Wzrost PKB jest najszybszy od dobrych kilku lat. Zanosi się na trzecią w historii III RP prosperity, może nawet kilkuletnią? Czy to dlatego, że rząd tak dobrze rządzi, czy po prostu ma furę szczęścia? I jak to się skończy?

 

Pod rządami partii Jarosława Kaczyńskiego gospodarka rośnie jak szalona. Co prawda wciąż sporo nam brakuje do „nowożytnych” rekordów sprzed dziesięciu lat (w 2007 r. wzrost gospodarczy wynosił 7% rocznie), ale superwicepremier Mateusz Morawiecki też ma się czym pochwalić – GUS właśnie ogłosił, że po trzech kwartałach polska gospodarka rozpędziła się już do 4,9% wzrostu PKB. Jeśli na koniec roku „pęknie” 5%, to zaczniemy się zbliżać do sytuacji bardzo rzadko spotykanej w erze III RP.

Czytaj też: Wzrost gospodarczy w III kwartale 2017 r. przyspieszył

Od 1989 r. mieliśmy bowiem tylko dwa dłuższe okresy tak dobrej koniunktury – w latach 1995-1997 (trzy lata wzrostu gospodarki w granicach 6-7% rocznie) oraz w latach 2006-2007 (też 6-7% rocznie). Jak łatwo zauważyć „to” zdarza się nam mniej więcej raz na dziesięć lat. W tzw. międzyczasie mieliśmy też dwa pojedyncze „wyskoki” wzrostu PKB powyżej 5%, jak np. w 2011 r., czy w 2004 r., ale nie zaburzają one znacząco tezy, że właśnie przeżywamy ożywienie gospodarki zdarzające się mniej więcej raz na dekadę.

Rodzi się więc pytanie: czy to rząd tak dobrze rządzi, wicepremier Morawiecki tak skutecznie zbiera podatki, a inni ministrowie tak celnie je rozdzielają? A może chłopaki (i dziewczęta) mieli po prostu trochę szczęścia w życiu i trafiło im się rządzić w czasach, w których „samo rośnie”, nie tyle dzięki rządowi, lecz pomimo jego istnienia? Spróbuję spojrzeć na to z lotu ptaka.

Co to jest PKB i od czego zależy? I co nas obchodzi?

Produkt Krajowy Brutto to liczba odzwierciedlająca wartość wszystkich wyprodukowanych w kraju dóbr i usług. Im więcej fabryki wyprodukują, usługodawcy sprzedadzą, tym większy jest PKB. Porównuje się go z tym z poprzedniego roku i już wiemy czy generalnie w gospodarce jest lepiej czy gorzej, niż było.

Wzrost PKB pochodzi generalnie z trzech źródeł: z tego, że więcej kupujemy (bo to oznacza większy popyt), że więcej dóbr i usług eksportujemy za granicę niż sprowadzamy do kraju oraz że więcej towarów jest wyprodukowanych, ale jeszcze nie sprzedanych (bo pewnie zostaną sprzedane).

Oczywiście: wzrostem PKB nie napali się w piecu, ale zwykle jakoś-tam przekłada się on na nasze kieszenie, choćby przez pryzmat wzrostu płac i spadku bezrobocia. W ostatnim roku płace średnio wzrosły o 7% (co oznacza, że jeden na trzech dostał 20-procentową podwyżkę, a dwóch nic :-)). Jeśli więcej się produkuje, to więcej płaci się pracownikom i więcej się im płaci. Dziś w Polsce w wielu branżach rąk do pracy zaczęło wręcz brakować i nawet pracujący u nas obywatele Ukrainy poczuli się na tyle pewnie, że zaczynają żądać podwyżek.

Generalnie dla wszystkich jest lepiej jeśli PKB rośnie, niż nie rośnie. Jeśli rośnie szybciej, to kraj się bogaci i unowocześnia. Nowe technologie, innowacje – to jest najdroższe. USA są najbogatszym krajem na świecie, bo produkują iPhone’y i rakiety kosmiczne. My jesteśmy biedniejsi, bo zajmujemy się produkcją jabłek (upraszczam, ale coś w tym jest).

Dlaczego gospodarka rośnie raz szybciej, a raz wolniej?

