Startuje sezon festiwalowy, a my dostajemy od Was informacje o bardzo dziwnych opłatach dodatkowych za rezerwację biletów. Wejściówki na każdy koncert wyprzedają się na pniu, więc portale rezerwacyjne „kroją” nas na różnych prowizjach – bywa, że przekraczających 50% ceny biletu
Polska na dobre zagościła na koncertowej mapie gwiazd. Problem w tym, że ceny biletów przyprawiają o zawrót głowy. Tylko w tym roku wystąpi u nas Metallica (479 zł), Lenny Kravitz (295 zł), Bon Jovi (330 zł), Phil Collins (355 zł) – to ceny ze średniej półki – nie najwyższe i nie najniższe jakie są w sprzedaży.
- Kiedy powinieneś się zastanowić nad zmianą banku? Osiem sygnałów. Dlaczego Polacy często biorą „ślub z bankiem” na całe życie? [POWERED BY UNICREDIT]
- Od dłuższego czasu usilnie główkujesz, w co by tu zainwestować, żeby nie stracić? Te liczby mówią: „przestań się wreszcie zastanawiać” [POWERED BY UNIQA TFI]
- Jesteś na początku swojej drogi zawodowej? Oto Twoja checklista na bezpieczną podróż przez życie. Osiem ważnych punktów! [POWERED BY PZU]
Moja przygoda z Open’erem byłaby o 46% droższa
Czy to dużo? Czy ceny biletów oderwały się od ziemi? Fan muzyki, który chciałby zaliczyć powiedzmy 10 dużej rangi imprez w sezonie musiałby wydać na wejściówki ok. 3.000 zł (uśredniając cenę wejścia na jeden koncert do 300 zł, bo raz może być to 400, a raz 250 zł). Z ciekawości sprawdziłem jak zmieniła się ceny 4-dniowego karnetu na Openera od 2012 r. gdy po raz pierwszy byłem na tym festiwalu.
Wtedy taki 4-dniowy bilet kosztował 410 zł. W tym roku jest to 599 zł, co oznacza, wzrost o 46%! A podobno prawie nie ma inflacji… Bilety drożeją szybciej niż rosną nasze pensje (poszły w górę w tym czasie „tylko” o 30%). Wtedy za średnią pensję można było kupić dziewięć 4-dniowych karnetów. W tym roku za średnia krajowa starczyłaby na opłacenie zabawy dla tylko ośmiu osób.
Ale w porównaniu do cen wejściowek najpopularniejsze festiwale w Europie bilety na polskie imprezy są relatywnie tanie. Na przykład bilet na duński Roskilde na Zachodzie to koszt ok. 1200 zł, holenderski Best Kept Secret – ok. 750 zł, hiszpański Primavera – ok. 925 zł.
Bilet w cenie 370 zł. Opłaty dodatkowe – 134 zł. Czytelnik tak się przestraszył, że zablokował karty!
Na początku nowego sezonu koncertowo- festiwalowego chcielibyśmy Was przestrzec przed dodatkowymi kosztami, na które można się naciąć przy kupowaniu biletów. Zrobimy to na przykładzie pana Marka, który napisał do nas jaka finansowa niespodzianka spotkała go przy okazji biletowych zakupów.
„Chciałem kupić bilet na koncert na stronie Viagogo AG. Bilet kosztował 370 zł. Wybrałem dostawę kurierem i po wpisaniu danych z karty kredytowej i opłaceniu pokazało się okienko z podsumowaniem, z którego wynikało, że zapłaciłem dodatkowo 134 zł za rezerwacje. Tylko nie wiem czego rezerwacje i dlaczego ta kwota nie pokazała się przed realizacja zakupu. W efekcie zamiast zapłacić 410 zł (cena z kurierem) zapłaciłem 540 zł. Na stronie internetowej nie ma żadnego numeru telefonu do firmy sprzedającej bilety i kontakt z nią jest bardzo utrudniony, bo ogranicza się do pisania przez formularz na ich stronie. Zgłosiłem od razu reklamacje do mojego banku i zastrzegłem kartę”
Faktycznie, z firmą nie ma kontaktu – siedziba jest przy ulicy Rue de Commerce 4 w Genewie, a telefon i maila jest podany, ale tylko do obsługi zamówień, a nie do reklamacji. Znaleźliśmy adres do kontaktu z mediami i zapytaliśmy w oparciu o jakie kryteria ustalana jest opłata rezerwacyjna i czy rzeczywiście nie jest widoczna przed rozpoczęciem procedury rezerwacji i zakupu biletu.
Bo z punktu widzenia klienta to koszt, który może decydować o tym, czy w ogóle będzie on chciał kupić bilet. Powinien o tym wiedzieć jeszcze zanim zacznie go kupować, a nie dopiero gdy zostanie mu on wręczony. Pamiętacie jak kiedyś w pociągach krążyli ludzie wręczający na siłę jakieś obrazki czy figurki, a potem domagający się „darowizny” skoro „przyjęliśmy” prezent? Tutaj wygląda to trochę podobnie. Odpowiedzi od firmy do tej pory nie otrzymaliśmy. Firma tak opisuje w swoim FAQ kwestię prowizji:
W regulaminie jest o tej opłacie wzmianka, ale tylko w kwestii dotyczącej tego, że sklep taką opłatę będzie doliczał. Nie ma słowa o jej wysokości. Warto dodać, że Viagogo.com jest serwisem, który działa głównie na tzw. rynku wtórnym, czyli łączy posiadaczy biletów z chętnymi do ich odkupienia. W tej sytuacji fakt, że przy zakupie jest dodatkowa prowizja dla pośrednika nie dziwi. Ale powinna ona być wyklarowana już na samym początku procedury zakupowej, a nie na jej końcu.
Piwerwszy etap transakcji zakupu biletów wygląda mniej więcej tak, jak na tym obrazku. Ani słowa, że do ceny jest doliczana jakaś dodatkowa opłata. A powinno to być napisane wołami, bo ma – do diaska – kluczowe znaczenie:

