Izrael zaatakował w nocy Iran, bombardując cele militarne, a Iran odpowiedział atakiem dronów na Izrael. To już nie tylko bardzo lokalny konflikt o pasek ziemi w Strefie Gazy. To może zagrozić stabilności w całym regionie Bliskiego Wschodu. I podnieść nam ceny paliw. Czy wakacyjne wyjazdy będą niespodziewanie droższe? Co z cenami paliw, biletów lotniczych, rachunkami za prąd, kursami wakacyjnych walut, wakacjami w Turcji czy Egipcie? Jest pewna poduszka bezpieczeństwa. Ale czy to wystarczy na długo?
Zazwyczaj jest tak, że duże konflikty zbrojne na świecie powodują niemal automatyczny wzrost cen paliw i – na wszelki wypadek – ucieczkę globalnego kapitału do bezpiecznych, znanych dobrze inwestorom, przystani. Chodzi o to, żeby przeczekać burzę w miejscach, które zapewniają stabilność ulokowanych pieniędzy. Tak dzieje się szczególnie, kiedy duże konflikty wybuchają na Bliskim Wschodzie, w sercu światowej produkcji ropy naftowej.
- Początek czy schyłek ery fintechów? Dlaczego wygrywają z bankami, które wydają tony pieniędzy na technologie, placówki i marketing? [POWERED BY WALUTOMAT]
- Czas zaplanować swoje bezpieczeństwo finansowe na cały rok. Oto check-lista dla tych, którzy w 2026 r. nie chcą się dać zaskoczyć losowi! [POWERED BY PZU]
- Nowa, ciekawa usługa dla początkujących inwestorów: portfele modelowe, ale z aktywnym zarządzaniem. Jak w private bankingu? Recenzuję [POWERED BY UNICREDIT]
Wielokrotnie przetestowany mechanizm powinien wyglądać tak, że inwestorzy uciekają teraz głównie do dolara i do obligacji amerykańskich. Czy tak się jednak stanie? Dolar sprawiał ostatnio wrażenie, że przestaje być tradycyjnie rozumianą bezpieczną przystanią. W stosunku do złotego obserwowaliśmy duże osłabienie amerykańskiej waluty. I jej spadek poniżej 3,70 zł za dolara. Taki poziom notowań dolara może znacznie złagodzić uderzenie wyższych cen ropy naftowej. Ale czy nie będzie to amortyzacja jedynie krótkotrwała?
Potężny atak Izraela to początek, czeka nas tsunami na rynkach?
Izrael poinformował, że zaatakował irańskie obiekty nuklearne, zdolności rakietowe i zabił głównych dowódców sił zbrojnych Iranu. Ma to być początek długotrwałej operacji mającej na celu uniemożliwienie Teheranowi zbudowania broni atomowej. Irańskie media i świadkowie informowali o nocnych eksplozjach, w tym – w głównym zakładzie wzbogacania uranu w Natanz, podczas gdy Izrael ogłosił stan wyjątkowy w oczekiwaniu na odwetowe ataki rakietowe i dronowe.
Elitarny Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej Iranu poinformował, że jego najwyższy dowódca, Hossein Salami, został zabity, a państwowe media informowały, że została trafiona kwatera główna tej jednostki w Teheranie. Iran odpowiedział atakiem dronów na Izrael i zagroził jeszcze silniejszym działaniami w kolejnych dniach. Również premier Izraela Benjamin Netanjahu w nagranym komunikacie wideo twierdził, że nocny atak to jeszcze nie koniec operacji. Ma być ona prowadzona do momentu, kiedy Izrael uzna, że zagrożenie dla jego egzystencji ze strony Iranu zostało usunięte.
Czytaj więcej o konsekwencjach tej sytuacji dla naszych portfeli inwestycyjnych i nie tylko:
Efektem nocnego ataku Izraela na Iran był potężny skok cen ropy naftowej na rynkach światowych. Ceny wzrosły niemal o 10%. Ale to nie musi być koniec. Tym bardziej, że Iran nie poprzestanie prawdopodobnie na jednorazowej odpowiedzi swoim dronami. Wcześniej odgrażał się, że będzie też atakował cele amerykańskie w regionie Bliskiego Wschodu.
