Od 2012 roku ubyło milion mieszkańców Polski! To populacja wielkości połowy mieszkańców Warszawy. W latach 90. XX wieku demografowie szacowali, że będzie nas 40 milionów. To już dawno nierealne. Na koniec 2025 roku mieszkańców Polski było 37,3 miliona i tylko w tym jednym roku ubyło 157 000 osób. Czy spadek liczby Polaków to najboleśniejszy efekt naszego… szybkiego bogacenia się? I czy w tym bogaceniu jest nadzieja na niespodziewane odwrócenie demograficznej katastrofy? Niektóre liczby zdają się na to wskazywać
Trendy demograficzne są bardzo trudne do „zarządzania”. Z badań ekonomistów i demografów wynika, że niezależnie od programów wsparcia dla dzietności, czy to materialnych (np. 800+, babciowe), czy instytucjonalnych (zwiększanie dostępności żłobków i przedszkoli, wydłużanie urlopów macierzyńskich), demografia w krajach najbardziej rozwiniętych słabnie. Polska nie jest wyjątkiem.
- Płatności kartą czy gotówką? EBC sprawdził jak odpowiadają Europejczycy. Stara miłość do gotówki nie (za)rdzewieje. Uratują ją… młodzi! [POWERED BY EURONET]
- Ameryka nie musi się zawalić, żeby inwestorzy przestali na niej zarabiać. Czy właśnie zbliżamy się do tego momentu? [POWERED BY UNIQA TFI]
- Proszę zapiąć pasy, będzie bujało. Oto pięć zasad, które prawdopodobnie przyniosą Ci sukces w inwestowaniu w 2026 r. [POWERED BY XTB]
Obecny polski wskaźnik dzietności jest na poziomie 1,1, co oznacza, że grozi nam wyludnienie kraju. A mniej mieszkańców to też mniej pracowników i w konsekwencji – coraz gorsze wskaźniki gospodarcze, bo kolejnych etapów bogactwa nie będziemy mieli jak osiągać bez odpowiednio dużej liczby rąk do pracy oraz bez dużej liczby konsumentów. A to właśnie fakt, że jesteśmy jednym z największych pod względem ludności krajów europejskich, był jednym z czynników napędzających wydatki konsumpcyjne.
Kłopot w tym, że o ile inne kraje Unii Europejskiej najpierw się wzbogaciły, a potem zestarzały, nam grozi sytuacja mniej różowa. To właśnie miała na myśli główna ekonomistka EBOR prof. Beata Javorcik, kiedy mówiła w rozmowie z „Subiektywnie o Finansach”: „Zestarzeliśmy się, zanim się wzbogaciliśmy”.
W 2025 roku „zniknął” Olsztyn albo Toruń
Od 2012 roku mamy załamanie wskaźnika dzietności, a jednocześnie rosnącą liczbę zgonów. To pewien paradoks, bo wiadomo, że w Polsce systematycznie rośnie długość życia kobiet i mężczyzn. Jednak równolegle pogarsza się struktura wiekowa, co powoduje, że coraz większa część społeczeństwa znajduje się w wieku, w którym rośnie ryzyko zgonu. Bilans w kilku ostatnich latach jest znacznie gorszy, niż był kilkanaście lat temu, co bardzo źle rokuje naszej demografii.
Jeszcze w latach 90. XX wieku Polska uchodziła za kraj z młodym społeczeństwem, w którym udział dzieci i ludzi młodych znacznie przewyższał liczbę ludzi starszych. Szybko zaczęło się to zmieniać, na co wpływ miały też wielkie fale emigracji Polaków (zazwyczaj młodych) na przełomie XX i XXI wieku, szczególnie po wejściu Polski do Unii Europejskiej w 2024 roku. Systematycznie spadał też wskaźnik zastępowalności pokoleń, który obecnie jest na drastycznie niskim poziomie 1,1, a jego minimalny dodatni poziom to 2,1.
Nieoczekiwanie w zakresie demografii Polska stała się najsłabszym ogniwem Unii Europejskiej. Rośniemy w innych wskaźnikach: jesteśmy czempionami wzrostu wśród unijnych gospodarek pod względem PKB (które z sumą biliona dolarów wywindowało nas do grona 20 największych gospodarek świata). Rośnie też poziom PKB na głowę mieszkańca, które w 2025 roku osiągnęło poziom około 100 000 zł. Ale fakt, że się wyludniamy, jest prawdopodobnie największym zagrożeniem dla tych świetnych trendów.
