11 sierpnia 2026

We Francji najmniej urodzeń od stulecia. Załamała się demografia kraju uważanego za wzór polityki rodzinnej. A w Polsce bez zmian: „Więcej pieniędzy!”

We Francji najmniej urodzeń od stulecia. Załamała się demografia kraju uważanego za wzór polityki rodzinnej. A w Polsce bez zmian: „Więcej pieniędzy!”

Francja przez lata uchodziła za europejski wzór polityki rodzinnej. Dzięki rozbudowanemu systemowi świadczeń, ulg podatkowych i opieki nad dziećmi długo pozostawała krajem o najwyższej dzietności wśród dużych państw Europy Zachodniej. Dziś ten model przestaje działać. Demografia słabnie, liczba urodzeń spadła do najniższego poziomu od ponad stu lat, a współczynnik dzietności obniżył się do 1,55 dziecka na kobietę. Czy to oznacza, że nawet najbardziej rozbudowana polityka prorodzinna nie jest już w stanie odwrócić trendu spadku urodzeń? A jeśli tak, to jakie wnioski powinna wyciągnąć z tego Polska? I polscy politycy, którzy wciąż ścigają się na wkładanie coraz większych pieniędzy do kieszeni rodziców?

W Polsce powoli zaczyna się wyścig pomysłów polityków na to, jak zmienić katastrofalną polską demografię. Od przynajmniej dekady ta polityka prodemograficzna opiera się na refundowaniu rodzicom coraz większej części ich wydatków na dzieci, zwłaszcza w pierwszych latach. Najpierw była ulga podatkowa na dzieci, potem roczny zasiłek (tzw. kosiniakowe), następnie „wjechało” 500+, potem podniesione do 800+. Dorzucono tzw. babciowe, czyli dotacja do opieki na dzieci. Poza tym wydłużono urlopy rodzicielskie.

Zobacz również:

I wszystko na nic. Liczba dzieci w Polsce spada, liczba rozwodów rośnie, coraz więcej osób mieszka w jednoosobowych gospodarstwach domowych, z których wyjątkowo trudno „wypączkować” dzieci. A kolejny etap licytacji o wpychanie rodzicom do kieszeni pieniędzy za rodzenie i wychowywanie dzieci właśnie się zaczyna. Prawo i Sprawiedliwość oraz konkurujące z nim stowarzyszenie Rozwój+ Mateusza Morawieckiego przedstawiły szereg nowych pomysłów, „wartych” kilkadziesiąt miliardów złotych.

Jak mieć więcej dzieci? Polscy politycy mają tylko jeden pomysł: więcej pieniędzy!

Wśród nich jest np. pensja rodzicielska, czyli wypłacanie – na koszt podatników – pensji minimalnej dla obojga rodziców dziecka do ukończenia przez to dziecko trzeciego roku życia (pensja rodzicielska mogłaby być łączona z pracą). Jest też emerytalna składka rodzinna, czyli odkładanie części składki emerytalnej płaconej przez dziecko (jak już dorośnie i zacznie zarabiać pieniądze) na konto jego rodziców. Jest też bon prokreacyjny, czyli 30 000 zł do ręki dla rodziców mających dziecko, żeby chcieli mieć drugie. Albo „Mieszkanie dla Rodziny” – czyli częściowa spłata kredytu hipotecznego zaciągniętego przez rodziców.

Aż strach pomyśleć co będzie dalej, przecież do wyborów jeszcze sporo czasu. Jeśli politycy już teraz tryskają gejzerami pomysłów na wydawanie jeszcze większych pieniędzy z myślą o poprawie demografii… Kłopot w tym, że coraz więcej badań pokazuje, że to już nie jest kwestia pieniędzy. Dzieci po prostu przestały być modne, ludzie nie chcą płodzić następców z wygody, albo z powodu niestabilności świata, albo z powodu zmian klimatu, albo z innych powodów, z których pieniądze nie są najważniejsze. Francuzi właśnie się o tym przekonali.

CZYTAJ TEŻ:

emerytura matka katarzyna pełczyńska nałęcz

Jeszcze w 2010 roku współczynnik dzietności wynosił we Francji 2,03 dziecka na kobietę i należał do najwyższych w Unii Europejskiej. Wielu demografów wskazywało Francję jako przykład skutecznej polityki rodzinnej, która może nie tylko zwiększyć liczbę urodzeń, ale też – ograniczyć skutki starzenia się społeczeństwa. Najnowsza analiza francuskiego urzędu statystycznego INSEE pokazuje, że wskaźnik dzietności, z którego Francja była przez dekady tak dumna zanurkował, jest najsłabszy od… 1918 roku!