Ameryka co prawda nie brała udziału w ataku, a prezydent Trump starał się w ostatnich dniach powstrzymać Izrael, przynajmniej tak to wyglądało w mediach, ale ostatecznie stanął po stronie Izraela, deklarując pełne wsparcie dla tego państwa w ewentualnym szerszym konflikcie. Nie może być inaczej, bo Izrael jest tradycyjnie od zakończenia II wojny światowej głównym sojusznikiem Ameryki. Zagadką jest, jak zachowają się sąsiednie kraje arabskie – potentaci naftowi.
USA starały się przez ostatnie miesiące zachować bardzo bliskie relacje z krajami arabskimi. Wyrazem tego był pierwsza zagraniczna podróż Donalda Trumpa, poza udziałem w pogrzebie papieża Franciszka, która odbyła się właśnie do krajów Zatoki Perskiej, i która miała na celu zacieśnienie relacji z największymi producentami i eksporterami ropy naftowej na świecie. Wiadomo, że Arabia Saudyjska przewodzi grupie OPEC+ (wraz z Rosją) i ma wielki wpływ na decyzje o wydobycia ropy naftowej. Ostatnio, współpracując z USA, zwiększała wydobycie, wpływając na duży spadek cen ropy na świecie.

Jakie mogą być skutki dzisiejszej nocy dla… urlopowiczów?
Dla Polski może oznaczać to wyższe koszty importu surowców, co ostatecznie może przełożyć się na wzrost cen paliw na stacjach oraz wzrost kosztów transportu i produkcji różnych towarów. Efektem tego skoku cen ropy naftowej, jeśli utrzyma się dłużej, mogą być wyższe ceny energii dla firm (prąd dla gospodarstw domowych ma ceny regulowane), a także wyższe ceny w całym tzw. łańcuchu wartości. A więc wzrosty cen wszystkiego, w czego wytwarzaniu albo dostarczaniu jest duży udział ropy naftowej. Jak wiadomo, każda współczesna gospodarka „jedzie” na paliwie..
Wyższe mogą być więc ceny transportu, logistyki (być może także naszych przesyłek pocztowych i kurierskich), a ostatecznie również opłat za ogrzewanie i za klimatyzację (o ile nadejdą wreszcie upały). Temat rosnących cen może stanąć w kolejnym miesiącu jako jeden z głównych problemów inflacyjnych, na posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej. A będzie to ważny moment, bo w lipcu zostanie opublikowana kolejna Projekcja inflacji NBP. Dotąd ekonomiści uważali, że mógłby to być moment na kolejną obniżkę stóp procentowych, jednak obecnie przestaje to być takie pewne.
Ceny benzyny na stacjach paliw nie spadają i nie rosną w tym samym tempie co ceny ropy naftowej. I to z kilku powodów. Są to powody logistyczne, finansowe i rynkowe. Można je wyliczyć, ale dość trudno jest określić precyzyjnie ich wagę dla ostatecznej ceny paliwa na stacjach, bo to jest zmienne:
- Czas trwania łańcucha dostaw. Ropa naftowa musi przejść przez proces rafinacji, transportu i dystrybucji, zanim trafi na stacje jako benzyna. Ten proces trwa, więc zmiany cen ropy na rynkach światowych nie przekładają się od razu na ceny detaliczne.
- Koszty stałe i marże. Stacje paliw i rafinerie mają stałe koszty operacyjne (np. podatki, wynagrodzenia, utrzymanie infrastruktury), a także dążą do utrzymania swoich marż zysku. Gdy ropa tanieje, mogą wolniej obniżać ceny, aby zrekompensować wcześniejsze straty lub utrzymać stabilność finansową. Mogą też szybciej podwyższać ceny.
- Podatki i regulacje. W wielu krajach, w tym w Polsce, cena benzyny w dużej mierze składa się z podatków (np. akcyza, VAT, opłata paliwowa). Te składniki są stałe lub zmieniają się niezależnie od cen ropy, co sprawia, że ruchy cen surowca mają mniejszy wpływ na końcową cenę paliwa. W Polsce daniny stanowią około 50% ceny litra benzyny, bo obecnie koszt jego zakupu w rafinerii to ledwie 3-3,5 zł.
