utrzymywania niskich stóp procentowych. Wygląda na to, że swoje preferencje Warsh będzie musiał schować do kieszeni, bo ostatnie dane z gospodarki pokazują, że kręci się ona doskonale, a więc podwyższanie stóp jej nie zaszkodzi – a z punktu widzenia walki z inflacją zaczyna być niezbędne.
Te dane z gospodarki to wieści o poziomie zatrudnienia. Departament Pracy podał, że pracodawcy utworzyli w maju 172 000 miejsc pracy, czyli dwa razy więcej, niż przewidywali ekonomiści. Więcej miejsc pracy to więcej pieniędzy w kieszeniach ludzi, które będą wydawane w sklepach i zapewne podbiją inflację. Inwestorzy doszli do wniosku, że jest już niemal pewne, iż Fed będzie zmuszony podwyższać stopy procentowe.
Inwestorzy oczekują, że Rezerwa Federalna będzie utrzymywać wysokie stopy procentowe przez cały 2026 rok – nie widzą żadnych szans na obniżenie ceny pieniądza. A traderzy na rynku kontraktów terminowych obstawiają wręcz obecnie 70% prawdopodobieństwa podwyżek stóp latem lub jesienią tego roku (jeszcze niedawno widzieli mniej, niż 50% szans na to).
CZYTAJ TEŻ:
To, co topi akcje technologiczne jest dobre dla… blue chipów
Najgorzej zareagowali na to inwestorzy, którzy mają w portfelach akcje spółek technologicznych. Są one bardzo mocno wystawione na ryzyko wynikające z droższego pieniądza, bo swoje inwestycje finansują głównie dług. Droższy pieniądz to automatycznie mniejsza rentowność inwestycji i niższa wycena akcji. Firmy technologiczne powiązane ze sztuczną inteligencją oraz producenci czipów i pamięci – Micron, Marvell, Intel, AMD, Qualcomm – spadły o 10% lub więcej. Indeks cen akcji producentów czipów spadł o 10%.
Akcje spółki Broadcom (branża oprogramowania i półprzewodników) oraz Micron (producent pamięci) w ciągu dwóch dni spadły o 20%, a z portfeli posiadaczy ich akcji wyparował prawie bilion dolarów wartości rynkowej. Niektórzy analitycy twierdzą, że tę panikę wywołały zapowiedzi kolejnych gigantów technologicznych, którzy chcą emitować akcje. Po SpaceX (emisja warta 75 mld dolarów) akcje chce sprzedawać Anthropic i OpenAI.

W zeszłym tygodniu kolejni giganci zaczęli ogłaszać plany pozyskania ogromnych sum poprzez sprzedaż nowych akcji, które nie będą tanie, według astronomicznych wycen giełdowych spółek: w poniedziałek Alphabet ogłosił emisję akcji o wartości 80 mld dolarów. Pojawiły się plotki, że Meta planuje sprzedać akcje za „dziesiątki miliardów dolarów”. Oracle już wcześniej w tym roku ogłosiło, że sprzeda akcje o wartości 20 mld dolarów. Kto to kupi? I za jakie pieniądze? Spółki w wyścigu o kapitał będą musiały obniżyć wyceny, co wpłynie na notowania technologicznych akcji na giełdzie.
O ile zachowanie posiadaczy akcji spółek technologicznych jest logiczne, to najnowsze dane z gospodarki nie powinny martwić posiadaczy akcji spółek przemysłowych i działających w tzw. starej gospodarce. Jeśli gospodarka zatrudnia, to znaczy, że dobrze się kręci. Nawet jeśli będzie z tego inflacja, to giełdowe spółki sprzedające ludziom colę, burgery, ciuchy i całą resztę, wrzucą tę inflację w ceny i będą dzięki niej mieć wyższe zyski oraz wyceny.
To, co jest katastrofą dla zadłużonych po uszy firm technologicznych nie musi być w ogóle kłopotem dla spółek już dojrzałych i będących kurami znoszącymi złote jajka. Te jajka dzięki pędzącej inflacyjnie gospodarce będą jeszcze bardziej dorodne. Inwestorzy giełdowi – i to wszyscy, bez wyjątku – boją się tylko stagflacji, czyli tego, że wzrost cen nadchodzi w gospodarce, która stoi w miejscu. A nowe dane pokazują, że Ameryka jest o lata świetlne od tego scenariusza.