Spadek wskaźnika urodzeń skłonił prezydenta Emmanuela Macrona już wcześniej do ogłoszenia alarmu… niemal wojskowego. Wezwał ni mniej ni więcej  tylko do „ponownego zbrojenia demograficznego” Francji. To określenie – „réarmement démographique” – użyte przez szefa państwa zostało przez wielu Francuzów uznane za wyjątkowo niefortunne. Wiele młodych kobiet poczuło się dotkniętych, że zostały potraktowane jako czynnik siły militarnej kraju. Albo wręcz… mięso armatnie. Ale to niejedyne francuskie sposoby na mobilizację kobiet.

Francuski rząd w ramach wzmocnienia swojej polityki rodzinnej wprowadził w tym roku nowy urlop porodowy, maksymalnie dwumiesięczny i dostępny dla każdego rodzica już od 1 lipca tego roku. Wszyscy 29-letni Francuzi mieli otrzymać też przed wakacjami specjalny list od rządu w sprawie… ich roli w dzietności. List ma być jednym z szesnastu środków wspierania dzietności opracowanego przez francuskie Ministerstwo Zdrowia.

Czytaj też: Francja miała demograficznego Świętego Graala. Dzietność nad Sekwaną była dumą rządzących, ale coś się psuje. Czerwony alert dla… polskiego rządu

Załamanie dzietności niejedno ma imię, dzieci uciekają z centrów miast

Według najnowszych danych z Francji, w latach 2010-2012 liczba zarejestrowanych urodzeń spadła o 14%, z poziomu 833 000 do 715 000 urodzeń. W ostatnim okresie (2022-2025) liczba urodzeń zmniejszyła się aż o 11%, głównie pod wpływem spadku wskaźnika urodzeń do 1,55 dzieci na kobietę, czyli do poziomu najniższego od ponad 100 lat. „Spadek dotyka głównie kobiety poniżej 35. roku życia i towarzyszy mu przesunięcie liczby urodzeń do późniejszego wieku” – można przeczytać w raporcie INSEE

Najbardziej zaskakującym wnioskiem z analizy INSEE jest to, że spadek liczby urodzeń nie rozkłada się równomiernie na mapie Francji. Najsilniej dotyka on centrów największych metropolii, podczas gdy ich obrzeża radzą sobie znacznie lepiej. W samym Paryżu liczba urodzeń zmniejszyła się między 2010 a 2022 rokiem aż o 23%. Tymczasem w departamentach otaczających stolicę – takich jak Essonne czy Val-d’Oise – spadek był wielokrotnie mniejszy. Podobny schemat widać również wokół Lyonu, Tuluzy czy Nantes.

Nie oznacza to, że mieszkańcy wielkich miast przestali zakładać rodziny. Coraz częściej po prostu wyprowadzają się poza administracyjne granice metropolii. Autorzy raportu wskazują, że największe obszary miejskie nadal przyciągają młodych dorosłych, ale gdy ci decydują się na dzieci, wybierają przedmieścia i strefy podmiejskie. To właśnie tam znajdują większe mieszkania, domy oraz ceny nieruchomości, które – choć również wysokie – są bardziej dostępne niż w ścisłych centrach.

Raport pokazuje więc, że liczba urodzeń zależy dziś nie tylko od decyzji o posiadaniu dzieci, lecz także od możliwości znalezienia mieszkania odpowiedniego dla rodziny. W centrach metropolii dominują niewielkie lokale i bardzo wysokie ceny za metr kwadratowy, co utrudnia powiększenie rodziny. Przeprowadzka staje się często nie tyle wyborem stylu życia, ile ekonomiczną koniecznością.

To zjawisko ma jeszcze jeden ważny skutek. Przedmieścia największych aglomeracji częściowo rekompensują spadek dzietności dzięki napływowi młodych mieszkańców. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w mniejszych miastach i słabiej rozwiniętych regionach. Tam liczba urodzeń maleje nie tylko dlatego, że kobiety mają mniej dzieci, lecz także dlatego, że coraz mniej kobiet w wieku rozrodczym w ogóle tam mieszka.

