7 października 2026

Młodzi Francuzi wyszli na ulice. Niedofinansowane szkoły, czyli… rachunek za długi ich rodziców. Czy Polscy uczniowie też to zauważą?

Młodzi Francuzi wyszli na ulice. Niedofinansowane szkoły, czyli… rachunek za długi ich rodziców. Czy Polscy uczniowie też to zauważą?

Kilkadziesiąt zablokowanych szkół, zamknięte niektóre wyższe uczelnie, manifestacje maszerujące przez ulice największych miast. Młodzi ludzie we Francji, głównie licealiści, zorientowali się właśnie, że oprócz coraz gorszych warunków edukacji mają coraz mniej perspektyw życiowych. I że to właśnie oni zapłacą rachunek za długi rodziców i starzenie kraju. Kiedy młodzi ludzie w Polsce zorientują się, że mają ten sam problem? A może nasza młodzież jeszcze go nie ma i dlatego nie protestuje tak jak ta z Francji?

Francja znów tonie w protestach. Tym razem buntują się głównie licealiści, ale bunt się rozszerza. We wtorek 6 października młodzi ludzie wyszli na ulice m.in. Marsylii, Lyonu, Nantes, Limoges i Belfort, a w Paryżu główną demonstrację zaplanowano na placu Republiki, który jest zazwyczaj areną najgorętszych manifestacji w stolicy Francji i kultowym miejscem protestów 1968 roku. Do licealistów dołączają nauczyciele, związki zawodowe i studenci.

Zobacz również:

Organizatorzy mówią o rekordowej skali protestu. Union Syndicale Lycéenne twierdzi, że zablokowanych lub zamkniętych zostało już nawet 1800 liceów. Władze podają znacznie niższe liczby. Oprócz blokad szkół są starcia z policją. W sieci są filmiki pokazujące płonące ulice francuskich miast. Są ranni wśród policjantów i uczniów.

O co chodzi? Zza ulicznego zamieszania i chaosu płonących ulic wyłania się bardzo konkretny ekonomiczny problem. Młodzi Francuzi mówią o niskiej jakości edukacji: braku nauczycieli, bez końca odwoływanych lekcjach, przepełnionych klasach, o braku krzeseł, papieru toaletowego i klimatyzacji w salach. Ale czy problem nie jest szerszy? Być może młodzież zorientowała się, że to ona płaci – jako najsłabsza – za kryzys finansów publicznych. I że będzie płaciła jeszcze więcej. W jakim stopniu ten punkt widzenia mógłby też pasować do polskiej młodzieży?

Przeciwko czemu buntują się francuscy licealiści?

Łatwo można uznać, że mamy do czynienia z kolejnym buntem młodzieży, który nabrał politycznego charakteru i jest wykorzystywany przez polityków szykujących się do wyborów prezydenckich w kwietniu 2027 roku. Ale początki protestu były znacznie bardziej przyziemne. Licealiści zaczęli upominać się przede wszystkim o warunki, w jakich muszą się uczyć.

Na liście zarzutów, które stawiają licealiści, jest brak nauczycieli, zbyt liczne klasy, często odwoływane zajęcia i niedofinansowanie szkół. Francja słynęła dotąd z powszechności edukacji. Tymczasem uczniowie z podparyskiego Saint-Denis opowiadają o braku krzeseł czy o salach, w których podczas upałów nie ma wentylatorów, a temperatura sięga 40 stopni Celsjusza. Niedofinansowana szkoła najmocniej uderza w biedniejsze dzielnice, bo tam rodzice mają najmniejsze możliwości uzupełnienia z prywatnej kieszeni tego, czego nie zapewnia państwo.

Skala protestu szybko przestała być marginalna. Édouard Geffray z resortu edukacji polecił wszystkim regionalnym władzom oświatowym wskazać szkoły mające problemy z liczbą nauczycieli i znaleźć rozwiązanie w ciągu ośmiu dni (trochę to przypomina sytuację w Polsce, gdy premier Tusk zażądał przygotowania rozwiązań dla służby zdrowia w ciągu tygodnia).