- Polityka cenowa firm paliwowych. Orlen, BP czy Shell często stosują różnorakie strategie cenowe, które nie odzwierciedlają bezpośrednio wahań cen ropy. Koncerny mogą próbować maksymalizować zyski, zwłaszcza jeśli przewidują, że ceny ropy wkrótce znów wzrosną.
- Kurs dolara. Ropa jest kupowana na rynkach międzynarodowych w dolarach amerykańskich, więc jeśli złoty osłabnie względem dolara, spadek cen ropy może być mniej odczuwalny w Polsce.
Nie tylko ceny paliw mogą być kłopotem. Możliwe jest zamknięcie przestrzeni powietrznej w regionie konfliktu. Jeśli potrwa on dłużej, linie lotnicze będą zmuszone omijać szerokim łukiem wielki obszar świata, co znacznie zwiększy koszty operacyjne, w tym – może wpłynąć na dodatkowy wzrost cen biletów lotniczych. I to nie tylko na trasach „dotkniętych” koniecznością stosowania alternatywnych, dłuższych tras.
Gdyby sytuacja się nie uspokoiła, komplikacje mogłyby dotknąć osoby, które wykupiły w tym roku wakacje w Egipcie, czy Turcji. Te kraje leżą w bezpośredniej bliskości regionu konfliktu, a więc część tegorocznych urlopowiczów będzie chciała odwołać pobyt. Kłopot w tym, że nawet jeśli mają ubezpieczenie od rezygnacji z podróży, to ono może nie zadziałać (bo ani Turcja, ani Egipt nie są objęte działaniami wojennymi).
Konflikt może też wywołać perturbacje w naszym handlu żywnością. Polska eksportuje sporo żywności na Bliski Wschód. Zakłócenia w tym zakresie to nie tylko kwestia logistyki transportu, ale także sprawa możliwego spadku popytu na część towarów lub możliwość zastąpienia dotychczasowych kierunków handlu przez konkurentów z innych regionów, np. mniej kojarzonych z nielubianą Ameryką czy też dysponujących łatwiejszymi kanałami dotarcia, np. z Ameryki Południowej. A wiemy, że np. kraje Mercosur mogą być groźnymi rywalami w eksporcie żywności.
Ten efekt domina z cen ropy naftowej na ceny w sektorze transportowym i konsumpcyjnym mogą w dalszej części roku odbić się na inflacji, która ostatnio spadała głównie właśnie dzięki coraz niższym cenom paliw i nośników energii. Jest jednak coś, co może nam pomóc wolnorynkowo, a czego poprzednio nie było. To słabnący kurs dolara. Przynajmniej na razie.
Dolar po ataku Izraela na króciutką chwilę zareagował jak stary, dobry „zielony” – jego kurs zaczął rosnąć. Potem jednak ten mechanizm bezpiecznej przystani przestał działać, choć osłabienie dolara w sumie było niewielkie. Najwyraźniej inwestorzy czekają i obserwują, ale – nie panikują.

Kto przyjdzie nam z odsieczą? Wuj Sam ze słabym dolarem?
Waluta amerykańska osłabiała się od początku tego roku, o czym wielokrotnie pisaliśmy na lamach „Subiektywnie o Finansach”. Z obecnej perspektywy wygląda to tak, jakby od wielu miesięcy była nam przygotowywana poduszka bezpieczeństwa na wypadek skoku cen paliw na światowych rynkach. Dolar, po rozpoczęciu prezydentury Donalda Trumpa, przyspieszył swój spadek wobec głównych walut, osłabiał się też do złotego, wywołując pytania o przyszłość jego roli jako głównej waluty rezerwowej.
Stanom Zjednoczonym zależało na słabszym dolarze, żeby z jednej strony ograniczyć skalę importu towarów do Ameryki (słabszy dolar powoduje droższe towary z importu, Amerykanie powinni więc kupować ich mniej), a z drugiej strony – pomóc amerykańskiemu eksportowi. Nowa administracja uznała bowiem gigantyczny deficyt handlowy za jeden z głównych problemów hamujących rozwój gospodarki amerykańskiej. Stąd też „dywanowy nalot” Trumpa na niemal cały świat za pomocą wyższych ceł 2 kwietnia tego roku.