Malejąca liczba ludności towarzyszy nam stale od 2012 roku. Jedynym w tym okresie rokiem bez ubytku mieszkańców Polski był rok 2017, ale wtedy przybyło zaledwie tysiąc osób. Rok 2025 zamknął się poważnym ujemnym wynikiem spadku liczby Polaków o 157 000 osób. To tak, jakby z mapy Polski zniknęły nagle takie miasta jak Olsztyn czy Toruń. A to tylko jeden rok! Co będzie, jeśli taka skala zmniejszania się liczby mieszkańców będzie następowała co roku? I co roku będą „znikać” kolejne miasta średniej wielkości? Co to oznacza dla miejsc pracy, dla rynku nieruchomości?
W Polsce urodziło się w 2025 roku tylko 238 000 dzieci, o 14 000 mniej niż w 2024 roku. Liczba zgonów natomiast wyniosła aż 406 000 i podobna była też w 2024 roku. Trochę pomaga nam imigracja, szczególnie dużej grupy przybyszy z Ukrainy. Według szacunków GUS w Polsce pracuje obecnie około 1,1 miliona cudzoziemców, w tym dwie trzecie to Ukraińcy. W sumie jednak – ujemny bilans całego okresu od 2012 roku to już okrągła liczba miliona osób.
Na wykresie GUS z konferencji prasowej podsumowującej 2025 rok w gospodarce widać, że im bliżej jesteśmy 2025 roku, tym trend powiększania się luki demograficznej w Polsce rośnie. Na bilans ostatnich lat wpływ oczywiście miała nadzwyczaj wysoka umieralność w okresie pandemii Covid-19, potem liczba zgonów ustabilizowała się, ale na nieco wyższym poziomie niż przed 2020 rokiem (linia zielona).

Prezes GUS: „Myślę, że nie będzie tak źle, jak wynika z prognoz”
Czy z tego wykresu można wnioskować, że za kolejnych kilkanaście lat ubędzie nas już znacznie więcej niż milion Polaków? Ze wszystkimi tego konsekwencjami dla wielu branż gospodarki? W imieniu czytelników „Subiektywnie o Finansach” spytałem o to na konferencji prasowej prezesa GUS. Jak odpowiada Marek Cierpiał-Wolan, prezes GUS? Czy można precyzyjnie oszacować, na podstawie obecnych danych o demografii, jaka będzie luka w naszej populacji za kilkanaście lat? I czy stanie się coś, co odwróci negatywne trendy demograficzne?
Prezes GUS powołał się na swoje wcześniejsze obserwacje naukowe związane z badaniami nad populacją Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii. Dane dotyczące wskaźnika urodzeń w rodzinach polskich emigrantów były dużo lepsze niż w Polsce. Dlaczego Polski rodziły na imigracji więcej dzieci niż Polski mieszkające nad Wisłą? Czy miały tu znaczenie czynniki materialne?
„Okazuje się, że w Wielkiej Brytanii Polki miały ten współczynnik urodzeń znacznie powyżej 2.1. I zastanawialiśmy się, czy to jest tylko kwestia warunków materialnych. Bo one się oczywiście w Polsce też polepszają. (…) Myślę więc, że jeśli chodzi o dzietność, nie będzie w Polsce tak źle, jak wynika z prognoz”.
Dyrektorka Departamentu Badań Demograficznych Anita Abramowska-Kmon dodała, że w najbliższych latach należy oczekiwać powiększania się luki między urodzeniami a zgonami, a wynika to ze struktury wieku ludności. Luka ta wystąpi mimo wydłużania się okresu życia kobiet i mężczyzn w Polsce.
„Mamy coraz starszą strukturę mieszkańców Polski, to naturalna konsekwencja tych zmian demograficznych. Ale żadne prognozy demograficzne do tej pory się nie sprawdziły w 100%, są one zawsze obarczone ryzykiem błędu”
Prezes GUS zachęcał do tego, żeby poczekać na najnowsze dane Rządowej Rady Ludnościowej, która opracowuje bardzo długookresowe prognozy liczby mieszkańców Polski na podstawie szczegółowych materiałów zebranych w całym kraju przez GUS-owskich statystyków.
Wśród rzeczy, na które ma wpływ demografia, jest też Twoja emerytura. Czytaj o tym tutaj:
Bogacimy się, ale coraz mniej Polaków pracuje na to bogactwo
A jak liczbę mieszkańców kraju szacuje Rządowa Rada Ludnościowa? Według ostatniej prognozy z 2023 roku liczba ludności Polski w 2060 roku spadnie o około 6,8 mln w porównaniu do 2022 roku i wyniesie 30,9 miliona osób. Wzrastać będzie liczba osób w wieku 65 lat i więcej i ta tendencja przyspieszy im bliżej będzie roku 2060. Pod koniec tego okresu przybędzie takich osób około 2,7 miliona.
