Niemcy „odpalają” drugą fazę walki z kryzysem: zachęcą konsumentów do kupowania. A jak? Niższy VAT, 300+ i dopłaty do zakupów. Jest czego zazdrościć? Liczę!

Niemcy „odpalają” drugą fazę walki z kryzysem: zachęcą konsumentów do kupowania. A jak? Niższy VAT, 300+ i dopłaty do zakupów. Jest czego zazdrościć? Liczę!

Niemcy, jako jeden z pierwszych krajów w Europie, przechodzą do drugiej fazy walki z kryzysem gospodarczym, wywołanym pandemią Covid-19. Po batalii o utrzymanie miejsc pracy i utrzymanie płynności firm przygotowali pakiet, który ma przekonać konsumentów, że powinni iść na zakupy. A jaki? Dodatkowa kasa na dzieci, obniżka podatku VAT i dopłaty do zakupów tego, czym niemiecka gospodarka stoi – samochodów. My na razie o takim programie stymulującym zakupy nie słyszymy od rządzących. A nawet gdyby, to… czy byłoby nas stać na niemiecką tarczę konsumencką? Liczymy!

Za nami już kilka miesięcy pandemii. Jak głęboka będzie recesja wywołana „zamrożeniem” gospodarki? Ile by nie wyniósł spadek PKB, to tylko liczby, za którymi kryją się prawdziwe ludzkie dramaty: utrata pracy, pętla zadłużenia, utrata wymarzonego mieszkania z powodu niemożności spłacania rat, utrata budowanego przez lata biznesu…

Zobacz również:

Już widać wzrost bezrobocia w Polsce: na koniec maja wg oficjalnych danych przybyło 100.000 ludzi bez pracy (do tej pory było ich 500.000). To bezrobocie rejestrowane – realne jest na pewno wyższe. To „prawdziwe” może – według ekonomistki Joanny Tyrowicz – sięgać 10,3%. To by oznaczało, że pracę w pandemii straciło już 600.000 osób.

Polski rząd w swoich trzech tarczach antykryzysowych oraz najbardziej sensownej z nich wszystkich Tarczy Finansowej PFR skupił się na pomocy przedsiębiorcom. Postawiono zasypać kryzys miliardami świeżo wydrukowanych przez NBP banknotów, wpompowanych w firmy: pożyczki od urzędów pracy, ulgi od ZUS i subwencje od PFR. Tylko w ramach subwencji pomoc dostało już ćwierć miliona firm, a wartość przelewów to imponujące 43 mld zł.

Ale to pomoc obliczona na to, by ograniczyć doraźny wzrost bezrobocia. Nie ma gwarancji, że „zahibernowane” w ten sposób miejsca pracy nie zostaną zlikwidowane w drugim półroczu, gdy okaże się, że na rynku zabrakło popytu na produkty i usługi. Powoli trzeba zacząć odpowiadać na pytanie nie o to jak uratować firmy przed utratą płynności, lecz o to jak odbudować popyt konsumencki. By uruchomione kosztem wielu miliardów złotych silniki mogły ruszyć na dobre. Odpowiedź właśnie dali nasi sąsiedzi zza Odry.

W Niemczech rząd zaaprobował właśnie pakiet stymulacyjny wart 145 mld euro (to oddzielny projekt od pakietu pomocowego dla całej Unii Europejskiej, finansowany w dużej części też przez Niemcy, wart 750 mld euro). Berlin uznał, że nie może czekać na to, aż pieniądze zrzucone z helikopterów w ramach unijnego pakietu wrócą do niemieckich firm, a potem trafią do niemieckich konsumentów. Trzeba działać szybciej.

„Stać nas na wiele, bo byliśmy ostrożni w wydawaniu pieniędzy” – powiedział ostatnio niemiecki minister finansów Olaf Scholtz. Faktycznie, w ostatnich sześciu latach niemiecki budżet państwa miał nadwyżkę. Przez sześć lat z rzędu! Przypomnijmy, że w Polsce przez tydzień trwał karnawał, gdy premier Mateusz Morawiecki ogłosił, że chce mieć jeden raz budżet bez deficytu. Tak, że chce. Tylko jeden raz. Dzięki księgowym sztuczkom. Zresztą i tak skończyło się na dobrych chęciach. 