Ekonomiści już dawno temu zauważyli, że gospodarka się turla raz szybciej, a raz wolniej. Nauka zauważyła, że cykle związane ze zmianami inflacji, bezrobocia, inwestycji i konsumpcji trwają mniej więcej 8-10 lat. W ich „środku” mieszczą się krótsze cykle 3-4 letnie. Są i tacy, którzy widzą w historii gospodarki długie cykle, trwające 50-60 lat, które wiążą się z innowacjami, nowymi technologiami, przełomowymi wynalazkami.

Cykliczność gospodarki wynika z tego, że raz nabiera ona temperatury, a raz się chłodzi – jak w życiu. Rządy sterują tym za pomocą stóp procentowych, kursu walutowego, polityki podatkowej itp. Jeśli produkcja nie rośnie, popyt jest słaby, eksport nie daje rady, bezrobocie rośnie, to „dorzuca się” do pieca: obniża się stopy procentowe (banki oferują tańszy kredyt), obniża podatki, osłabia kurs własnej waluty (żeby zwiększyć opłacalność eksportu). Jak to się uda, to produkcja szybko rośnie, bezrobocia nie ma, eksport szaleje. Wtedy pojawia się inflacja (duży popyt powoduje wzrost cen) i trzeba chłodzić. I tak w kółko.

W Europie jesteśmy teraz w dobrej części cyklu koniunktury. Stopy procentowe są niskie, kredyt tani, a jeszcze Europejski Bank Centralny dosypuje pieniędzy, skupując obligacje od banków i rządów. W Polsce – jako, że nie jesteśmy wyspą – ten powiew optymizmu jest odczuwalny. Rząd ma więc szczęście, bo rządzi w „łatwiejszej” fazie cyklu koniunktury.

Jaka część PKB wynika z koniunktury w krajach, z którymi współpracujemy? Im więcej od nas kupują, tym bardziej rośnie nam PKB. Jedna czwarta naszego eksportu – w sumie wysyłamy towar za jakieś 900 mld zł – idzie do Niemiec, a po „dużych” kilka procent do Wielkiej Brytanii, do Czech i do Francji. Jeśli tam gospodarka wpadnie w kłopoty – i my to odczujemy. Nie dość, że mniej wyślemy za granicę, to polscy konsumenci będą mieli mniej pieniędzy (bo firmy-eksporterzy upadną i zwolnią ludzi).

Do PKB liczy się nie cały eksport, a tylko różnica między eksportem, a importem, która zwykle wynosi „duże” kilka miliardów zlotych.

Rząd „tylko” ma szczęście czy też „robi” wzrost PKB?

Sposobów na to, by pobudzać wzrost PKB jest sporo, zwłaszcza jeśli zarządza się tak dużą gospodarką, jak nasza. Ponad 30 mln gęb, które muszą coś jeść i w coś się ubrać to duży potencjał. Nawet gdybyśmy odgrodzili się wysokim płotem od innych krajów (co jest zresztą planowane, bo pan Prezes Polski nie lubi obcych), to popyt wewnętrzny będzie zawsze jakimś-tam motorem wzrostu PKB. Trzeba więc spowodować, żeby ludzie mieli więcej pieniędzy i żeby je wydawali – a już będzie nieźle.

To można zrobić na różne sposoby: poprzez transfery pieniędzy do ludzi (wydadzą to na konsumpcję), poprzez rządowe wydatki na infrastrukturę (jeśli rząd przeznacza pieniądze na budowę autostrad, mieszkań czynszowych, sieci kolejowej), poprzez stymulowanie inwestycji firm prywatnych (np. za pomocą ulg podatkowych).

Największą zasługą polskiego rządu dla wzrostu PKB jest stymulowanie konsumpcji transferami socjalnymi. Program 500+ to de facto ponad 23 mld zł rocznie, które trafiają do rodzin i są wydawane na lodówki, pralki, telewizory, samochody, wódkę… To nakręca konsumpcję. Jeśli ludzie dostają dodatkowe 23 mld zł do wydania, to przy całym PKB wynoszącym jakieś 1,7 bln zł mówimy o 1% „dodanym” do wzrostu. To dużo. Przypominam: handel zagraniczny (czyli nadwyżka między eksportem, a importem) dorzuca do PKB zwykle „duże” kilka miliardów złotych.