Chodzi oczywiście o pieniądze. Państwo francuskie znalazło się w sytuacji, kiedy społeczne oczekiwania wobec państwa pozostają ogromne (bo Francja to przecież jeden z najbogatszych krajów świata), a możliwości finansowe państwa stają się coraz bardziej ograniczone. Młodzi Francuzi mówią: państwo ma zapewnić nam dobrą edukację. W tym samym momencie rynki finansowe zaczynają mówić francuskiemu państwu: musicie zacząć wydawać mniej!

Coraz mniej liczne młode pokolenie może kosztować państwo więcej w przeliczeniu na jednego ucznia (bo mniejsza liczba osób będzie korzystała z tej samej infrastruktury), choć jednocześnie będzie musiało w przyszłości utrzymywać coraz liczniejsze pokolenie emerytów i spłacać długi zaciągnięte przez rodziców.

Czy właśnie o ten rachunek – nawet jeśli sami licealiści tak go nie nazywają – zaczyna się dziś spór we Francji? I czy za kilka lat podobnego dylematu nie będziemy mieli w Polsce? Bo pod względem demografii jesteśmy nawet ciekawszym przypadkiem. Dzieci będzie gwałtownie ubywać, społeczeństwo będzie się starzeć, a wydatki państwa z tego powodu wcale nie będą chciały maleć. Francuskie protesty mogą więc być dobrym pretekstem, żeby policzyć, kto właściwie zapłaci za starzenie Europy.

Francja chciałaby wydawać. A coraz trudniej jej pożyczać

Francja przez dziesięciolecia zbudowała jeden z najbardziej rozbudowanych systemów państwa opiekuńczego w Europie. Kłopot w tym, że coraz większa część pieniędzy na jego utrzymanie pochodzi z długu. A epoka, kiedy można go było niemal bezkarnie powiększać, właśnie się skończyła.

Francuski budżet nie był zrównoważony od 1974 roku. Przez długi czas nie wywoływało to większego niepokoju inwestorów. Francja była przecież drugą gospodarką strefy euro, mogła pożyczać bardzo tanio. Jeszcze podczas pandemii Emmanuel Macron mógł ogłosić słynne „quoi qu’il en coûte” (za wszelką cenę) i uruchomił ogromne publiczne pieniądze na ochronę firm, miejsc pracy i gospodarstw domowych. Później doszły dziesiątki miliardów euro wydane na łagodzenie skutków kryzysu energetycznego.

Tyle że „za wszelką cenę” zaczyna mieć całkiem konkretną cenę. Francuski dług publiczny zbliżył się do 120% PKB, a deficyt budżetowy od trzech lat utrzymuje się na poziomie powyżej 5% PKB. Francja znalazła się w unijnej procedurze nadmiernego deficytu (Polska zresztą również, my mamy deficyt budżetowy na poziomie 7% PKB). Jeszcze bardziej niepokojące jest to, co dzieje się na rynku obligacji.

Rentowność francuskich obligacji 10-letnich doszła ostatnio do 5% – najwyższego poziomu od 2002 roku. Francja zaczęła płacić za pożyczanie pieniędzy więcej niż kraje jeszcze niedawno kojarzone z kryzysem zadłużeniowym, takie jak Włochy czy Grecja.

To szczególnie bolesne, ponieważ państwo musi zrefinansować długi zaciągane w czasach zerowych i ujemnych stóp procentowych. Do 2030 roku zapadnie ponad 1 bln euro francuskiego długu, a tylko w przyszłym roku Francja ma sprzedać nowe obligacje za równowartość około 380 mld dolarów. Każda kolejna transza zadłużenia oprocentowana jest znacznie wyżej niż stary dług, co stopniowo mocno podnosi rachunek płacony przez budżet. Dane Agence France Trésor pokazują, że w latach 2027–2029 rocznie będą zapadały obligacje warte od 166 mld euro do 250 mld euro.

Według analizy przygotowanej na zlecenie francuskiego ministerstwa finansów koszt obsługi długu może wzrosnąć do 2030 roku aż o 59%! Jeżeli średni koszt finansowania długu zacznie przewyższać tempo wzrostu gospodarki, kraj wejdzie w spiralę zadłużenia. OECD ostrzegała nawet, że bez zmiany polityki rządu francuski dług mógłby w połowie stulecia dojść do 200% PKB.

