24 czerwca 2026

Czy lekarz musi zarabiać milion złotych rocznie? Może to rynek i czas się do tego… przyzwyczaić? Proponuję to sprawdzić! Oto moja recepta

Czy lekarz musi zarabiać milion złotych rocznie? Może to rynek i czas się do tego… przyzwyczaić? Proponuję to sprawdzić! Oto moja recepta

Czy lekarz musi zarabiać milion złotych rocznie? Wygląda na to, że w przypadku dobrych lekarzy-specjalistów, pracujących w szpitalach państwowych i prywatnych, to jest już stawka w pewnym sensie „standardowa”. Za każdą operację lekarz może mieć od kilku do kilkunastu tysięcy złotych „prowizji”, zwanej dla niepoznaki wynagrodzeniem. Czy tak działa prawo popytu i podaży, a więc powinniśmy się do takich zarobków lekarzy przyzwyczaić? A może można i trzeba spróbować coś z tym zrobić? Oto moja recepta. W czterech punktach

Coraz więcej wiemy o tym, jak w ostatnich latach zmienił się system wynagrodzeń lekarzy i jak zmieniły się ich wynagrodzenia. Już nikt nie pamięta, jak przed kancelarią premiera budowano „białe miasteczko”, a wynagrodzenia „białego personelu” były stawiane w jednym rzędzie obok marnych pensji innych pracowników budżetówki, np. nauczycieli. Teraz niemal codziennie „ujawniane” są siedmiocyfrowe roczne zarobki lekarzy-specjalistów.

Zobacz również:

Czy lekarz musi zarabiać milion złotych rocznie? Może czas się… przyzwyczaić?

Z czego się biorą? Prawdopodobnie z tego, że sztywna pensja została wypchnięta przez prowizyjne wynagrodzenie wypłacane za zabiegi i operacje, czyli de facto przez procent od przychodów pracodawcy. Prosty zabieg (wycięcie pęcherzyka żółciowego lub podobny) jest wyceniany na ok. 10 000 zł. Bardziej skomplikowane operacje (np. kolana, biodra, łokcia) to raczej 40 000 zł. Badanie diagnostyczne (np. kolonoskopia) to jakiś 1000 zł.

Niektórzy lekarze mają 20-25% od każdej operacji i zabiegu, więc dziennie są w stanie „wykręcić” nawet 30 000 zł przychodu. W skali miesiąca (zakładając 20 dni pracy) to może dać kilkaset tysięcy złotych, a w skali roku – kilka milionów złotych. Oczywiście, nikt nie ma pełnego „obłożenia” codziennie. Ale naprawdę nie jest trudno wypracować w takich okolicznościach miliona złotych przychodu. Po opodatkowaniu (25% plus ewentualnie danina solidarnościowa od dochodu powyżej miliona złotych rocznie) – to „duże” kilkaset tysięcy złotych rocznie.

Czy to musi tak wyglądać? Może to na tyle trudna, odpowiedzialna robota, wymagająca bardzo długiej nauki, doświadczenia i odporności psychicznej, że musi? Dyrektor w banku (czy innej korporacji) zarabia po 50 000 zł miesięcznie i nikt się nie zastanawia czy to nie za dużo. Prezes dużej spółki giełdowej zarabia 2-3 mln zł rocznie i też nikt nie zadaje zbędnych pytań czy mu się to należy (a w wielu przypadkach się nie należy). Może więc tak musi być?

Lekarz pierwszego kontaktu i ratownik na SOR po 20 000 zł miesięcznie, pielęgniarka po 15 000 zł miesięcznie, a lekarz-specjalista do 100 000 zł miesięcznie? Może czas się przyzwyczaić? Nie wykluczam tego. Za „towar” deficytowy płaci się kilkanaście razy więcej, niż płaciłoby się w normalnych okolicznościach.