Gdy młodzi wyjeżdżają, lokalna demografia zaczyna działać jak błędne koło – mniej urodzeń oznacza mniej przyszłych rodziców, co z czasem jeszcze bardziej pogłębia spadek liczby mieszkańców. W Polsce podobny proces można zaobserwować wokół Warszawy, Krakowa czy Wrocławia. Młode rodziny również coraz częściej opuszczają centra miast, szukając większego metrażu na obrzeżach aglomeracji.

Czy Polska podąża tą samą drogą? Dramatyczny spadek urodzeń

O ile Francja ubolewa nad spadkiem dzietności do 1,55, o tyle w Polsce sytuacja jest znacznie bardziej dramatyczna. U nas doszło do prawdziwego załamania wskaźnika urodzeń. Według danych GUS, polski współczynnik dzietności spadł w 2024 roku do ok. 1,16 – najniższego poziomu w powojennej historii, a roczna liczba urodzeń zmniejszyła się z 413 000 w 2010 roku do 250 000.

Polska jest dziś znacznie poniżej poziomu uznawanego za niezbędny do prostej zastępowalności pokoleń (to wskaźnik na poziomie około 2,1 dziecka na kobietę), a nawet wyraźnie poniżej obecnego, tak bardzo negatywnego, wyniku Francji. Od 2012 do 2024 roku, głownie w wyniku załamania dzietności, ubyło w naszej demografii ponad milion osób. Pokazują to dane z raportu GUS nt. sytuacji demograficznej:

Jednak podobnie jak we Francji również w Polsce o liczbie urodzeń coraz częściej decyduje nie tylko dzietność, ale również miejsce, w którym mieszkają młode rodziny. Nowo urodzone dzieci nie znikają równomiernie z mapy Francji. Pojawiają się przede wszystkim tam, gdzie młode rodziny mogą sobie pozwolić na większe mieszkanie. Centra wielkich metropolii tracą urodzenia na rzecz przedmieść i stref podmiejskich.

We Francji Paryż stracił np. jedną czwartą urodzeń w 12 lat, a w niemal czterech departamentach na dziesięć liczba urodzeń spadła, i to jednocześnie z trzech powodów: kobiety mają mniej dzieci, maleje liczba kobiet w wieku rozrodczym, a dodatkowo młodzi dorośli wyprowadzają się do bardziej atrakcyjnych regionów. Nawet więc wzrost dzietności nie wystarczy, jeśli z danego regionu znikają osoby, które mogłyby zakładać rodziny. Widać to na mapie Francji, na której zaznaczone są różne powody ubytku mieszkańców.

Na mapce zaznaczone zostały departamenty, w których spadek liczby ludności wynika z następujących przyczyn: kolor niebieski – nagromadzenie negatywnych skutków, kolor błękitny – dominujący efekt wskaźnika dzietności, kolor różowy – dominujący wpływ wskaźnika dzietności przy amortyzacji migracyjnej, kolor czerwony – dołujący efekt mobilności mieszkaniowej, kolor zielony – dominujący efekt demograficzny:

Raport INSEE pokazuje, że o liczbie urodzeń coraz częściej decyduje nie tylko polityka rodzinna, ale także migracje wewnętrzne, dostępność mieszkań i sposób rozwoju największych aglomeracji. To może być jedna z najważniejszych lekcji również dla Polski.

Decydują ceny mieszkań, a nie dostęp do 800+ i babciowego?

Czy podobny proces zachodzi również w Polsce? Choć GUS nie analizuje jeszcze zmian terytorialnych w tak szczegółowy sposób jak francuski INSEE, wiele danych wskazuje, że mechanizm jest bardzo podobny. Od lat obserwujemy odpływ młodych rodzin z centrów największych miast do otaczających je gmin i powiatów. Powodem są przede wszystkim ceny mieszkań, dostępność większego metrażu oraz chęć poprawy jakości życia. A ta jakość może być dla rodziny z dziećmi znacznie wyższa kilkanaście kilometrów od centrum zatłoczonej metropolii.

Wystarczy spojrzeć na rozwój stref podmiejskich Warszawy, Krakowa, Wrocławia czy Poznania. To właśnie tam najszybciej przybywa mieszkańców w najlepszym wieku do zakładania rodzin i młodych rodzin z dziećmi. Jednocześnie centra największych miast coraz częściej stają się miejscem dla singli, par bez dzieci lub osób starszych. Widać to również w polityce wielkich miast, które decydują się na likwidację żłobków, przedszkoli i szkół podstawowych, bo brakuje w niektórych dzielnicach wystarczającej liczby dzieci.