Widać to trochę po rozjeździe wskazań indeksów giełdowych w ostatnich tygodniach. O ile Nasdaq tonie w dość szybkim tempie, o tyle indeks spółek przemysłowych Dow Jones Industrial jest dość stabilny. W ciągu ostatniego miesiąca oba indeksy osiągnęły mniej więcej ten sam wynik, co oznacza, że jest jeszcze potencjał do przeceny spółek technologicznych, dla których sytuacja makroekonomiczna jest przecież znacznie mniej przyjazna, niż dla przemysłowych „dojnych krów” (na tym wykresie żółta linia).

Złoto i bitcoin toną, ale w innym tempie. Bo nie dają procentów
Nie tylko spółki technologiczne cierpią z powodu wyższych stóp procentowych na horyzoncie. Na cenzurowanym jest też złoto, którego cena spadła już w okolice 4 300 dolarów za uncję. W tym przypadku nic się nie zmienia: kupują ci, którzy chcą zabezpieczyć wartość realną majątku na dziesięciolecia, a sprzedają ci, którzy szukają najwyższego zysku w perspektywie miesięcy. Wyższa rentowność obligacji odciąga tych poszukiwaczy okazji od nieoprocentowanego złota. Spora grupa analityków uważa, że złoto będzie spadać aż do 4 000 dolarów za uncję.
Ale straty posiadaczy złota są niczym w porównaniu z postępującą degrengoladą na rynku bitcoina. Najpopularniejsza z kryptowalut spadła na moment poniżej 60 000 dolarów za sztukę, co oznacza najniższe notowania od dwóch lat. Patrząc w perspektywie roku widać, że bitcoin jest najgorszą możliwą inwestycją wśród tych najpopularniejszych. Akcje i złoto w tym czasie zyskały na wartości 25-30%, zaś bitcoin zanotował przecenę o ponad 40%.

Z bitcoinem jest dodatkowy problem: wielu analityków wskazuje, że w ostatnich miesiącach na wykresie jego ceny można zauważyć niebezpieczne przełamanie trwającego od kilkunastu lat trendu wzrostowego. To oznaczałoby koniec mody na bitcoina. Najważniejsza kryptowaluta jest dziś najtańsza od czasu wejścia na tron w USA Donalda Trumpa, najbardziej prokryptowalutowego prezydenta w historii. To, co miało wywindować bitcoina – czyli zaoferowanie ETF-ów pozwalających inwestowanie w to aktywo przysłowiowym „gospodyniom domowym” – spowodowało, że nie jest to już aktywo antycykliczne i stało się czymś w rodzaju „Nasdaq-bis”
Spadki bitcoina są tłumaczone tym samym, czym spadki cen złota – czyli wzrostem stóp procentowych i opłacalności inwestowania w inne aktywa, które przynoszą oprocentowanie. W przypadku bitcoina jest jeszcze jedna rzecz: to jest bardzo mały rynek, porównywalny z wartością jednej wielkiej spółki giełdowej. A jednocześnie spora część inwestorów inwestuje tutaj w sposób lewarowany, więc spadki cen oznaczają automatycznie zamykanie najbardziej stratnych pozycji i pogłębiają wyprzedaż.
Najbardziej bolesnym przykładem jest spółka Strategy, największy posiadacz bitcoinów wśród instytucji. Jej kapitał zainwestowany w bitcoiny stopniał o 10 mld dolarów (do 53 mld dolarów). Akcje Strategy kupowano dla dywidendy, którą miał napędzać wzrost bitcoina. Tymczasem od kilkunastu miesięcy na rynku bitcoina panuje bessa. Zarząd Strategy złamał obietnicę nienaruszalności portfela bitcoinów i zaczął je sprzedawać, by mieć z czego wypłacać dywidendy. Wszyscy to widzą, więc bitcoin spada jeszcze szybciej. Notowania Strategy spadły już o 80% od swojego szczytu.
SpaceX utopi inwestorów w stratach? Co kupować?