Teraz Niemcy planują nowy plan działań, którego wspólny mianownik jest jeden: trzeba rzucić ludziom więcej pieniędzy do wydania. Czy będzie skuteczny? Czy wystarczający? I czy te pomysły sprawdziłyby się w Polsce? Może trzeba schować do kieszeni dumę narodową i próbować naśladować Niemców, zamiast wymyślać koło na nowo?

Czytaj też: Trump proponuje: 1200 dolarów (prawie) dla każdego! Nowy sposób na ekonomiczne skutki koronawirusa? A ile my powinniśmy dostać?

Czytaj też: Oficjalny lockdown zakończony, ale… nic już nie będzie tak samo. Ilu z nas nie wróci do kina, siłowni, restauracji, hotelu i samolotu? Sprawdzam dane!

Punkt pierwszy, czyli Kindergeld to za mało. Będzie 300 euro na dziecko

Do tej pory w Europie pomoc finansowa związana z walką z pandemią była kierowana głównie do firm. Tylko w USA poszli inną drogą i większość obywateli dostała czek na 1.200 dolarów do dowolnego rozdysponowania – to prawie jak dochód bezwarunkowy. Tyle, że jednorazowy. Ale ludzie i tak się już zdążyli przyzwyczaić, bo zaczynają się żądania, by akcję powtórzyć.

Nie ma wątpliwości, że konsumenci potrzebują impulsu, żeby przestali się bać kupować. Niemcy postanowili, że podstawą ich pakietu stymulacyjnego będzie… 300+. Do milionów rodzin trafi żywa gotówka – w Niemczech dokładnie 300 euro na każde dziecko. W Niemczech żyje około 10,5 milionów dzieci, co stanowi około 12% ludności. Oznacza to, że rząd wyda na nowe świadczenie ponad 3,1 mld euro. Pieniądze będą wypłacane w trzech ratach po 100 euro. Organizacje pozarządowe mówią, że to za mało. Rodziny o wysokich dochodach nie skorzystają na tym świadczeniu, gdyż zostanie ono skompensowane z kwotą wolną od podatku

A przecież już teraz niemieckie rodziny dostają „pieniądze na dzieci”, czyli zasiłek Kindergeld. Świadczenie jest wypłacane co miesiąc na każde dziecko i wynosi 204 euro na pierwsze i drugie dziecko, 210 euro na trzecie dziecko, 235 euro na każde kolejne dziecko. Do tego jest „dopłata na dzieci” Kinderzuschlag – 185 euro. Kinderzuschlag jest świadczeniem, które przysługuje rodzinom o niewysokich dochodach i jest wypłacany razem z Kindergeld.

Ile polski rząd powinien dodać do 500+, gdyby chciał zasilić nasze konta pomocą porównywalną do tego, co przygotowuje rząd Niemiec? Owe 300 euro to 1300 zł w wartości nominalnej. Ale oczywiście siła nabywcza złotego i euro w Niemczech jest różna. PKB na mieszkańca wyrażone w Parytecie Siły Nabywczej wynosi w Niemczech 53.000 dolary. W Polsce to tylko 32.000 dolarów. Czyli siła nabywcza polskiego pieniądza to 60% siły nabywczej „niemieckiego”.

Załóżmy więc, że polski rząd doda 60% sumy wyrażonej w złotych do obecnego 500+, czyli dorzuca do zasiłku na dzieci jednorazowo 780 zł. Ponieważ 500+ pobiera 6,8 mln dzieci w Polsce, do polskich rodzin w skali kraju mogłoby trafić dodatkowe 5,3 mld zł. Ale zaraz, zaraz, my też mamy w planach nasz kryzysowy zasiłek na dziecko. U nas prezydent ogłosił, że chce wprowadzenia bonu turystycznego na każde dziecko. Będzie to kosztowało ponad 3 mld zł, ale to pieniądze „znaczone”, których rodzic nawet nie zobaczy – powędrują z ZUS prosto na konta hotelarzy.

Czytaj też: „Nową normalność” i stopniowe „odmrażanie” gospodarki zapowiada premier Mateusz Morawiecki. Jak będzie wyglądała? Oto największe zmiany, które nas czekają

Czytaj też: Polskie morze, góry i jeziora z… biurem podróży? Touroperatorzy szukają interesu i hurtem wykupują pokoje na wakacje. Co to oznacza dla nas?