Przewidywany jest również znaczny wzrost liczby osób w wieku 85 lat i więcej. Do 2060 r. liczba ta wzrośnie ponad dwukrotnie (w porównaniu do 2022 roku). Jednocześnie spadać będzie liczba dzieci, czyli osób w wieku 0–14 lat. Przewidywany jest spadek ich liczby o prawie 2 mln osób w stosunku do 2022 roku. No i niezwykle ważna sprawa dla demografii – przyspieszy spadek liczby kobiet w wieku 15–49 lat, czyli kobiet w wieku rozrodczym. A bez kobiet nie będzie dzieci. Trendy pokazuje grafika z ostatniego raportu:

Jednak w listopadzie 2025 roku GUS opracował dla Rządowej Rady Ludnościowej nową eksperymentalną symulację liczby ludności, która pokazuje jeszcze bardziej dramatyczne scenariusze spadku liczby mieszkańców Polski. Scenariusz bazowy oparty został na utrzymaniu przez cały okres 35 lat obecnego dramatycznie niskiego wskaźnika dzietności na poziomie 1,1, niższego niż w dotychczasowej oficjalnej prognozie. Gdyby tak było, to liczba mieszkańców Polski może spaść nawet do 28,4 mln osób w 2060 roku.
Różnica między wskaźnikiem dzietności przyjętym w oficjalnej prognozie RRL z 2023 roku a urealnieniem opartym na najnowszych danych z końca 2025 roku pokazana została na wykresie GUS z listopada 2025 roku:

Ale już z obecnych danych RRL wynika, że coraz mniej będzie osób w wieku produkcyjnym, czyli tych, które mogą wypracowywać naszą zamożność w perspektywie kolejnych dekad. Demografowie przyjmują, że są to osoby w wieku 18-59/64 lat, czyli te, które najczęściej podejmują pracę aż do granicy wieku emerytalnego. Do 2060 roku liczba mieszkańców Polski w tej grupie wiekowej ma spaść o ponad 30% w odniesieniu do 2022 roku. Będzie to oznaczać, że z rynku pracy zniknie aż 7,1 mln osób.
Czy to dużo? Wyobraźmy sobie, że z rynku pracy znika taka liczba ludzi, jaka mieszka łącznie na Górnym Śląsku, w Warszawie i Krakowie, czyli w największych skupiskach mieszkańców Polski. Nie wygląda to optymistycznie, ale może nowsze dane, których publikacja planowana jest w tym roku, będą lepsze? Warto być optymistą jak prezes GUS? Skoro o wiele lepsza jest dzietność Polek mieszkających za granicą, np. w Wielkiej Brytanii, to to samo wydarzy się też w Polsce?

Jest nas mniej, więc… po co nam tyle mieszkań?
To wciąż powracające w kontekście sytuacji demograficznej Polski pytanie: „skoro będzie nas w kolejnych latach dużo mniej, to czy potrzeba nam aż tak dużo nowych mieszkań?”. A może wystarczyłoby poczekać, aż z powodu zakończenia nieruchomościowej hossy na rynek trafią pustostany, czyli mieszkania kupione jako „magazyn wartości”, które czekają na wynajęcie lub na lepsze czasy?
Prezes GUS poinformował, że jego instytucja stara się szacować liczbę niezamieszkanych lokali na podstawie badania zużycia energii. GUS przyjmuje pewną minimalną ilość używanej przez ludzi energii i pozyskuje szczegółowe informacje na ten temat, oczywiście z zachowaniem tajemnicy statystycznej, od dostawców energii. W ten sposób statystycy mają dostęp do naszych indywidualnych danych o zużywanej energii w domach i mieszkaniach. Na tej podstawie można oszacować liczbę pustostanów.
Czy rzeczywiście w Polsce jest duża luka mieszkaniowa związana z niezaspokojonymi potrzebami mieszkaniowymi? Ogółem w Polsce jest około 16 milionów mieszkań, co w porównaniu z liczbą ludności nie wygląda źle. Większym problemem jest to, czy jest wystarczająca liczba lokali mieszkalnych w tych miejscach, w których chcą osiedlać się i pracować ludzie i czy mieszkania są w wystarczająco dobrym stanie technicznym i z odpowiednimi udogodnieniami potrzebnymi do życia.

Według informacji GUS w roku 2025 powstało 209 000 nowych mieszkań. W 2024 roku powstało 200 000 mieszkań. Rekordowy był 2022 rok, kiedy oddano do użytku 238 500 mieszkań. Rok 2025 był pod względem liczby mieszkań oddanych do użytku siódmym rokiem z rzędu, kiedy ta liczba przekraczała 200 000.