Nvidia – producent m.in. kart graficznych i operator centrów danych – w ciągu pięciu lat zwiększyła przychody z 27 mld dolarów rocznie do 216 mld dolarów. Sprzedaje więcej „towaru”, ale podwyższyła też jego ceny i to pięcio-, sześciokrotnie. Tylko dlatego, że mogła, bo jej „towar” jest unikatowy na rynku. Może więc lekarz zarabiający nie 10 000 zł miesięcznie tylko 100 000 zł miesięcznie to też „nowa normalność”? Taki lekarz-specjalista z wieloletnim stażem, doświadczeniem to taka „lokalna Nvidia”…

Nasz „system” ma zalety. Kto ma kasę, ma lekarza na zawołanie

Na pewno warto to sprawdzić. Bo inaczej Polacy nie zgodzą się na podwyższenie składki zdrowotnej – co jest konieczne, niezależnie od pensji lekarzy – i będziemy mieli jeszcze większy problem. Urzeźbiliśmy sobie system „amerykański”, czyli taki, w którym nastąpiło urynkowienie cen usług medycznych, a państwo udaje, że nie żyje, czyli po prostu płaci rachunki, które z tego wynikają. W takiej sytuacji nie potrzebujemy płacić składki zdrowotnej.

Zaletą obecnej sytuacji jest fakt, że do lekarza można się łatwo dostać. To tylko kwestia pieniędzy. Konsultacje (300-400 zł), badania diagnostyczne (500-1000 zł), zabiegi (5000-10 000 zł), operacje (kilkadziesiąt tysięcy złotych). Wszystko jest dostępne niemal z dnia na dzień, wystarczy zapłacić. To ogromny komfort. Mój kolega przyjeżdża z Norwegii do polskiego lekarza, bo tam nie jest w stanie dostać się szybko do specjalisty – niezależnie od tego, ile ma pieniędzy. W pociągu spotkałem kilka dni temu Polaków, którzy wracają z emigracji z Irlandii, gdzie lekarzy brakuje do tego stopnia, że na każdą chorobę zapisuje się paracetamol.

Po drugiej stronie skali jest system, w którym to państwo ustala stawki – takie, żeby na leczenie było stać każdego – i zamawia usługi w ramach pobieranej od obywateli składki zdrowotnej. Wtedy lekarze są wynagradzani poniżej ich „wartości rynkowej” i wyjeżdżają, co powoduje długie kolejki. Jest sprawiedliwie, ale też mocno nieperfekcyjnie. Niezależnie od tego, ile masz pieniędzy – czekasz. A jak jesteś bogaty, to jedziesz się leczyć tam, gdzie można to zrobić szybciej, płacąc więcej.

Czas urealnić popyt i podaż. I zobaczyć co z tego wyniknie

My moglibyśmy mieć coś pośrodku. A więc system, w którym lekarze są dobrze wynagradzani (i nie wyjeżdżają), dostęp do opieki medycznej w pewnym stopniu zależy od tego, ile się ma pieniędzy, a składka zdrowotna pełni rolę „minimum egzystencji” – czyli zapewnia podstawowy pakiet usług – nie umrzesz, ale tylko tyle. Państwo w tym systemie stara się „tylko” ograniczać wzrost rynkowych cen usług medycznych, nie ma ambicji ustalania cen urzędowych. Jak to zrobić? W czterech krokach.

Po pierwsze: wprowadzenie klauzul antykonkurencyjnych w kontraktach z lekarzami lub urzędowe ograniczenie czasu pracy. Jeśli lekarz może „pracować” w pięciu miejscach, to jest to nieefektywne z punktu widzenia pacjentów i interesów państwa. Jeśli ma zarabiać milion złotych rocznie, to niech zarabia, ale w jednym miejscu, gdzie pracuje „naprawdę”, a nie „na niby”. A więc zaczynamy płacić za realną pracę, wyceniać i kontrolować wykorzystanie czasu lekarzy. Nie wiem czy to jest realne. Być może wystarczy jakieś mniej radykalne rozwiązanie – np. urzędowe ograniczenie liczby godzin pracy? Skoro zawodowi kierowcy mają tachografy…

Instrumentem wspomagającym lepsze wykorzystanie czasu lekarza (i efektywniejsze wykorzystanie pieniędzy podatników) musi być oczywiście elektroniczny zapis na wizyty (lepsze wykorzystanie „aktywów” w skali kraju), informatyzacja biurokracji (czas lekarza jest zbyt cenny, żeby wypisywał papierki) oraz karanie tylko, który marnują czas lekarza. Jeśli pacjent umówi się na wizytę i się nie pojawi – pokrywa koszt tego czasu w 100%.