Wydatki na infrastrukturę też są w planach. W planach są „wielkie budowy socjalizmu” jak Centralny Port Lotniczy, który ma kosztować 30 mld zł. Inne rządowe programy, jak Mieszkanie+ też są na to obliczone.

Czytaj też: Polityka i pieniądze, czyli cztery rzeczy, które każdy polityk chciałby przed Wami ukryć

Skąd rząd ma kasę na pomaganie wzrostowi PKB? Czy dobrze ją wydaje?

Rząd pozwala sobie na takie wydatki jak „Rodzina 500+” – a nawet na te potwornie głupie, jak obniżenie wieku emerytalnego, co ma kosztować 54 mld zł w ciągu pięciu lat – m.in. dlatego, że w czasie dobrej koniunktury rośnie wartość ściąganych podatków. Rosnące pensje to wyższe dochody z PIT. Rosnąca sprzedaż towarów w sklepach – z VAT. Dodatkowo rząd walczy z wyłudzeniami podatków (ma w tym trochę sukcesów).

Dochody z VAT w zeszłym roku wyniosły 130 mld zł. Po trzech kwartałach wzrost wpływów jest o 25% wyższy, niż w zeszłym roku. Zapewne częściowo wynika to z inżynierii finansowej (rząd szybko zabiera, wolniej oddaje), częściowo ze wzrostu fiskalizmu (nastrój „terroru”, który udało się wywołać wśród przedsiębiorców sprawia, że w spornych sytuacjach wolą zapłacić na wszelki wypadek więcej, niż czekać na kontrolę), częściowo z tego, że po prostu więcej kupujemy (więc i VAT-u od tych zakupów jest więcej), a częściowo z tego, że rząd dopadł trochę oszustów podatkowych. I to mu się chwali. Jednak o ocenę wpływu tych czynników na ogólną VAT-owską hossę się nie pokuszę.

Czytaj też: Rosną wpływy podatkowe państwa

Poza tym rząd zainkasował w tym roku 9 mld zł z NBP, wprowadził kilka „podatków pośrednich”, takich jak np. podatek bankowy (5 mld zł do budżetu), dzięki którym zabiera nam z kieszeni więcej pieniędzy, ale tego nie czujemy (bo to przecież banki, firmy energetyczne podnoszą ceny, a nie rząd).

Czytaj też: Podsumowuję podatek bankowy. Ile go zapłaciły banki, a ile my, ich klienci? Wyliczenia

Czytaj też: Ile naprawdę dajesz pieniędzy rządowi? Weź PIT i zrób proste ćwiczenie. Po tym nic nie będzie już takie samo

Czy politycy postępują rozsądnie „boostując” konsumpcję?

Sądzę, że nie: w czasie dobrej koniunktury budżet państwa powinien raczej nabierać „tłuszczyku”, by mieć z czego wspomagać gospodarkę w trudniejszych czasach, gdy cykl koniunkturalny nie będzie jej sprzyjał. Wicepremier Morawiecki chwali się, że w do tej pory zbudowany przez niego budżet nie tylko nie ma manka, ale wręcz niewielką nadwyżkę. Na koniec roku budżet będzie już jednak prawdopodobnie na minusie. Relatywnie niewielkim, 30-miliardowym. Ale jednak na minusie.

Skoro nawet w czasie tak świetnej koniunktury polski rząd wydaje o kilkadziesiąt miliardów złotych więcej, niż zbiera z podatków – to nie jest dobrze. Wyrównywanie szans, redystrybucja, zmniejszanie nierówności – częściowo rozumiem tę argumentację. Ale co będzie w gorszych czasach? Rząd fiksuje sobie nowe sztywne wydatki, jak „Rodzina 500+” (choć to akurat bym mu wybaczył, bo ten program przywrócił godność wielu niezamożnym rodzinom, mając wszakże niefajne skutki uboczne), a przede wszystkim obniżenie wieku emerytalnego.