Zgodnie z wynikami spisu powszechnego z 2021 roku w naszym kraju pozostawało niezamieszkanych około 1,8 miliona mieszkań lub domów, które stanowiły około 12% wszystkich zasobów mieszkaniowych kraju. Czyli co ósme mieszkanie w Polsce stało wtedy puste. Od tego czasu mieliśmy np. do czynienia z wielką falą imigracji do Polski z Ukrainy po agresji Rosji w 2022 roku. Pytanie, czy część tych lokali nie została wtedy jednak zamieszkana. GUS na razie nie ma tu nowych danych. O problemie pustostanów pisałem m.in. tu:
Sukces gospodarczy i… najsłabsze ogniwo Unii Europejskiej
To, czym często się chwalimy i czym możemy pochwalić się również, jeśli podsumowujemy 2025 rok, to dynamiczny wzrost gospodarczy, który stawia nas w grupie najszybciej rozwijających się krajów Unii Europejskiej. W 2025 roku GUS szacował wzrost PKB na solidne 3,6%, co stawia nas na trzecim miejscu na unijnym podium.
Jeśli jednak spojrzymy na to, jakie kraje znajdują się wyżej, to można powiedzieć, że Polska jest tak naprawdę liderem w grupie krajów średnich i większych. Pierwsze miejsce należy bowiem do Irlandii, która ma specyficzną gospodarkę opartą na systemie bankowym, ulgach podatkowych i korzystnym ulokowaniu siedzib wielkich światowych firm technologicznych i farmaceutycznych, a drugim krajem jest malutka Malta.
„Można powiedzieć, że Polska – pod względem PKB – jest liderem wzrostu wśród najbardziej liczących się gospodarek Unii Europejskiej”
– powiedział prezes GUS. Tym bardziej jest to sukces, że unijna średnia wzrostu gospodarczego w 2025 roku wyniosła tylko 1,4%, więc polskie 3,6% stawia nas dużo powyżej tej wielkości. Na szarym końcu są takie tuzy unijnej gospodarki jak Francja, Włochy i przede wszystkim – naprawdę na szarym końcu – Niemcy, które znalazły się na przedostatnim miejscu w Unii Europejskiej.

Skala ubiegłorocznego wzrostu gospodarczego potwierdziła wcześniejsze szacunki, na podstawie których Międzynarodowy Fundusz Walutowy zaliczył Polskę w połowie 2025 roku do grona 20 największych gospodarek świata. Mieliśmy przeskoczyć Szwajcarię i to prawdopodobnie się udało. Nominalny poziom naszego PKB „najprawdopodobniej” – jak powiedział prezes GUS – przebił bowiem okrągły 1 bilion dolarów.
O tym, jak prześcignęliśmy Szwajcarię, pisałem tu: Według danych MFW właśnie wkraczamy do grona 20 największych gospodarek świata. Co będziemy z tego mieli? I dlaczego nie chcą nas wpuścić do G20?
Całej konferencji prezesa GUS można wysłuchać tu:
Inny ważny wskaźnik makroekonomiczny również można ładnie zaokrąglić, bo okazało się, że PKB per capita, czyli na głowę każdego mieszkańca, to w 2025 roku równiutkie 100 000 zł. Pozytywne jest też to, że spada inflacja, średniorocznie w 2025 roku do 3,6%, dynamicznie rosną inwestycje (powyżej tempa wzrostu PKB), rośnie też popyt konsumencki, co dobrze świadczy o naszej zamożności.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie… fatalnie słaba demografia. Tutaj my jesteśmy niestety na szarym końcu z jednym z najsłabszych wskaźników zastępowalności pokoleń w Unii Europejskiej. Jeśli nie nastąpi wzrost dzietności wynikający z rosnącej zamożności Polaków (oraz zapewne kilku innych czynników, które zadziałały w Wielkiej Brytanii) to nie mamy wielkich szans na utrzymanie dotychczasowego tempa bogacenia się – po prostu zabraknie rąk do pracy. Chyba że będziemy szybko zwiększać wydajność albo… imigrację. Albo będziemy pracować w wieku emerytalnym. O tym mówił w rozmowie z „Subiektywnie o Finansach” prezes ZUS:
——————————
ZAPISZ SIĘ NA NASZE NEWSLETTERY:
>>> W każdy weekend sam Samcik podsumowuje tydzień wokół Twojego portfela. Co wydarzenia ostatnich dni oznaczają dla Twoich pieniędzy? Jakie powinieneś wyciągnąć wnioski dla oszczędności? Kliknij i się zapisz.
>>> Newsletter „Subiektywnie o Świ(e)cie i Technologiach” będziesz dostawać na swoją skrzynkę e-mail w każdy czwartek bladym świtem. Będzie to podsumowanie najważniejszych rzeczy, o których musisz wiedzieć ze świata wielkich finansów, banków centralnych, najpotężniejszych korporacji oraz nowych technologii. Kliknij i się zapisz.
———————————
Źródło zdjęcia: Maciej Danielewicz