Po drugie: dostosowanie liczby szpitali do liczby lekarzy, którzy są na rynku. 75% pieniędzy ze składek na NFZ idzie do szpitali, które wyrywają sobie lekarzy. Państwowe, samorządowe i prywatne lecznice licytują się o lekarzy. To trzeba zracjonalizować. Lekarz może pracować tylko w jednym miejscu, ale rolą państwa i samorządu – jako płatników – jest ustalenie ograniczonej listy szpitali, które są najlepsze i którym warto płacić. W efekcie mniejsza liczba „lekarzogodzin” spotka się z mniejszą liczbą miejsc pracy (odpadną fikcyjne, niskojakościowe, niepotrzebne).

CZYTAJ TEŻ:

leczenie za granicą

Niech państwo „sprawdzi” czy lekarz musi zarabiać milion złotych

Po trzecie: przegląd stawek za procedury medyczne i ich „urealnienie”. Ktoś – najlepiej jakaś zewnętrzna firma doradcza – powinien zrobić uczciwą matrycę rynkowej wyceny świadczeń. A więc ustalić: ile co „powinno” kosztować w oparciu o koszty leków, infrastruktury (szpital, opieka nad pacjentem), czasu lekarza, przy zapewnieniu rozsądnej rentowności. Być może operacja woreczka nie musi kosztować 10 000 zł (w tym 3000 zł dla lekarza)?

Rolą takiej wyceny byłoby ustalenie stawek bliskich tym, które będą akceptowalne także w prywatnej części systemu. Jeśli stawki „państwowe” będą za niskie, nastąpi przepływ lekarzy i pacjentów do części prywatnej, w oparciu o realną cenę rynkową. Dlatego ktoś – zewnętrzna firma doradcza pod nadzorem państwa – musi na bieżąco robić przegląd kosztów najważniejszych procedur i benchmarkować je w stosunku do rynku prywatnego. A więc: zbijamy ceny o tyle, ile się da, ale unikając ryzyka nierównowagi.

Efekt jest taki, że państwo „ciśnie” stawki w taki sposób, żeby szpitalom, przychodniom, lekarzom i pacjentom się „opłacało”. Nie ustala stawek urzędowych (oderwanych od rzeczywistości), tylko takie, które powodują, że lekarzom wciąż opłaca się pracować w publicznej ochronie zdrowia, a nie mają „mocy przetargowej” w postaci stwierdzenia: „w prywatnej przychodni zarobiłbym dwa razy więcej”. Zarobiłbyś 20% więcej, ale na niekoniecznie tak dobrym, prestiżowym stanowisku pracy.

Może się okazać, że ta stawka jest bliska milionowi złotych rocznie. Trudno. Rolą państwa na dziś musi być tylko jej zoptymalizowanie – uczynienie najniższą jaka jest możliwa w danych warunkach. A żeby poprawić te warunki trzeba „wyprodukować” więcej lekarzy – albo sprowadzić i naturalizować lekarzy z zagranicy. To zupełnie inny temat. Na dziś celem musi być „naprawienie rynku”, bo dziś działa on jak całkiem wolny rynek, na którym nie istnieje państwo.

CZYTAJ TEŻ:

co zrobić żeby ochrona zdrowia nie zbankrutowała

Składka zdrowotna? Wyższa i bez serwisu „all inclusive”

Po czwarte: dostosowanie składki zdrowotnej do sytuacji na rynku. Mamy już lekarzy pracujących w jednym miejscu, których efektywność jest kontrolowana. Mamy pacjentów, którzy płacą za każde „zmarnowanie” czasu lekarza. Mamy tylko tyle szpitali i przychodni publicznych, ile jest w stanie zapewnić wysoki standard działania (tylko najlepsze miejsca pracy, nie wyrzucamy pieniędzy podatników w błoto). I mamy stawki za procedury medyczne, które są najniższymi z możliwych (ale nie bezmyślnie ustalonymi „stawkami urzędowymi”). Lekarze dobrze zarabiają, nie wyjeżdżają i nie prowadzą „arbitrażu pracowniczego”.