W kolejnym etapie zakupu przynajmniej jest już informacja, że cena jest „netto netto”, czyli nie zawiera podatków i dodatkowych opłat. Ale ile one wynoszą? I skąd zamawiający ma wiedzieć ile tak naprawdę będzie kosztował go bilet? O tym ani słowa. Wciąż trwa kupowanie kota w worku:

W kolejnym etapie procedury zakupowej – tam, gdzie podaje się adres do dostarczenia biletów – pojawia się „koszt dostawy”. I ponownie zostajemy uprzedzeni, że występuje nie ujęty w cenie podatek oraz opłata za rezerwację.

Po wybraniu instrumentu płatności (przy naszym testowaniu do wyboru była tylko karta kredytowa) pojawia się taki ekran, jak poniżej. Nasz czytelnik dał się nabrać, ale częściowo przez własną nieuwagę, bo nie można powiedzieć, że dopiero po obciążeniu karty dowiedział się jak wysokie będzie to obciążenie. Owszem, kilka razy pokazała mu się na ekranie zaniżona cena, ale podając dane karty już powinien zauważyć, że cena się zmieniła:

Was też pewnie zdziwiłaby wysokość opłaty, stanowiąca 60% ceny biletu, jak wynika z listu czytelnika. Cóż, w ramach naszego testowania serwisu biletowego nie było inaczej – okazało się, że bilet, który pierwotnie był wystawiony w cenie 225 zł, ostatecznie kosztuje prawie 470 zł. Koszty dostawy, podatek i opłata manipulacyjna jest podawana dopiero tuż przy płatności.
Dodatkowe opłaty bywają ukrywane pod najróżniejszymi gadżetami. Np. pan Marcin kupił w ubiegłym roku bilety na koncern Shawna Mednesa (to kolejna gwiazda pop nowego pokolenia) za 299 zł i został na siłę uszczęśliwiony pamiątkowym „Paszportem z Trasy Shawna Mendesa”. W efekcie zamiast 299 zł – jak pokazywał cennik strony eBilet – zapłacił 488 zł (w tym opłaty administracyjne 9 zł). Tutaj również mamy ok. 60% dodatkowej marży dla sprzedawcy.
Czytaj też: Co się musi stać, byśmy w ogóle przestali używać gotówki? Tylko trzy małe rzeczy
Czy to aby nie narusza przepisów o ochronie konsumenta?
Postanowiłem zebrać w jednym miejscu trzy finansowe grzechy główne portali, za pomocą których możemy rezerwować bilety na koncerty. Są to:
- zaniżanie cen biletów: strona pokazuje, że ceny biletów zaczynają się od 229 zł. Wchodzę w opcję rezerwacji, a takich cen oczywiście nie ma. Albo są ale dla dzieci do 12 lat. Jeśli bilety takie były, ale już się wyprzedały, oczekiwałbym, że informacja zostanie zaktualizowana.
- naliczanie opłat dodatkowych – przy rezerwacji pokazuje się okienko, które informuje mnie, że do ceny biletu zostanie doliczona dodatkowa opłata administracyjna, serwisowa. Gdy chcemy już rezerwować bilet pojawia się komunikat: do zamówienia zostanie naliczona opłata x zł.
- zobowiązywanie klientów do zakupu dodatkowych gadżetów (plakietek, plakatów, „paszportów”), bez których nie można kupić samego biletu. Jesteśmy na siłę uszczęśliwiani pamiątkowym zdjęciem swojego idola, i musimy za to zapłacić, bo inaczej nie wejdziemy na imprezę.
Czy celem ostatniej nowelizacji ustawy konsumenckiej nie było przypadkiem m.in. wyeliminowanie praktyk sprzedażowych, które polegają na tym, że prezentowana cena jest inna niż faktycznie cena późniejszej płatności? Jak widać prawo się zmienia, a praktyki pozostają te same. Zapytaliśmy UOKiK czy trafiają do niego skargi na działalność portali sprzedających bilety.
„Mamy bardzo mało skarg. Co do zasady cena wstępna powinna być ceną ostateczną. Sprzedający powinien zawrzeć w niej wszystkie podatki i opłaty, których nie da się uniknąć. Wyjątki dotyczą m.in. kosztów dostawy (nie można ich określić w momencie wchodzenia na stronę, bo różne są miejsca zamieszkania adresatów oraz wybrane przez nich formy dostawy) czy kosztów dodatkowych usług, których zażyczył sobie konsument, np. ubezpieczenia. Dopuszczalny jest też taki sposób prezentacji ceny, w której na początku określa się jej wysokość, jednocześnie informując w czytelny sposób, że zostanie ona powiększona o kwotę X czy Y”
Zgłaszajcie w komentarzach pod tym tekstem przypadki naciągania Was na dodatkowe opłaty bez wcześniejszego, wyraźnego poinformowania o nich i o ich wysokości. Będziemy takie zachowania nagłaśniać i piętnować oraz interesować nimi urzędników z UOKiK.
źródło zdjęcia: PixaBay