W efekcie liczba urodzeń może spadać mimo wzrostu liczby mieszkańców całej aglomeracji. Oznacza to, że dane dotyczące samych miast mogą być mylące. Spadek liczby urodzeń w Warszawie czy Krakowie nie musi oznaczać, że młodzi ludzie w ogóle rezygnują z rodzicielstwa. Często oznacza po prostu, że dzieci rodzą się kilka lub kilkanaście kilometrów dalej, choć już nie – kilkadziesiąt kilometrów dalej, bo z tych dalszy okolic ludzie przeprowadzają się bliżej metropolii.

Statystyki GUS idealnie odzwierciedlają francuski trend. Podczas gdy w samym Poznaniu przyrost naturalny jest głęboko na minusie (-5,4 na 1000 mieszkańców), okalający go powiat poznański jest jednym z najmłodszych demograficznie obszarów w kraju z dodatnim lub bliskim zeru saldem i znacznie wyższym wskaźnikiem urodzeń niż w całej Polsce.

Podobnie w wielu gminach pod Warszawą wskaźnik urodzeń w przeliczeniu na 1000 mieszkańców jest o 25–30% wyższy niż w ścisłym centrum stolicy. Powiaty podwarszawskie – piaseczyński, warszawski zachodni czy wołomiński – odnotowują wskaźnik urodzeń na poziomie  9–10 na 1000 mieszkańców, podczas gdy średnia dla miast w Polsce spada poniżej 7 na 1000 mieszkańców.

Są też gminy w Polsce, które biją rekordy demograficzne. Np. Siechnice pod Wrocławiem, Lesznowola czy Marki pod Warszawą, gdzie saldo migracji i wskaźnik dzieci na 1000 mieszkańców należą do najwyższych w Polsce.

ZOBACZ TEŻ:

ubyło milion polaków

Jeśli sama wyższa dzietność nie wystarczy…

W debacie o demografii najczęściej mówi się właśnie o współczynniku dzietności. To ten wskaźnik trafia do nagłówków mediów i jest omawiany przez polityków i ekonomistów. Raport INSEE pokazuje jednak, że liczba urodzeń zależy od znacznie większej liczby czynników. Autorzy pokazują, że w wielu regionach Francji jednocześnie działają trzy procesy: kobiety rodzą mniej dzieci, maleje liczba kobiet w wieku rozrodczym, a młodzi dorośli coraz częściej przenoszą się do innych części kraju.

To oznacza, że nawet wzrost dzietności nie musi automatycznie przełożyć się na wyraźny wzrost liczby urodzeń. Jeśli w danym mieście lub regionie mieszka coraz mniej osób w wieku 25–40 lat, potencjalnych rodziców po prostu ubywa. W efekcie liczba urodzeń spada z powodów, których nie da się wyjaśnić wyłącznie decyzjami o posiadaniu dzieci. Jaka jest w takiej sytuacji skuteczność programów wsparcia dla rodzin? Raczej musiałaby to być zachęta do osiedlania się na jakimś obszarze.

Francuskie doświadczenia pokazują, że skuteczna polityka demograficzna nie może ograniczać się wyłącznie do świadczeń rodzinnych. Równie ważne stają się dostępność mieszkań, rozwój transportu, możliwość znalezienia pracy poza największymi metropoliami oraz warunki, które zachęcają młodych ludzi do pozostania lub osiedlenia się w danym regionie. Bez tego nawet najbardziej hojna polityka prorodzinna może okazać się niewystarczająca.

To ważna lekcja również dla Polski. Od lat obserwujemy odpływ młodych ludzi z wielu powiatów do największych aglomeracji lub za granicę. W niektórych regionach problemem staje się już nie tylko niska dzietność, ale także brak osób, które mogłyby zakładać rodziny. Z tego punktu widzenia demografia przypomina efekt kuli śnieżnej – mniej młodych mieszkańców oznacza mniej urodzeń, a to z kolei oznacza jeszcze mniej potencjalnych rodziców za dwadzieścia czy trzydzieści lat.