AFT podaje obecnie dla 10-letnich papierów TEC 10 rentowność na poziomie około 4,9% (2 października). TEC 10 to Taux de l’Échéance Constante – oficjalny indeks finansowy odzwierciedlający rentowność 10-letnich francuskich obligacji skarbowych (OAT). Średnie oprocentowanie emitowanych w 2026 roku OAT wynosi natomiast już 3,55%. OAT to Obligations Assimilables du Trésor, obligacje skarbowe, które służą do finansowania długu publicznego od 2 do 50 lat.

Kolejne próby ograniczania francuskiej dziury budżetowej prowadziły do kryzysów rządowych, a przed wyborami pojawiają się raczej nowe obietnice niż pomysły na oszczędności. Marine Le Pen zapowiada obniżenie wieku emerytalnego do 60 lat, co według jej własnych założeń kosztowałoby około 9 mld euro rocznie. Jean-Luc Mélenchon, lider lewicowej LFI proponował z kolei faktyczne wymazanie setek miliardów euro francuskich obligacji znajdujących się w Banku Francji. O tym drugim pomyśle pisałem niedawno w „Subiektywnie o Finansach”.

CZYTAJ O TYM:

unieważnić dług francja

Zaczyna się francuska wojna pokoleń? Kiedy ruszą polscy licealiści?

I w takiej sytuacji na ulice wychodzą licealiści, domagając się… przeznaczenia większych pieniędzy na szkoły. Na jednym końcu mamy młodych Francuzów mówiących: nie oszczędzajcie na naszej edukacji. Na drugim – inwestorów coraz wyżej wyceniających ryzyko pożyczania Francji pieniędzy. Pomiędzy nimi znajduje się państwo, które musi zdecydować, komu zabrać, komu nie dać albo kogo bardziej opodatkować.

A jest jeszcze jedna grupa, której wydatki będą w kolejnych dekadach szczególnie trudne do ograniczenia. To coraz liczniejsi starsi Francuzi, którzy – dzięki postępom medycyny i stosunkowo wczesnemu we Francji przechodzeniu na emeryturę – coraz dłużej będą pozostawać na garnuszku systemów ubezpieczenia społecznego. Czy to ten rachunek zapłacą młodzi Francuzi?

Jest jeszcze jeden powód, dla którego spór o pieniądze na francuskie szkoły może być dopiero początkiem większego problemu. Francja się starzeje, a jednocześnie gwałtownie ubywa dzieci. To znamy również z Polski. Według najnowszej prognozy francuskiego Ministerstwa Edukacji w ciągu zaledwie dziesięciu lat liczba uczniów szkół podstawowych i średnich ma zmniejszyć się o około 1,7 mln. To skutek trwającego od 2010 roku spadku liczby urodzeń, który w ostatnich latach jeszcze przyspieszył:

Francja przeznacza na edukację ogromne pieniądze. W 2024 roku budżet na edukację wyniósł astronomiczne 197,1 mld euro, czyli 6,8% PKB. Średni koszt kształcenia jednego ucznia szkoły podstawowej wynosił 9080 euro rocznie, ucznia szkoły średniej 11 660 euro, a w liceum ogólnym lub technicznym już 13 020 euro. Co ciekawe, po uwzględnieniu wzrostu cen całkowite nakłady na edukację wzrosły w 2024 r. tylko o 1,4%.

Ale po drugiej stronie demograficznej huśtawki dzieje się coś dokładnie odwrotnego. Według najnowszej projekcji INSEE Francja ma obecnie około 15,3 mln mieszkańców w wieku co najmniej 65 lat. W 2070 roku ma ich być 21,1 mln. Ich udział w populacji wzrośnie z 22% do 32%.

CZYTAJ TEŻ:

840 mld zł w obligacjach

A starzenie społeczeństwa także kosztuje. Francuskie emerytury są już największą pozycją wydatków systemu ochrony socjalnej. Według ośrodka analitycznego DREES w 2023 roku państwo wypłaciło emerytom 370 mld euro, czyli 13,1% PKB. To mniej więcej dwa razy większa część gospodarki niż ta finansująca cały system edukacji. Trzeba oczywiście uważać z takim porównaniem – emerytury i wydatki edukacyjne są liczone w inny sposób i nie są pozycjami jednego budżetu. Jednak widać wyraźnie skalę finansowych zobowiązań wobec starszego pokolenia.