Po wybuchu konfliktu w tak wyjątkowo wrażliwym miejscu na kuli ziemskiej jak Bliski Wschód, inwestorzy z całego świata powinni uciekać ze swoimi pieniędzmi do dolara, pamiętając, że przechowuje on – jako główna waluta rezerwowa – wartość w chwilach ryzyka. Jednak obecnie, po bardzo długim okresie słabnącego dolara i w pewnym sensie – utraty jego prestiżu wśród inwestorów, dolar nie musi automatycznie rozpocząć marszu w górę. Inwestorzy mogą zakładać, że amerykański bank centralny, po ostatnich lepszych od oczekiwań danych o inflacji, która wyraźnie traci impet, może jednak przystąpić do kolejnych obniżek stóp procentowych. To zazwyczaj osłabia dolara.
Inwestorzy mogą też zakładać, że na razie konflikt między Izraelem a Iranem nie rozszerzy się na cały region, a przede wszystkim – nie rozjuszy największych krajów produkujących i eksportujących ropę naftową w regionie. Starania, jakie podjął wcześniej Donald Trump, przymilając się do Arabii Saudyjskiej i jej sojuszników z OPEC+ w regionie, mogą być teraz bardzo przydatne. A Iran i tak miał kłopoty z eksportem swoich zasobów ropy z uwagi na trwające wciąż embargo. Brak ropy z Iranu nie powinien więc zakłócić dostaw surowca na światowe rynki.
Z kolei nasza waluta, w ostatnich miesiącach sporo zyskująca na wartości, może zostać uznana za w miarę stabilną, na tle innych walut rynków wschodzących. Nie jesteśmy dla globalnych inwestorów tzw. rynkiem bazowym, wciąż należymy do koszyka emerging markets, ale w tej bardzo dużej grupie jesteśmy jednak postrzegani jako dosyć dojrzały i stabilny gospodarczo rynek, który może pochwalić się praktycznie nieprzerwanym, systematycznym wzrostem przez dekady.
Oczywiście, jeśli konflikt by się zaostrzył i rozszerzył, to koncepcja bezpiecznej przystani w postaci dolara może powrócić, jednak wydaje się, że raczej będziemy mieli do czynienia z kontynuacją dotychczasowego trendu osłabiania dolara. Tak była logika działań obecnej administracji amerykańskiej i temu służyły działania określane jako Mar-a-Lago Accord, na wzór Plaza Accord z 1985 r., umowy, polegającej na osłabieniu dolara, o czym pisaliśmy m.in. tu.
W o wiele większym stopniu bezpieczną przystanią może być frank szwajcarski. Bank centralny Szwajcarii nie będzie z tego oczywiście zadowolony, bo od wielu lat walczy z aprecjacją swojej waluty, a obecnie dodatkowo musi walczyć z deflacją, w czym mocny frank i niska cena ropy mają swój duży udział, o czym pisałem tu.
Bezpieczną przystanią, jak przez ostatnie ponad pół roku, zawsze pozostaje też złoto. jednak cena tego najszlachetniejszego na świecie metalu wzrosła już tak spektakularnie. W ostatnim raporcie Europejskiego banku Centralnego złoto awansowało na drugą pozycję wśród najważniejszych aktywów rezerwowych na świecie.

Jego pozycja wzrosła bardzo mocno w ostatnich latach niepewności i kruszenia się pozycji dolara. Podobnie zresztą rosła rola złota w okresie wielkiego kryzysu finansowego w latach 2008-2009. Czy cena złota ruszy w górę, przebije historyczny szczyt w okolicach 3 500 dolarów za uncję i zobaczymy kruszec po cenie sięgającej nawet 4000 dolarów za uncję?
Trudno sobie wyobrazić, żeby był tu jeszcze duży obszar do zagospodarowania przez rynki. Chociaż podobnie analitycy twierdzili w czasie, kiedy złoto przebijało barierę 2 000 dolarów za uncję. Miał to być poziom nie do przebicia. Obecnie złoto zbliża się do historycznego szczytu i jeśli sytuacja na Bliskim Wschodzie będzie się pogarszała – a dodatkowo dolar nie przestanie się osłabiać – mogą nastąpić idealne okoliczności dla wzrostu notowań złota.
Więcej o bezpieczeństwie swoich pieniędzy w tej sytuacji:
Przeczytaj też w „Subiektywnie o Finansach”:
Źródło zdjęcia: Arman Taherian/Unsplash

Czytaj też: 



