6 stycznia 2020

Święta, święta i po świętach… A długi zostały. Jak pokonać poświątecznego finansowego kaca?

W tym roku na święta wydaliśmy średnio 1.520 zł – tak przynajmniej deklarowaliśmy w badaniu zleconym przez firmę doradczą Deloitte. Wydatki można podzielić mniej więcej na trzy równe części: prezenty, jedzenie oraz koszty związane z transportem i spotkaniami świątecznymi. Potem przyszedł Sylwester i kolejne średnio 300 zł (chyba, że ktoś był na balu, to nawet kilka razy więcej). Z ankiet Fundacji Kronenberga wynika, że budżety 70% gospodarstw domowych w święta nie wytrzymują zwiększonych wydatków. Co robić, jeśli te ekstra-koszty mocno nadszarpnęły domowy budżet? Jak uleczyć finansowego kaca?

„Mądry Polak przed szkodą” – chciałoby się powiedzieć w kontekście kosztów organizacji świąt. Wiadomo, że w grudniu wydajemy znacznie więcej, niż w innych miesiącach. Ja radzę sobie z tym w ten sposób, że np. prezenty zaczynam kupować już w październiku lub listopadzie. Dzięki temu przed samymi świętami odpada mi trochę stresu oraz mogę rozłożyć przynajmniej część wydatków w czasie.

Mam jednak świadomość, że w przypadku organizacji świąt w wielu polskich domach pokutuje przysłowie w wersji oryginalnej, a więc „mądry Polak po szkodzie”. W badaniu zleconym przez Citi Handlowy aż 73% Polaków przyznało, że nie mieści się w zaplanowanym budżecie, co oznacza, że w kolejnych miesiącach będzie trzeba zacisnąć pasa. A za chwilę będzie trzeba wrócić do „normalnego trybu” i popłacić rachunki, spłacić raty kredytowe. Jak okiełznać poświąteczne długi? Oto garść propozycji:

Zrób plan gry, czyli komu, ile i za ile?

Całkiem spora część z nas po świętach tak naprawdę nie wie, ile ma długów do spłacenia. Trochę pociągnęliśmy z karty kredytowej, trochę z debetu przy koncie osobistym, coś-tam pożyczyliśmy od mamy, wzięliśmy jakieś rzeczy w sklepie na raty („i do marca nie płacisz”), a może nawet mamy jakąś „pierwszą pożyczkę gratis” w firmie chwilówkowej, która gratis jest tylko przez 60 dni?

Na początku trzeba zrobić listę długów i ustalić ile realnie jesteśmy winni, komu oraz w jakim terminie. I spróbować ustalić dla jakiej części zadłużenia mamy pokrycie w przyszłych dochodach.

Przeczytaj też: Za kilka dni wchodzi w życie Uber Lex. Czy to koniec ery tanich przejazdów? Pięć rzeczy, na które po 1 stycznia musicie bardzo uważać

Przeczytaj też: Mnóstwo wolnych dni? Radzimy, jak zapewnić sobie najtańsze kino domowe. Streamingowa uczta, czyli Netflix, HBO, Canal+ i cała reszta

Syndrom krótkiej kołdry. Spłata ratek po kawałku

Nie jest wesoło, kiedy po świętach budżet świeci pustkami, a na głowie mamy inne regularne płatności, np. kilka kredytów do spłaty. Nie chciałbym być tu posądzony o namawianie do nie spłacania kredytów, ale jeśli jest ich kilka i nie starcza środków na spłatę wszystkich, coś trzeba zrobić. Każdy niespłacany w terminie kredyt może nam zepsuć ocenę, jaką wystawia kredytobiorcom Biuro Informacji Kredytowej.

Jeśli nie starcza na spłatę wszystkich kredytów, a muszę zapłacić np. ratę kredytu hipotecznego i gotówkowego, w pierwszej kolejności uregulowałbym ratę tego pierwszego.

Te mniejsze, na które mnie nie stać? Też warto spłacać, przynajmniej częściowo. Jeśli np. miesięczna rata każdego z trzech drobnych kredytów wynosi 200 zł, to spłaciłbym przynajmniej po 100 zł każdego z nich, bank będzie patrzył na mnie łagodniejszym okiem, niż gdybym spłacił jedną ratę w całości i wcale nie spłacił pozostałych dwóch.

Jeśli mam jeden bardzo drogi kredyt – albo np. chwilówkę, która jest gratis jeśli spłacę ją w całości w ciągu 60 dni, a potem zaczyna być horrendalnie droga – to ona jest dla mnie priorytetem, Staram się spłacić ją w pierwszej kolejności w całości, a pozostałe długi – w kawałku.

Przeczytaj też: Kurier nawalił? Spóźniona dostawa? Brak próby dostarczenia przesyłki do domu? Oto prosty pomysł na to, żeby było lepiej

Przeczytaj też: Kupuję w Leroy Merlin, płacę z góry, odbieram w sklepie, a oni… żądają adresu zamieszkania. Tylko niedopatrzenie, czy… wyłudzenie?

Zmień warunki spłaty kredytów

Gdy w przeszłości zadawałem bankom pytania o to, czy klient ma możliwość zmiany warunków spłaty kredytów, bo chwilowo sobie z nimi nie radzi, za każdym razem słyszałem, że jest taka możliwość. W praktyce renegocjowanie warunków umowy bywa trudne, jeśli w ogóle możliwe.