Punkt drugi, czyli obniżmy ludziom VAT, niech kupują taniej

Kolejny punkt niemieckiego pakietu stymulacyjnego na rzecz odbudowania konsumpcji to obniżka podatku VAT. Od lipca do końca roku stawka podstawowa zostanie obniżona z 19% do 16%, a stawka preferencyjna – z 7% do 5%. Jak widzicie i bez „promocji” Niemcy mają znacznie niższy VAT, niż my (ale za to płacą wyższe podatki od dochodów). Dla przypomnienia: VAT u nas wynosi 23%, 8% i 5%.

VAT, czyli podatek doliczanych do ceny każdego kupowanego w sklepie towaru lub usługi, to podstawowe źródło pieniędzy dla każdego budżetu państwa. Gdy w budżecie nie ma nadwyżki, to obniżanie VAT-u przypomina skok na główkę do basenu, w którym nie wiadomo czy jest woda. Albo nastąpi wzrost konsumpcji i dzięki niemu dochody z podatku nie spadną, albo… wzrost konsumpcji będzie niewystarczający i pogrążony w kłopotach budżet nie tylko ma mniejsze dochody z PIT (więcej bezrobotnych) i CIT (mniejsze zyski firm), ale i z VAT.

Niemcy mogą sobie pozwolić na ryzyko (spadek wpływów z VAT jest szacowany na 20 mld euro przy wartości całego budżetu 360 mld euro), bo ich budżet państwa jest w o niebo lepszym stanie, niż nasz. Na co liczą? Przede wszystkim na to, że konsumenci zagospodarują pieniądze, które zostaną w ich kieszeniach dzięki niższemu VAT-owi. Pewne towary, które i tak trzeba kupić, będą dla nich tańsze (o ile sklepy nie zwiększą marż). Konsumenci, korzystając z półrocznej „promocji”, pójdą na duże zakupy.

Czy polski rząd byłoby stać na taki gest? Liczby sugerują, że nie. Zajrzałem w strukturę dochodów podatkowych budżetu niemieckiego i polskiego na stronach OECD. Powiedzieć, że są jak ogień i woda, to nic nie powiedzieć. Spójrzmy na tabelę, w której są wyróżnione źródła podatków: PIT, CIT, Social Security Contributions (formalnie to akurat nie są podatki, tylko składki – różnica polega na tym, że liczymy na to, że kiedyś państwo nam odda w postaci emerytur i rent i służby zdrowia, to co zabrało), podatek od nieruchomości, VAT i dwie pozostałe, niesprecyzowane kategorie.

Niemcy najwięcej pieniędzy w budżecie mają z podatku PIT (27,1%), na drugim miejscu jest VAT (18,4%), inne podatki (8,5%), CIT (5,4%) oraz podatek od nieruchomości (2,7%). Ta struktura w Polsce wygląda zupełnie inaczej: największym źródłem dochodów jest podatek VAT (22,8%). PIT daje 14,6% dochodów budżetu, zaś CIT tylko 5,6%, a podatek od nieruchomości – 4%. Najważniejsza różnica, która rzuca się w oczy, to wysokie opodatkowanie wynagrodzeń w Niemczech i niższe wpływy z VAT-u.

Polski budżet państwa stoi VAT-em. W tym roku rząd planował, że zbierze z tego podatku 200 mld zł, czyli połowę wszystkich dochodów budżetowych.  Do maja – ze względu na dobre wyniki sprzedaży i wzrost cen w pierwszych miesiącach o prawie 5% (to oznacza wzrost bazy do naliczenia VAT-u) – fiskus pozyskał niespełna 56,2 mld zł. To nieco mniej, niż rok temu, bo wtedy było 57 mld zł. W sumie po czterech miesiącach w kasie państwa znalazło się 111,2 mld zł w porównaniu do 119,9 mld zł rok wcześniej.  Na koniec roku nasz deficyt może wynieść według premiera Mateusza Morawieckiego 5-8% PKB. Czyli mówimy o kwocie sięgającej nawet 180 mld zł.

Czytaj też: Koronawirus i spekulanci. Będą kary za wzrost cen i urzędowe marże? Ten pomysł ma aż pięć pułapek

Czytaj też: Czy gospodarczy koronakryzys oznacza koniec „państwa dobrobytu”? Jak może wyglądać państwowy budżet A.D. 2021? Będzie podwyżka podatków?