Mimo świetnej sytuacji gospodarczej w tym roku plan wydatków rządu wynosi aż 380 mld zł – to rekordowo wysoki poziom (przynajmniej nominalnie, bo w procentowej relacji do PKB wydatki państwa nieco spadają). Żaden rząd w III RP tyle złotówek nie wydawał. A jak koniunktura siądzie? Mniej będzie wpływów z podatków… Skąd rząd weźmie kasę na wydatki budżetu? Czy wystarczy na łagodzenie skutków dekoniunktury? Podwyżka podatków w takiej sytuacji byłaby rozwiązaniem, ale i gwoździem do trumny gospodarki. Obawiam się, że wicepremier Morawiecki myśli zbyt krótkoterminowo. „Dziś trwa bal, a potem jakoś to będzie”.

Czytaj też: Jest jak Krochmalson, ale i tak go kochamy. Dlaczego? Wystarczy odpowiedź na to jedno pytanie

Polski wzrost PKB jak… palenie starymi gazetami w kominku

Wzrost PKB może wynikać z tego, że zwykli ludzie kupują lodówki (czyli z konsumpcji) albo z tego, że firmy inwestują – kupują maszyny, wydają pieniądze na badania, na nowe technologie. A najlepiej, gdy wynika z obu tych rzeczy. Różnica między nimi jest taka, jak między paleniem starymi gazetami lub drewnem w kominku. Papier spali się szybko i żaru będzie niewiele, a drewno będzie żarzyć się dłużej.

Inwestycje zwiększają moce wytwórcze, a więc dają gospodarce potencjał. Powodują, że firmy stają się większe, nowocześniejsze, mogą produkować lepsze, droższe, bardziej ekskluzywne rzeczy. Inwestycje w Polsce leżą. Wzrost PKB, mimo świetnej koniunktury, wynika z czynników, która bardzo łatwo się wypalają, a nie z tych, które pozwolą na długoterminowy wzrost.

Dlaczego firmy nie inwestują? W bankach trzymają kilkaset miliardów złotych, więc by mogły. Ale przedsiębiorcy widzą, że rząd jest nieprzewidywalny, robie głupie rzeczy, działa raptownie, bez pomyślunku, uchwala ustawy po nocach, bez konsultacji i badań nad ich skutkami. Część przedsiębiorców podejrzewa, że do władzy doszli wariaci lub psychopaci. Ostatni pomysł, by bogaci płacili wyższe składki na ZUS: pojawił się nagle, potem zniknął, potem znów się pojawił. Podatek od marketów? Miał być, nie będzie. Ale za to będą wolne od handlu niedziele.

Kto podejmie się zainwestować w rozwój w warunkach, gdy nie wiadomo czy w nocy Sejm nie uchwali, a rano prezydent nie podpisze jakiejś ustawy? Albo czegoś nie znacjonalizuje? Obecna władza lubi żeby wszystko było państwowe i pod kontrolą polityków. A to już nie jest zabawne. Kiedyś były zjednoczenia i ministerstwa, teraz mamy państwowe fundusze, państwowe programy, państwowe holdingi. „Prywaciarze” czują się coraz bardziej nieswojo. Zwolennicy PiS mogą się zżymać, ale zewnętrzny ogląd działań polityków niestety właśnie tak wygląda.

Czytaj też: Inwestycje pilnie potrzebne. Wywiad z Mateuszem Szczurkiem

Czytaj też: Wielki plan wicepremiera Morawieckiego na nasze emerytury. Wreszcie będziemy oszczędzali?

Jak to się skończy? I jak się przygotować?

Dziś jest dobrze. Gospodarka rośnie, choć wzrost PKB niespełna 5-procentowy przy takiej koniunkturze w Europie nie jest jakimś szczególnym sukcesem. Dobrze naoliwiona, doinwestowana i prawidłowo „skonfigurowana” gospodarka powinna rosnąć jak rumuńska, w tempie 6-7% (choć rumuński wzrost 8,8% to już lekka przesada, to już jest rodzaj przegrzania).

Jak to się skończy? Wzrost gospodarczy – nieważne czy stymulowany konsumpcją zwykłych ludzi czy inwestycjami rządu (w infrastrukturę) i firm (w moce produkcyjne) czy też oboma tymi rzeczami – wywołuje wzrost inflacji. W Polsce inflacja skoczyła już w pobliże 2,5%. Inflacja, gdy jest zbyt wysoka, szkodzi gospodarce. Jest jak piach w szprychach.