A chodzi o takie zabiegi, jak „wakacje kredytowe”, czyli możliwość wstrzymania na jakiś czas spłacania kredytu, albo wydłużenie okresu kredytowania tak, by miesięczna rata nieco spadła. Weźmy np. kredyt o wartości 10.000 zł, z 5-proc. prowizją i oprocentowaniem 10%. Rata takiej pożyczki udzielonej na 2 lata wyniosłaby ok. 460 zł. Ale jeśli wydłużymy spłatę do 3 lat i utrzymamy te same warunki, rata spadnie już do ok. 320 zł. „Rozciągnięty” kredyt podrożeje, bo w sumie zapłacimy więcej odsetek (dłużej korzystamy z pożyczonego kapitału), bank może też zażądać opłaty za aneks do umowy (nawet 100-200 zł), ale w ten sposób złapiemy finansowy oddech.

Przeczytaj też: Mandat uzależniony od zarobków kierowcy, konfiskata auta, „ławka kar”, alkomat w samochodzie… Oto garść pomysłów na walkę z piratami drogowymi

Przeczytaj też: Chcesz wypłacić w gotówce więcej niż 20.000 zł? Najpierw musisz to zgłosić w banku. Na pieniądze możesz czekać nawet pięć dni!

Rozłóż na raty dług na karcie kredytowej     

Z innego sposobu uleczenia się z finansowego kaca mogą skorzystać osoby, które za świąteczne sprawunki płaciły kartami kredytowymi. Karta działa tak, że po tzw. okresie rozliczeniowym (30 dni) bank zlicza transakcje dokonane w danym cyklu, ale od tego momentu na spłatę zadłużenia mamy jeszcze jakieś trzy tygodnie. Jeśli w określonym dniu wszystko oddamy, bank nie naliczy żadnych kosztów.

Ale to nie obowiązek. Banki żądają spłaty tzw. kwoty minimalnej, zwykle to 5% karcianego długu. Tylko w takiej sytuacji musimy pożegnać się z tzw. okresem bezodsetkowym. Bank policzy wstecz odsetki od każdej karcianej transakcji. A oprocentowanie kredytu na karcie z reguły równa się odsetkom maksymalnym, czyli obecnie jest to 10% w skali roku.

Przeczytaj też: Jakie mogą być koszty bałaganu kredytowego? W najlepszym przypadku kłopot w pożyczaniu, w najgorszym wyłudzenie kredytu. Jak się zabezpieczyć?

Przeczytaj też: Zastrzeżenie kredytowe, czyli wystarczy jedno kliknięcie i nikt nie wyłudzi kredytu na twoje nazwisko. Dlaczego banki nie lubią tej usługi?

Jak nie spłacić całego zadłużenia i jednocześnie nie stracić okresu bezodsetkowego? Banki oferują możliwość rozłożenia długu na raty. Załóżmy, że limit kredytowy na karcie wynosi 5.000 zł, a dług z ostatniego okresu bezodsetkowego sięga 3.000 zł. Bank może nam te 3.000 zł rozłożyć na okres od kilku miesięcy (zwykle trzy miesiące) do nawet 2-3 lat. Z reguły za rozłożenie spłaty na raty trzeba zapłacić prowizję, np. w ING Banku jest to 1% zadłużenia, czyli w naszym przypadku 30 zł. Natomiast oprocentowanie karcianego kredytu ratalnego jest niższe niż oprocentowanie kredytu na karcie.

Trzeba tylko pamiętać, że taka operacja nie spowoduje, że dostępny limit na karcie się „odetka”. Jeśli 3.000 zł z limitu 5.000 zł zamienimy na kredyt ratalny, to do wykorzystania będziemy mieć już tylko 2.000 zł limitu. Będzie się on powiększał wraz ze spłatą kolejnych rat.

Spróbuj zorganizować sobie dodatkowe źródło dochodów

Posiadanie długów przygniata nie tylko portfel, ale i psychikę. A przez to nie widzimy możliwości, które się pojawiają, by dorobić. Idąc ulicą zwracajmy uwagę na propozycję dodatkowej pracy, dorobienia w weekend, czy w domu. W większości przypadków najlepszym sposobem pozyskania dodatkowych pieniędzy na spłatę długów jest najłatwiejszym sposobem wyjścia z tarapatów.

Moja znajoma, która wpadła z długi i teraz pracowicie z nich wychodzi, zajmuje się dzieckiem znajomej młodej matki po kilka godzin dziennie. A ktoś inny – pomaga w osiedlowym sklepiku. Zwłaszcza w większych miastach możliwości dorobienia jest sporo, a nawet jeśli dodatkowy dochód wyniesie np. 500 zł miesięcznie, może bardzo mocno przyczynić się do przyspieszenia spłaty świątecznych długów.

A może… sprzedać nietrafiony prezent?

Zapewne niejeden z nas znalazł pod choinką nietrafiony prezent. Ale być może przypadnie on do gustu innej osobie. Raczej głupio powiedzieć o tym „Mikołajowi”, ale jest inny, dyplomatyczny sposób. Niechciane prezenty, np. książki czy elektronikę, można wystawić na jakiejś platformie aukcyjnej lub sprzedażowej. Jeśli zejdziemy nieco z ceny, zwiększymy szansę na dobicie targu. Tę metodę można by nazwać prezentowym money-back. To zawsze parę groszy w portfelu

Zdjęcie: Pixabay

4
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
2 Thread replies
1 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
4 Comment authors
KrzysiekadreMaciej SamcikRychu Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Rychu
Gość
Rychu

Uff na szczęście wydałem całe 0zł;)

Maciej Samcik
Admin

Zuch! Ale nawet na prezenty nic? 😉

Krzysiek
Gość
Krzysiek

Przecież prezenty przynosi Święty Mikołaj. Co to ma wspólnego z budżetem domowym ? 😛

adre
Gość
adre

Poważnie, to jest aż taki problem? Zliczyć do tych paru tysięcy ile się zarabia, a ile wydaje?
We współczesnej Polsce, gdzie około połowa obywateli ma co najmniej średnie wykształcenie?
Giertychowskie matury?

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Zamknij