Czytaj też: Pożyczonym samochodem elektrycznym dojeżdżać do pracy zamiast swoim, spalinowym? Czy to może być dobry interes? Liczymy

Punkt trzeci: 9.000 euro dopłaty do samochodu. Ekologicznego

Trzecią częścią pakietu, który ma doprowadzić do ożywienia niemieckiego popytu konsumpcyjnego są dopłaty bezpośrednie do wymiany samochodu. To taktyka walki z kryzysem, którą Niemcy przetestowali w 2009 r. Wtedy rząd dawał „skromne” 2.500 euro do zakupu nowego auta, o ile zdecydujemy się zezłomować stare (w praktyce wiele z tych samochodów trafiło do Polski, rocznie importujemy 1 mln używanych samochodów, co drugi z Niemiec).

Ekonomiści są zgodni, że wtedy ten pomysł się sprawdził. Na bonus zdecydowało się 2 mln kierowców, którzy chętnie kupowali samochody „made in Germany”, co pozwoliło przetrwać koncernom trudne czasy. W końcu przemysł motoryzacyjny jest perłą w koronie niemieckiej gospodarki.

Tym razem dopłaty mają zostać przeznaczone na samochody ekologiczne: zakup nowego samochodu z napędem elektrycznym w cenie poniżej 40.000 euro będzie się wiązał z dopłatą rzędu 9.000 euro, czyli 22,5% ceny. Droższe pojazdy mogą liczyć jedynie na wsparcie w wysokości 3.000 euro. W żadnych widełkach nie mieści się amerykańska Tesla, więc pieniądze powinny popłynąć do producentów niemieckich, tym bardziej, że Volkswagen wkrótce zacznie sprzedawać odświeżoną flotę modeli elektrycznych.

Czy taki pomysł mógłby się sprawdzić w Polsce? Polski rząd pod koniec roku zapowiadał rekordowe w skali Europy dopłaty do samochodów elektrycznych. Mieliśmy dostać aż 30% wartości auta, ale nie więcej niż 37.500 zł. Na obiecankach się skończyło, może i dobrze, bo są lepsze (i tańsze) sposoby walki ze smogiem, np. poprzez ograniczenie importu starych aut, a niekoniecznie dotowanie samochodów wartych średnio 30% więcej, niż porównywalne modele spalinowe. Zwłaszcza, że te dopłaty i tak popłynęłyby w większości do Niemiec, bo swoich aut elektrycznych nie mamy, produkujemy tylko podzespoły.

Na razie ze względu na znane bolączki „elektryków”, czyli mniejszy, niż w tradycyjnych autach zasięg i wysoką cenę, ich rejestracje stanowiły w Niemczech tylko 1,8% w ubiegłym roku. W Polsce to 0,2%. Jeśli budżet dopłat zamknie się kwotą 5 mld euro, to Niemcom pieniędzy starczy dla ponad pół miliona kierowców.

Co prawda sektor motoryzacyjny według Polskiego Instytutu Ekonomicznego generuje 8% polskiego PKB, a Niemcy podają, że ich przemysł motoryzacyjny „tylko” 5% tamtejszego PKB, to jednak nad Wisłą nie mamy fabryk, ani producentów, które sprzedają finalny produkt, a jedynie komponenty, które są eksportowane do Niemiec.

Tym niemniej Polska jest potęgą w kilku innych dziedzinach gospodarki – eksporcie żywności, czy działalności spedycyjnej (nota bene naszym głównym odbiorcą są Niemcy). Być może analogiczne dopłaty powinny być wprowadzone dla Polaków kupujących rzeczy na Amazonie, czy w AliExpress? To oczywiście żart, ale dopłacanie konsumentom do zakupów towarów, które są strategicznie ważne dla stanu gospodarki jest pomysłem, któremu warto się przyglądać. Niemcy, jak już coś robią, to zwykle najpierw to dobrze przemyślą.

źródło zdjęcia: YouTube/KPRM, PixaBay

 

Subscribe
Powiadom o
14 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
E.G
5 miesięcy temu

Jak by zamienić pisowski nierząd na niemiecki porządek i pragmatyzm . Mądry , rozsądny, przemyślany . Morawieckiego na Angelę choć narobiła głupot z emigrantami bilans i tak jest dodatni. Tylko gdzie naszych nieudaczników poupychać ? Europa już się na nich poznała nikt ich nie zechce , może jakieś Burkina Faso ? Eh….rozmarzyłem się.

anonymous
5 miesięcy temu
Reply to  E.G

Nieudaczników do sanescobar. Dziennikarzy tvpis do korei północnej.