Właśnie dlatego Francja chciała podnieść wiek emerytalny i próbuje reformować system emerytalny. Problem w tym, że każda taka próba natrafia na ogromny opór społeczny. Państwo znalazło się więc pomiędzy dwiema presjami: z jednej strony musi kontrolować koszty starzenia społeczeństwa, z drugiej nie może dopuścić do tego, żeby oszczędności wynikające z niżu demograficznego oznaczały coraz gorszą edukację dla młodych. Ta matematyka się właśnie rozjeżdża.

Dzisiejsi uczniowie są częścią pokolenia, które będzie mniej liczne niż pokolenie ich rodziców, a jednocześnie przypadnie mu finansowanie państwa z coraz większą liczbą seniorów i ogromnym odziedziczonym długiem. Francuska demografia i francuskie finanse publiczne – to zestawienie wygląda niepokojąco. Czy Polska przypadkiem nie zmierza w podobnym kierunku?

Teraz Polska? Milion uczniów mniej w dekadę. A szkół?

Francja nie jest wyjątkiem. W Polsce demograficzny eksperyment będzie jeszcze bardziej radykalny. Według prognozy GUS przywoływanej przez Ministerstwo Edukacji liczba dzieci w wieku 7–14 lat do 2029 roku zmniejszy się o około 5%, ale później spadek gwałtownie przyspieszy. Do 2034 roku dzieci w tym wieku ma być już o 19,5% mniej niż obecnie. W perspektywie 2060 roku ubytek może wynieść około 30%, a w najbardziej pesymistycznym scenariuszu nawet 48,3%.

Jeszcze bardziej przemawia do wyobraźni inna liczba. MEN szacuje, że w ciągu najbliższych dziesięciu lat z polskich przedszkoli i szkół podstawowych ubędzie ponad milion dzieci. Szkoły ponadpodstawowe początkowo będą przed tym zjawiskiem częściowo chronione, bo przechodzą przez nie jeszcze większe roczniki. Ale demograficzna fala w końcu dotrze również tam. Czy minister finansów powinien się z tego cieszyć? Niekoniecznie, bo o jedną piątą mniej dzieci nie oznacza o jedną piątą mniej pieniędzy potrzebnych na edukację.

Według najnowszego raportu OECD Polska wydawała w 2023 roku na ucznia szkoły podstawowej średnio 11 446 dolarów według parytetu siły nabywczej. Aż 78% bieżących wydatków szkół podstawowych przypadało na wynagrodzenia personelu. Jeśli więc w szkole zamiast 300 uczniów zostanie 240, nadal potrzebni będą nauczyciele matematyki, polskiego czy angielskiego, dyrektor i administracja. Nadal trzeba będzie ogrzać budynek, posprzątać go i przeprowadzać remonty. Prawdziwe oszczędności pojawiają się dopiero wtedy, gdy zaczynamy łączyć klasy, przenosić uczniów albo zamykać całe szkoły.

CZYTAJ TEŻ:

podatek od majątków najbogatszych

liczba urodzeń we francji spada

Państwo już przygotowuje się do potencjalnego konfliktu. W 2026 roku przyjęto przepisy „Chronimy małe szkoły” mające dostosować sieć szkół do niżu demograficznego. Jednym z rozwiązań jest pozostawianie najmłodszych dzieci z klas I–III bliżej domu, a koncentrowanie starszych uczniów w większych szkołach, w których łatwiej zatrudnić nauczycieli na pełne etaty. To oznacza, że np. licealiści będą mieli dalej do szkoły.

Jeśli dzieci będzie mniej, można utrzymać część dotychczasowych nakładów i przeznaczyć więcej pieniędzy na jednego ucznia: zmniejszyć klasy, poprawić wyposażenie szkół albo zwiększyć dostęp do specjalistów. Niż demograficzny może więc stać się nie tylko problemem, ale również szansą na podniesienie jakości edukacji. Tylko że pojawia się pytanie dokładnie takie jak we Francji, czyli czy państwo będzie mogło sobie na to pozwolić.

Bo w tym samym czasie, gdy z polskich szkół będzie znikał milion dzieci, społeczeństwo będzie się szybko starzało. Według prognoz ludności GUS w 2060 roku osoby w wieku co najmniej 65 lat mogą stanowić około jednej trzeciej mieszkańców Polski. Francuscy licealiści już dziś protestują, bo zdali sobie sprawę, że za kilkanaście lat to właśnie ich pokolenie – podobnie jak dzisiejsi polscy uczniowie – będzie musiało utrzymać państwo i spłacać długi z czasów, gdy rządzącym wydawało się, że może zadłużać się w nieskończoność.