W Polsce ten efekt kuli śnieżnej już działa. Z danych GUS wynika, że w ciągu zaledwie jednej dekady liczba kobiet w wieku rozrodczym (15–49 lat) skurczyła się o niemal milion z około 9,3 mln jeszcze w 2010 roku. W miastach takich jak Wałbrzych, Bytom czy w wielu powiatach ściany wschodniej roczna liczba urodzeń spadła od 2010 roku o ponad połowę – nie tylko dlatego, że kobiety rodzą rzadziej, ale też dlatego, że młode mieszkanki stamtąd wyjechały i urodziły dzieci w okolicach Warszawy lub w miastach Wielkiej Brytanii.

Dodatkowo po 1990 roku wiek najwyższej płodności kobiet z wieku 20–24 lata przesunął się do 25–29 lat, a obecnie także do grupy 30–34 lata. Znaczący wzrost płodności ma miejsce w najstarszych grupach wieku kobiet. W latach 1990–2023 udział matek w wieku co najmniej 30 lat podwoił się i stanowią one 57% kobiet, które urodziły dziecko w 2023 roku. Jednak późniejszy wiek urodzenia pierwszego dziecka powoduje też, że kobiety mają już dużo krótszą perspektywę do posiadania większej liczby dzieci.

Nie 800+ a dostępność mieszkań może wpływać na liczbę urodzeń

Przez ostatnie lata dyskusja o demografii w Polsce koncentrowała się przede wszystkim na świadczeniach rodzinnych. Kolejne rządy zastanawiały się, jak wysokie powinny być zasiłki, jak długo powinny trwać urlopy rodzicielskie i jak zwiększyć dostępność żłobków. To oczywiście może być bardzo ważne, ale francuski raport demograficzny pokazuje, że w XXI wieku równie ważnym elementem polityki zwiększania urodzeń może i powinien być… rynek mieszkaniowy.

Liczba urodzeń jest największa na przedmieściach największych francuskich metropolii. To właśnie tam młode rodziny najczęściej znajdują mieszkania lub domy o metrażu pozwalającym myśleć o drugim czy trzecim dziecku. W centrach miast, gdzie ceny mieszkań należą do najwyższych, decyzja o powiększeniu rodziny zderza się z prostym rachunkiem ekonomicznym.

Problemem nie musi być brak chęci posiadania dzieci, lecz brak miejsca, w którym mogłyby one dorastać. To dlatego Paryż zanotował spadek liczby urodzeń aż o 23% podczas gdy w bezpośrednim sąsiedztwie stolicy Francji ten wskaźnik jest stosunkowo dobry:

Podobna sytuacja jest w Polsce. Według danych GUS i NBP, średnia cena metra kwadratowego w Warszawie czy Krakowie w ciągu ostatnich 5 lat wzrosła o ponad 70%. Jednocześnie w centrach miast deweloperzy budują głównie kawalerki i niewielkie mieszkania dwupokojowe – lokale o metrażu do 45 m² stanowią już ponad połowę nowej podaży. Dla rodziny planującej drugie dziecko oferta w centrum miasta stała się niedostępna cenowo, ale też mało atrakcyjna pod względem powierzchni mieszkania. To zachęca do przeprowadzek.

Już niedługo również w Polsce może się okazać, że jednym z najważniejszych wyzwań demograficznych nie jest już wyłącznie wysokość świadczeń rodzinnych. Coraz większe znaczenie mogą mieć dostępność mieszkań dla rodzin, rozwój transportu publicznego, planowanie nowych osiedli i ograniczanie kosztów życia w największych aglomeracjach. Innymi słowy, polityka mieszkaniowa będzie wpływać na liczbę urodzeń równie mocno jak tradycyjna polityka rodzinna. Czy jednak warto przesuwać środki z 800+ na mieszkania dla młodych rodzin?

O decyzjach dotyczących rodzicielstwa wciąż decyduje wiele czynników – od sytuacji materialnej i stabilności zatrudnienia po dostęp do opieki nad dziećmi. Francuskie doświadczenia sugerują jednak, że nawet najbardziej rozbudowany system świadczeń finansowych – a w Polsce już dziś mamy bardzo rozbudowany i potwornie kosztowny – może nie wystarczyć, jeśli młodych rodzin nie będzie stać na mieszkanie odpowiadające ich potrzebom. Jeśli tak, to coraz częściej trzeba pytać bardziej o sposób rozwoju miast i rynku mieszkań.