Bizanc
5 miesięcy temu
Reply to  E.G

Niemiecki pragmatyzm tak, ale z tym porządkiem to widać niewiele wiesz. W niektórych landach ludzie żyją na większym lajcie niż południowcy i wszystkie reguły, zakazy itp mają głęboko.

Ryszard
5 miesięcy temu

” VAT u nas wynosi 23%, 5% i 3%” Nie tak, jest 23, 8 i 5.

Olrk
5 miesięcy temu

„PIT daje 14,6% dochodów budżetu (…) W Niemczech PIT stanowi aż 27,1% przychodów podatkowych, w Polsce 8,5%.” – to w końcu 14,6 czy 8,5 ? Na tabelce z obrazka w ogóle nigdzie nie ma pozycji 8,5, skąd Pan ją wziął?

Admin
5 miesięcy temu
Reply to  Olrk

Chyba pomyłka, poprawimy

Szymon Hołowniacz
5 miesięcy temu

W dojczlandzie VAT w dół, a u nas w górę.
Zapowiedź już w nieoficjalnych komunikatach rządowych jest.

krzysztof
5 miesięcy temu

Na obiecankach się skończyło, może i dobrze, bo są lepsze (i tańsze) sposoby walki ze smogiem, np. poprzez ograniczenie importu starych aut, a niekoniecznie dotowanie samochodów wartych średnio 30% więcej, niż porównywalne modele spalinowe.

ciekawa teza, problem w tym,ze spaliny odpowiadaja za smog w minimalnym stopniu,( okolo 5%) wiec to takie bajki dla naiwnych,ze jak sie kilka procent aut wymieni na elektryczne( a prad do nich to skad?) to cokolwiek sie zmieni….
https://www.auto-swiat.pl/porady/czy-to-samochody-truja-najbardziej/6vsk90x

prosze nie powielac takich bzdurnych tez…

Art
5 miesięcy temu

Panie dziennikarzu to teraz porównaj nas ze wspaniałą Hiszpanią .

Radek
5 miesięcy temu

„w Polsce wygląda zupełnie inaczej: (…) PIT daje 14,6% dochodów budżetu”
„W Niemczech PIT stanowi aż 27,1% przychodów podatkowych, w Polsce 8,5%.”

Kto ukradł 6 pkt. proc. VATu? gdzie są te pieniędze?

Radek
5 miesięcy temu

„bo są lepsze (i tańsze) sposoby walki ze smogiem, np. poprzez ograniczenie importu starych aut” Ograniczenia importu starych aut są najgorsze (a nie najlepsze), bo uderzają w biedniejsze części społeczeństwa. Gdy podatkami i ograniczeniami pozbawimy ich możliwości kupna samochodu za powiedzmy 3-10 tys zł to nie kupią go wcale, bo na więcej ich nie stać. Transport samochodowy odpowiada za ok. 9-10% zanieczyszczeń. Zlikwidowanie importu nawet 100 tys starych aut to dla środowiska żaden zysk a uciążliwość w codziennym życiu spora. Potem zdziwienie, że rośnie rozwarstwienie społeczeństwa, gdy ludzie pozbawieni tranportu rezygnują z szeregu aktywności i pogrążają się w dziadzieniu. Chyba… Czytaj więcej »

Krzysztof
5 miesięcy temu

Dawno nie widziałem większych pierdół. Szkoda, że autor nie napisał ile na to wszystko niemiaszki dodrukowali ojro.

Marek
5 miesięcy temu

Artykuł sugeruje, że Niemcy są bardziej ogarnięci gospodarczo. Nieprawda. Oni w latach 90 skorumpowali polskich POlityków (taki neokolonializm) i przez następne 20 lat OKRADALI polską gospodarkę z zysku.
Podobnie Niemcy OKRADALI Greków, Włochów i wielu innych, wykorzystując do tego procederu tzw. euro-kołchoz. Ten artykuł to tak jakby podziwianie pięknego domu mafioza i bandyty. Panie dziennikarzu, jest coś WIĘCEJ niż pieniądz.

[…] Czytaj też: Niemcy „odpalają” drugą fazę walki z kryzysem: zachęcą konsumentów do kupowania.… […]

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

social-facebook social-feed social-google social-twitter social-instagram social-youtube social-linkedin social-rss top-search top-menu