To młodzi ludzie zapłacą rachunek za długi i starzenie Europy?

Francuscy licealiści protestują i pytają: jak państwo, w którym młodych ludzi jest coraz mniej, ma dzielić ograniczone pieniądze między ich edukację, rosnącą liczbę seniorów i obsługę długu zaciągniętego przez poprzednie pokolenia. Jeżeli coraz mniej osób będzie w przyszłości pracować, płacić podatki i składki oraz finansować system emerytalny i ochronę zdrowia, to każdy młody człowiek będzie dla gospodarki jeszcze cenniejszy niż dzisiaj.

Jego wykształcenie, kwalifikacje i przyszła produktywność będą miały większe znaczenie dla utrzymania państwa. To dotyczy Francji, ale jeszcze bardziej Polski. U nas liczba dzieci będzie spadała bardzo szybko, podczas gdy udział osób starszych będzie rósł. Niż demograficzny da pokusę oszczędzania na sieci szkół.

W Polsce już dziś widać niedofinansowanie szkół publicznych (liczne klasy, kłopoty z obsadzeniem szkół nauczycielami) i coraz wyraźniejsze zjawisko: zamożniejsze rodziny przenoszą dzieci do szkół prywatnych. Tyle że w Polsce przez lata szybko rosły realne wynagrodzenia i możliwości „omijania” coraz bardziej niedofinansowanego systemu publicznej edukacji są większe. Francuskie rodziny od kilku lat realnie biednieją. Pytanie, czy gdy skończy się realny wzrost wynagrodzeń w Polsce, polscy uczniowie też nie wyjdą na ulice. Uważacie, czy to możliwe?

Francuscy licealiści walczą dziś o swoje szkoły. Być może jednak – nawet jeśli sami jeszcze tak tego nie formułują – zaczynają znacznie większy spór: o to, jaka część państwa dobrobytu pozostanie dla pokolenia, które będzie musiało za to państwo zapłacić.

——————————

CZYTAJ O SZKOLE:

ile kosztuje dziecko w publicznej szkole czy wchodzić w edukacyjny wyścig szczurów

——————————

CZYTAJ O DEMOGRAFII:

liczba pracujących spada


——————————

ZAPISZ SIĘ NA NASZE NEWSLETTERY:

>>> W każdy weekend sam Samcik podsumowuje tydzień wokół Twojego portfela. Co wydarzenia ostatnich dni oznaczają dla Twoich pieniędzy? Jakie powinieneś wyciągnąć wnioski dla oszczędności? Kliknij i się zapisz.

>>> Newsletter „Subiektywnie o Świ(e)cie i Technologiach” będziesz dostawać na swoją skrzynkę e-mail w każdy czwartek bladym świtem. Będzie to podsumowanie najważniejszych rzeczy, o których musisz wiedzieć ze świata wielkich finansów, banków centralnych, najpotężniejszych korporacji oraz nowych technologii. Kliknij i się zapisz.

———————————

Źródło zdjęcia: Tom Caillarec/Unsplash

Subscribe
Powiadom o
14 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
RafałX
2 godzin temu

Jakby na to nie patrzeć to mają młodzi rację, zostali wydymani przez swoich rodziców.

Admin
2 godzin temu
Reply to  RafałX

Tylko zastanawia, że tak szybko się zorientowali. Ale poprzez niedofinansowanie szkół to ładnie widać. Gigantyczne wydatki na odsetki od długu i nie ma pieniędzy na szkoły oraz na mieszkania

Gabriela
1 godzina temu
Reply to  Maciej Samcik

Możliwe, że protesty wyszły z samych bolączek szkolnictwa, ale podczas analizy już wyszło, że to może być objaw problemu, który może wybuchnąć w twarz. I teraz nagle wszyscy są zaniepokojeni, ojejku, co będzie.

Admin
1 godzina temu
Reply to  Gabriela

No właśnie. Co innego powiedzieć „zadłużamy się na koszt naszych dzieci”, a co innego zobaczyć tego skutki na sobie – w szkole, która nie ma już nic wspólnego z miejscem, w którym da się komfortowo przebywać i rozwijać.