CZYTAJ TEŻ:

CZYTAJ TEŻ:

——————————

ZAPISZ SIĘ NA NASZE NEWSLETTERY:

>>> W każdy weekend sam Samcik podsumowuje tydzień wokół Twojego portfela. Co wydarzenia ostatnich dni oznaczają dla Twoich pieniędzy? Jakie powinieneś wyciągnąć wnioski dla oszczędności? Kliknij i się zapisz.

>>> Newsletter „Subiektywnie o Świ(e)cie i Technologiach” będziesz dostawać na swoją skrzynkę e-mail w każdy czwartek bladym świtem. Będzie to podsumowanie najważniejszych rzeczy, o których musisz wiedzieć ze świata wielkich finansów, banków centralnych, najpotężniejszych korporacji oraz nowych technologii. Kliknij i się zapisz.

———————————

Źródło zdjęcia: Arturri Montysarri/Pixabay

Subscribe
Powiadom o
6 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Oskar
1 godzina temu

Wg mnie najpodlejsze są próby majstrowania przy systemie emerytalnym – były już propozycje Pełczyńskiej-Nałecz (która notabene kiedyś twierdziła, że ZUS to piramida finansowa) powiązania wieku emerytalnego kobiet z posiadanymi dziećmi a ostatnio propozycja Morawieckiego aby dzieci oddawały część swojej składki rodzicom. Generalnie jedna propozycja jest głupsza od drugiej i naruszają tylko zaufanie do systemu emerytalnego dla którego zaufanie powinno być wysokie – pokazuje, że ZUS to taka zabawka dla polityków nad którą mogą majstrować

Admin
1 godzina temu
Reply to  Oskar

Tak, po OFE bardzo trzeba się pilnować z takimi pomysłami, bo jak duża grupa ludzi dojdzie do wniosku, że nie ma co na to wszystko płacić, to będziemy mieli samosprawdzającą się przepowiednię…

Miguel
1 godzina temu
Reply to  Oskar

Zaufanie? Człowiek pracuje 35-45 lat i jest awykonalne zagwarantować mu niezmienność zasad emerytalnych na cały ten okres (jeśli już to może na ostatnie 10-15 lat), szczególnie jeśli chodzi o wiek emerytalny. Emerytury są wypłacane ze składek osób obecnie pracujących, przy czym liczba emerytów stale rośnie, a pracujących maleje. Poza tym kobiety żyją dłużej, a składki odkładają krócej niż mężczyźni. Coś więc z wiekiem musi być robione, choć z głową, a nie to co było w ostatnich propozycjach.

Admin
1 godzina temu
Reply to  Miguel

Słowo klucz: „z głową”

Aleks
1 godzina temu

Jak zwykle statystyki: „współczynnik dzietności wynosił we Francji 2,03 dziecka na kobietę i należał do najwyższych w Unii Europejskiej. Wielu demografów wskazywało Francję jako przykład skutecznej polityki rodzinnej, która może nie tylko zwiększyć liczbę urodzeń, ale też – ograniczyć skutki starzenia się społeczeństwa. „ Ta dzietnosc wynikala z duzego rozmnazania sie klientow franc.polityki socjalnej, o sniadym kolorze skory … Nie idzmy droga wylacznie socjalu… Dla dzietnosci wazne sa dwa elementy: dziecko nie moze byc kosztem – tu Polska poczynila pewne kroki jak 800+, itp. ale nadal mozna nie tyle wyplacac $, a darowac oplaty jak np. za wejscie do publ.atrakcji (np.… Czytaj więcej »

Admin
1 godzina temu
Reply to  Aleks

Może Pan mieć trochę racji co do przyczyn sukcesu polityki demograficznej we Francji. Teraz imigranci w kolejnych pokoleniach już też nie chcą się rozmnażać. Co do Pańskiej hipotezy dwuelementowej, to z pierwszą się nie zgadzam. Głównie dlatego, że dziecko zawsze będzie kosztem, także emocjonalnym, organizacyjnym (nie tylko finansowym). Więc tutaj bym się nie ścigał. Jak ktoś chce mieć dzieci – to będzie je miał niezależnie od tego ile dostanie „cashbacku”. Jak nie chce – to kasa i tak nie zmieni jego zdania. Natomiast co do punktu drugiego to zgadzam się co do wydźwięku (choć jeśli chodzi o szczegóły to trzeba… Czytaj więcej »

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Kontrast

Rozmiar tekstu