Spadają oszczędności, ludzie zaczynają wycofywać pieniądze z banków i zamieniać je na coś nie tracącego z miesiąca na miesiąc na wartości. Firmom trudniej skalibrować produkcję i ceny, pracownicy domagają się podwyżek, co napędza koszty i ceny… Spirala się nakręca i trudno ją zatrzymać. Koniec końców zaczyna brakować paliwa dla gospodarki

Żeby temu zapobiec, bank centralny podwyższa stopy procentowe, co powoduje podrożenie kredytu i wzrost skłonności konsumentów do oszczędzania zamiast do wydawania pieniędzy. I gospodarka zaczyna się chłodzić, zaś inflacja wraca do niższych poziomów. W przyszłym roku to się właśnie może zacząć dziać. Wtedy nastąpi chwila prawdy. Wzrost gospodarczy, jeśli jest spowodowany głównie konsumpcją, okaże się „papierowym tygrysem”. Gdyby był spowodowany inwestycjami firm – spadłby w mniejszym stopniu.

Po słowach związanego z partią rządzącą prezesa NBP można wnosić, że chciałby odsunąć ową chwilę prawdy możliwie jak najdalej. Może po to, by dać wicepremierowi Morawieckiemu szansę na uruchomienie silnika „inwestycyjnego” w gospodarce, a być może po prostu po to, by bal potrwał trochę dłużej.

Czytaj też: Jak kulturalnie pokłócić się o politykę rządu?

Czytaj też: Dlaczego bankrutuje służba zdrowia? Za mało płacimy? Rząd źle zarządza tą kasą?

Albo firmy zaczną inwestować, albo…

Czy więc należy się cieszyć, że mamy szybki wzrost gospodarczy? Tak. Czy to zasługa rządu? Częściowo tak, choć co najmniej w połowie jest to kwestia zwykłego szczęścia rządzących, że trafili na dobrą fazę cyklu koniunktury. Czy rząd dobrze robi, „boostując” konsumpcję? Byłoby lepiej, gdyby „boostował” inwestycje (ale to trudniejsze i przynosi mniej głosów przy urnie wyborczej, niż dawanie pieniędzy konsumentom z kieszeni „bogaczy”) i gdyby w ogóle korzystał z „boostu” ostrożniej, pozostawiając sobie asy w rękawie na gorsze czasy.

Czy struktura wzrostu polskiej gospodarki jest zdrowa i czy jesteśmy odporni na tąpnięcia? Nie bardzo. Rząd nie potrafi przekonać przedsiębiorców, że nie jest domem wariatów. Niewykluczone, że szykuje się natomiast do zastąpienia inwestycji prywatnych „Wielkimi Budowami Socjalizmu”, czyli inwestycjami centralnie planowanymi i centralnie zarządzanymi przez polityków.  A to się może skończyć gorzej, niż gwałtownym hamowaniem.

Czytaj też: Tankujesz na Orlenie? Jeździsz pociągami? Masz polisę PZU i konto w PKO? Sprawdź ile płacisz na billboardy

Jak się na to przygotować? Oszczędzać. Skoro w rządzie o tym nie wiedzą, to przynajmniej my, na poziomie naszych domowych budżetów, starajmy się nie fiksować sobie nowych, sztywnych obciążeń, a przeciwnie – budować „tłuszczyk”, który przyda się, gdy wrzucany do kominka przez wicepremiera Morawieckiego papier się spali.

Oczywiście: jest też pozytywny scenariusz. Inwestycje rządowe, o ile będą rozsądnie „skalibrowane”, mogą napędzić inwestycje prywatne (tak było przed piłkarskim turniejem Euro 2012). Być może to się zaczyna dziać, ale pytanie czy finał nie będzie taki jak po Euro 2012, gdy sporo dużych firm budowlanych o mało się nie przekręciło od realizacji państwowych zamówień…

źródło obrazka tytułowego: „Ucho prezesa”

 

Share This

Zapisz się na mój newsletter

i otrzymaj prezenty

 

Zapisując się na mój newsletter otrzymasz kilka prezentów, a od czasu do czasu podeślę Ci najciekawsze wpisy na blogu.

Upewnij się, że nie przegapisz najciekawszym artykułów!

Gratulacje! Jesteś zapisany