Sytuacja na rynku nie jest więc tak zła, na jaką wygląda. Owszem, nie jest wesoło dla aktywów, które nie wypłacają odsetek albo dla firm mocno zadłużonych i nie mających jeszcze zysków. Z punktu widzenia spółek „produkujących” gotówkę nie ma powodów do niepokoju – gospodarka się kręci, a inflację da się wrzucić w ceny produktów. Jedyne, co niepokoi tę część rynku, to ruszająca na dniach emisja SpaceX, która może wyssać pieniądze w gigantycznej skali, a potem – ponieważ SpaceX jest sprzedawana po kosmicznie wysokiej cenie – spowodować załamanie całego rynku.
SpaceX ustalił cenę akcji na 135 dolarów (a nie przedział cenowy), co oznacza, że spółka jest pewna popytu na swoje akcje. Kapitał ma zostać przeznaczony na rozbudowę satelitarnej sieci Starlink, rozwój rakiety Starship oraz zwiększenie skali działu sztucznej inteligencji xAI, który został połączony ze SpaceX. Nieoficjalne informacje mówią, że zainteresowanie akcjami SpaceX jest dwa razy większe, niż wartość sprzedawanych akcji (75 mld dolarów).
Giełda Nasdaq przed emisją SpaceX zmieniła regulacje i wpuści spółkę do indeksu już po kilku dniach od debiutu giełdowego, co oznacza, że wszystkie pasywne ETF-y będą musiały się „doważyć” tą spółką. To z kolei oznacza, że wielu inwestorów lokujących w ETF-ach znajdzie się w niebezpieczeństwie, bo będą automatycznie inwestowali oszczędności w spółkę, której akcji aktywne fundusze inwestycyjne nie muszą kupować, jeśli uznają ją za zbyt drogą.
Ten mechanizm może wywindować wycenę SpaceX do kosmicznych wartości, co rodzi ryzyko pęknięcia bańki spekulacyjnej. Niewykluczone, że to jest kolejna z przyczyn wyprzedaży akcji spółek technologicznych. Pytanie brzmi: czy powinni się tego obawiać inwestujący w akcje spółek value, czyli tych, które są już dojrzałe, ich biznes nie rośnie szybko, ale za to generuje przewidywalne pokłady gotówki.
Co do tego analitycy nie są zgodni. Jedni mówią, że ewentualne pęknięcie bańki utopi cały rynek, a inni – że to jest dobry moment na „zaparkowanie” pieniędzy w spółkach value (McDonalds, Coca-Cola, Walmart), czy np. w ETF-ach, które śledzą indeks Dow Jones Industrial (taki ETF w Europie oferuje m.in. Black Rock – to iShares Dow Jones Industrial Average UCITS ETF.
Największe pozycje w jego portfelu to banki Goldman Sachs i JP Morgan, przemysłowy holding Canterpillar, United Health i Amgen (to dwie spółki z branży ochrony zdrowia), Visa i American Express oraz Home Depot (sieć sklepów). Z okolic technologicznych ten ETF ma tylko Apple i Microsoft. Niewykluczone, że jeśli wizja wysokich stóp i bańka spekulacyjna SpaceX zrobią inwestorom z portfeli jesień średniowiecza, to spółki z tradycyjnej gospodarki i „żyjące” z poddanych inflacji portfeli konsumentów zniosą to zamieszanie relatywnie spokojnie.
——————————-
CZYTAJ WIĘCEJ:
——————————
ZAPISZ SIĘ NA NASZE NEWSLETTERY
>>> W każdy weekend sam Samcik podsumowuje tydzień wokół Twojego portfela. Co wydarzenia ostatnich dni oznaczają dla Twoich pieniędzy? Jakie powinieneś wyciągnąć wnioski dla oszczędności? Kliknij i się zapisz.
>>> Newsletter „Subiektywnie o Świ(e)cie i Technologiach” będziesz dostawać na swoją skrzynkę e-mail w każdy czwartek bladym świtem. Będzie to podsumowanie najważniejszych rzeczy, o których musisz wiedzieć ze świata wielkich finansów, banków centralnych, najpotężniejszych korporacji oraz nowych technologii. Kliknij i się zapisz.
———————–
zdjęcie tytułowe: Pixabay





