Jednym z tych miejsc, w których niczego nie możesz być pewnym, jest port lotniczy. Loty bywają opóźnione przez złą pogodę, awarię maszyn, coraz częściej też przez strajki załogi albo personelu naziemnego. A czasem lotniska – jak się stało z warszawskim Okęciem – bywają zamykane na wiele godzin z powodu awaryjnego lądowania. Czekając na spóźniony samolot jeden z moich czytelników, zwrócił uwagę na ubezpieczenie dla podróżnych pod nazwą „opóźnienie wylotu”.

To zwykle część polis turystycznych, które sprzedają firmy ubezpieczeniowe, banki, biura podróży i linie lotnicze. Polisa turystyczna, dzięki temu, że jest prosta w konstrukcji, niedroga i łatwa do zakupienia. I – w przeciwieństwie do niektórych innych polis – zdaje się dawać wymierne korzyści, np. ochronę przed kosztami leczenia za granicą.

Porządne polisy turystyczne to nie tylko ubezpieczenie kosztów leczenia, pobytu w szpitalu, transportu do kraju po wypadku lub nagłym zachorowaniu i – przeważnie symboliczne – ubezpieczenie od nieszczęsliwych wypadków, ale też ochrona bagażu przed zagubieniem, pokrycie kosztów wyrobienia dokumentów w przypadku ich kradzieży podczas podróży, a nawet ubezpieczenie od opóźnienia podróży lotniczej. Wszystkow przystępnej cenie, dostępne praktycznie „na jeden klik” w bankowości elektronicznej banku lub aplikacji mobilnej.

Wszystko pięknie, ale są wśród moich czytelników tacy, których nie uda się zbyć marketingowym bla-bla. Oni każdy zapis oglądają pod lupą i – całkiem słusznie – szukają dziury w całym.

Czytaj też: Ubezpieczenie-widmo, czyli gdzie się podziało 205.000 zł? Tego nie wie nawet bank, który to-to sprzedał

Czytaj też: To ubezpieczenie najbardziej opłaci się kupić przez smartfona. Wszystko przez ten jeden buton

Opóźnienie lotu, ale którego?

Jeden z moich czytelników, zwrócił uwagę na pozornie bardzo przydatne ubezpieczenie dla podróżnych pod nazwą „opóźnienie wylotu”, które życie podróżnika weryfikuje – zdaniem mojego rozmówcy – jako niezbyt przydatne. Typowy zapis w takiej polisie brzmi:

„Jeżeli dojdzie do udokumentowanego opóźnienia o co najmniej cztery godziny: odlotu samolotu, odjazdu pociągu lub autobusu, wypłynięcia promu, ubezpieczyciel, na podstawie rachunków i dowodów ich zapłaty, zwróci ubezpieczonemu koszty poniesione na zakup artykułów pierwszej potrzeby, tj. artykułów spożywczych, posiłków, przyborów toaletowych, zakwaterowania”

Mój czytelnik zwraca uwagę, że ten zapis nie uwzględnia niektórych, bardzo często zdarzających się, okoliczności. Jak np. tej, że opóźniony choćby o godzinę lot pierwszym samolotem (np. Warszawa-Frankfurt) skutkuje naszym spóźnieniem się na drugi lot przesiadkowy (np. Frankfurt-Nowy Jork). Drugi samolot odleci punktualnie, nie czekając na nas ani minuty. Mimo, że czeka nas perspektywa spędzenia na lotnisku kilku, kilkunastu godzin – żadne odszkodowanie się nie należy.

Przecież żaden z samolotów nie był opóźniony o co najmniej cztery godziny,. A że spędzamy w miejscu przesiadki nawet 24 godziny nie z naszej winy? Cóż, jak pech to pech. Tego ubezpieczenie nie obejmuje. Towarzystwa ubezpieczeniowe boją się jak ognia wpisywać do ogólnych warunków zapisów o „spóźnieniu się na lot przesiadkowy na skutek opóźnienia odlotu rejsu poprzedzającego przesiadkę (w ramach jednej rezerwacji zapisanej na jednym bilecie i jednej linii lotniczej)” bo wiedzą, że musiałyby sporo płacić.

Czytaj też: Ubezpieczenie kosztów rezygnacji z podróży. Pod jakimi warunkami warto takie kupić?

Czytaj też: Kupujesz smartfona albo tablet i proponują ci ubezpieczenie. Warto brać? Nie warto?