Stef
1 godzina temu
Reply to  Maciej Samcik

Ciekawe ze zawsze sa pieniądze na urzędników, policje, armię a nie ma na edukację. Jakby „ktoś” nie chciał wydrukowanego społeczeństwa? Przypadek?

Admin
57 minut temu
Reply to  Stef

Wydrukowanego to bardzo by chcieli. Nie chcieliby wyedukowanego 😉

Mariusz
1 godzina temu

A to nie jest przypadkiem „dorabianie ideologii” dla zwykłej bandyterki? Serio mam uwierzyć, że młody 15 letni Francuz dokonał analizy makroekonomicznej prognoz demografii swojego państwa na najbliższe 40 lat?

I jeszcze ten slogan o „złych warunkach w edukacji”. Na pewno po ich „pokojowych protestach” warunki w spalonych klasach z powybijanymi oknami i rozkradzionym sprzętem będą lepsze.

Admin
1 godzina temu
Reply to  Mariusz

Nie wykluczałbym, że po spędzeniu miesiąca w przepełnionej klasie, w której codziennie jest bitwa o krzesła, a nauczyciele to życiowe przegrywy (bo wszyscy jakościowi poszli do wyżej płatnej roboty) – można się zastanawiać jakie są przyczyny. A jak się zaczniemy zastanawiać, to – teraz na przykładzie Polski – zobaczymy, że jest 13. i 14. emerytura, jest 800+, jest babciowe, a wszyscy piszą o tym, że jedna szósta budżetu idzie na odsetki od długu… a w klasie nadal 35 ludzi i przegryw przy tablicy. Ja w wieku licealnym i wczesnostudenckim byłem bardzo rozpolitykowany i nie byłem jedyny. Mój syn był też… Czytaj więcej »

Gabriela
1 godzina temu
Reply to  Mariusz

Obawiam się, że tam dużo bandyterki się podpięło, jak w wielu protestach. A uczniowie może nie przeprowadzają wielkich analiz makroekonomicznych, ale nie są głupi i część z nich widzi, że brakuje podstawowych rzeczy, a wbrew pozorom nie brakuje na miediach społecznościowych głosów, które mówią to, co „poważni, dorośli ludzie” sobie przeczytają w poważnych mediach – hajs idzie na starzejące się społeczeństwo, to ile trzeba odkładać na wkład własny dziś a kiedyś to różne bajki, a na młodych nie ma. Jeszcze oczywiście w to wchodzi rasizm w wydaniu francuskim i nieszczęście gotowe.

Admin
59 minut temu
Reply to  Gabriela

Tak, niedofinansowane szkoły plus wysokie ceny mieszkań i czynsze plus imigracja i mamy niezły miks

Stef
1 godzina temu

Zdjęcie wykonano po zmroku ale jakoś nie widzę tam ” klasycznego ” francuza. Raczej jest kolorowo.

Admin
58 minut temu
Reply to  Stef

A jaki to jest „klasyczny Francuz”? Jak Pan spojrzy na reprezentację piłkarzy Francji to myślę, że szybko Pan zrozumie, że ma Pan błędne pojęcie o „klasycznych” Francuzach

Tomek
57 minut temu

U nas już jest za późno na protesty, bo pokolenie dzisiejszych 25-40 latków jest stracone. Doprowadzili do tego ludzie 55+, którzy w czasach transformacji dodrapali się majątków i nieruchomości w mniej bądź bardziej uczciwy sposób, często wykorzystując możliwości, które dawał im system a których dziś po prostu nie ma. Oddawali dzieci pod opiekę swoim rodzicom, a sami nie chcą nawet słyszeć, żeby wspomóc młodych przy dzieciach. Skazali milenialsów na milionowe kredyty, żeby mogli gdziekolwiek mieszkać, gdzie sami wykupili/dostali mieszkania za bezcen. Ustawili prawo pod siebie, dociskając fiskalnie młodego człowieka, który w podatkach łoży ciężkie pieniądze na zus i nfz a jak przyjdzie… Czytaj więcej »

Admin
56 minut temu
Reply to  Tomek

Ale to jest właśnie podłoże do jakichś rewolucyjnych przyruchów. Jak widzę poparcie dla takich partii jak Razem, to to jest właśnie ten odruch protestu. Być może raczej 25-latków, niż 40-latków

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Kontrast

Rozmiar tekstu