Lot opóźniony, ale… odwołany

A jeśli rzeczywiście dochodzi do spóźnienia wylotu o co najmniej cztery godziny? Rzucamy się w wir zakupów „artykułów pierwszej potrzeby, tj. artykułów spożywczych, posiłków, przyborów toaletowych”? Zwykle ubezpieczyciel pokrywa takie koszty nawet do 1.000 zł. Zakupy na swój koszt to dobra rzecz, ale wyobraźmy sobie, że nagle ogłaszają, iż rejs zmienił status – jest już nie opóźniony tylko odwołany. Czyli nie odbędzie się w ogóle.

„Żegnaj zwrocie poniesionych wydatków, zostajemy z grubym plikiem paragonów, za które nikt niczego nam nie zwróci, bo o lotach odwołanych ubezpieczenie nie wspomina. Ale jaką mieliśmy pewność, że lot „opóźniony” nie zmieni się w lot „odwołany”? Żadnej. Czy warto więc zapobiegliwie kupować coś „w ciemno”, jeśli nie wiadomo, czy z ubezpieczenia skorzystamy?”

Nie wykluczam, że w tej sprawie czytelnik przedstawia jedynie czarny scenariusz. Wiele zależy od zapisów w OWU konkretnej polisy. Mogą one zawierać  wytyczne o tym jak podchodzić do lotu, który – owszem – był opóźniony, ale ostatecznie go odwołano.

Czytaj też: Zamach terrorystyczny. Czy można odwołać wycieczkę? Jak zapewnić sobie odszkodowanie?

Lot opóźniony, ale co z „pierwszą potrzebą”?

Załóżmy, że nie nasz długi pobyt na lotnisku nie wiąże się z tym, że spóźniliśmy się na przesiadkę (czyli nie możemy liczyć na zwrot kasy z ubezpieczenia), ani z tego, że samolot miał być opóźniony, a został odwołany. Załóżmy, że udało się nam spełnić warunki ubezpieczenia. Podstawiamy pod nos ubezpieczyciela nasze paragony.

Ale pojawia się wątpliwość: kto i jak decyduje o tym, co jest artukułem „pierwszej potrzeby”? Woda „Perrier” czy tylko „Cisowianka”? Kolacja za 500 zł czy tylko hot-dog i to bez musztardy, bo musztarda nie jest pierwszej potrzeby? Perfumy Yves Saint Laurent czy tylko chusteczki do nosa? A waciki? Słodycze? Guma do żucia?

W sytuacji, gdy ubezpieczyciel ma złą wolę może po prostu orzec, że to co kupiliśmy nie jest artykułem „pierwszej potrzeby”. A wtedy… żegnaj zwrocie wydatków. Oczywiście można się odwołać, a potem pójść do sądu. Tylko kto będzie w sądzie walczył o 1000 zł? W grę wchodzi jedynie postępowanie w jednym z konsumenckich sądów polubownych, które jest tańsze (kosztuje 50 zł) i nieskomplikowane.

Kiedyś było lepiej?

Mój czytelnik słusznie zauważa, że kiedyś, w czasach, gdy ubezpieczenia nie były tak skomplikowaną działalnością, ubezpieczenia od spóźnionego lotu były konstruowane na zdrowej zasadzie, że

„Towarzystwo ubezpieczeniowe wypłaci ileś-tam złotych za każdą pełną godzinę powyżej czwartej godziny opóźnienia samolotu, również w przypadku spóźnienia się na lot przesiadkowy, a suma maksymalna ubezpieczenia wynosi tyle-a-tyle złotych”.

Obecnie takich ubezpieczeń ze świecą szukać. Towarzystwa ubezpieczeniowe się wycwaniły i wymyśliły sprytnie skonstruowane ubezpieczenie, z którego trudno uzyskać jakiekolwiek pieniądze. „Zgarnąć kasę, ale niczego nie gwarantować – ot i cała tajemnica superfajnego ubezpieczenia od opóźnionego odlotu” – konstatuje czytelnik. To surowa ocena, ale czy prawdziwa? Bardzo jestem ciekaw Waszych opinii na ten temat.

ilustracja tytułowa: MichaelGaida/Pixabay.com

 

Share This

Zapisz się na mój newsletter

i otrzymaj prezenty

 

Zapisując się na mój newsletter otrzymasz kilka prezentów, a od czasu do czasu podeślę Ci najciekawsze wpisy na blogu.

Upewnij się, że nie przegapisz najciekawszym artykułów!

Gratulacje! Jesteś zapisany