Liczymy, ile to wszystko kosztuje i ustalamy taki poziom składki zdrowotnej, który podatnicy są w stanie znieść (przy okazji zamykając luki – czyli biorąc na pokład „pasażerów na gapę”). I komunikujemy, co jesteśmy w stanie zapewnić za te pieniądze. Być może dziesięć wizyt u internisty gratis, być może jeden zabieg w roku, być może jakiś pakiet pięciu badań diagnostycznych (albo wartość kwotową do wykorzystania). Za resztę trzeba będzie płacić.

Nie jesteśmy w złej sytuacji: mamy dobrych lekarzy, którzy nie wyjeżdżają już za granicę i mamy bogacące się społeczeństwo. Nie mamy szans na sprawiedliwy system dostępu do ochrony zdrowia (czyli taki sam dla biednych i dla bogatych), ale mamy szansę na ustalenie nowej równowagi rynkowej, w której lekarz nadal dobrze zarabia – ale nie może już udawać, że pracuje w pięciu miejscach i brać 30% od każdego zabiegu – a państwo wyciska ile się da ze swojej roli największego „zamawiającego”.

Czy poprzecie mądre rozwiązanie, czy populistyczne?

Żeby to się mogło udać, potrzebne jest Wasze poparcie. Musicie zaakceptować sytuację, w której urealniamy koszt obsługi naszego zdrowia i w której nie będzie całkiem sprawiedliwie. Czyli bogaty będzie miał lepiej, niż biedny. I musicie zaakceptować sytuację, w której następuje podniesienie podatków w zamian za ustalenie ograniczonego koszyka świadczeń gwarantowanych.

Utrzymamy bardzo dobrych lekarzy, zoptymalizujemy ich zarobki i wciąż będziemy mogli – niestety w zamian za niemałe pieniądze – mieć do nich dobry dostęp. Uwierzcie, na tle tego, co się dzieje w innych krajach – to jest luksus. Jeśli nie udzielicie poparcia dla mądrej reformy, to politycy – w imię populizmu – zrobią coś głupiego. I to nie oni będą winni, tylko my. I wielu z nas z tego powodu przedwcześnie umrze. Dajcie znać co myślicie o moim pomyśle.

CZYTAJ TEŻ:

warszawa tu najszybciej w europie przybywa milionerów

klasa średnia rozliczenie pit

CZYTAJ TEŻ:

łatwogang rozbił bank

——————————-

ZAPISZ SIĘ NA NASZE NEWSLETTERY:

>>> W każdy weekend sam Samcik podsumowuje tydzień wokół Twojego portfela. Co wydarzenia ostatnich dni oznaczają dla Twoich pieniędzy? Jakie powinieneś wyciągnąć wnioski dla oszczędności? Kliknij i się zapisz.

>>> Newsletter „Subiektywnie o Świ(e)cie i Technologiach” będziesz dostawać na swoją skrzynkę e-mail w każdy czwartek bladym świtem. Będzie to podsumowanie najważniejszych rzeczy, o których musisz wiedzieć ze świata wielkich finansów, banków centralnych, najpotężniejszych korporacji oraz nowych technologii. Kliknij i się zapisz.

———————————

zdjęcie tytułowe: Marionbrun/Pixabay

Subscribe
Powiadom o
28 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Pablo E.
2 godzin temu

To jakaś inna matematyka 😉 „więc dziennie są w stanie „wykręcić” nawet 50 000 zł przychodu. W skali miesiąca (zakładając 20 dni pracy) to 100 000 zł”

Pablo E.
2 godzin temu
Reply to  Maciej Samcik

A tak poważne, myślę, że wybitny specjalista może zarabiać i 100.ooo i więcej miesięcznie – np. robiąc dużo „wysokospecjalistycznych” operacji – niech ma, świetny fachowiec. Problemem jest to, że krocie biją kombinatorzy, wcale nie koniecznie wybitni lekarze – tylko mają układy i wyciskają luki systemu. I to jest chore.

Reklamator75
2 godzin temu

Wczoraj pisałem do Pana , Panie Macieju tu szczegóły: https://x.com/i/status/2069637597941453181. Natomiast co do tytułu artykułu i samego artykułu😉. Pewnie nie musi zarabiać tyle, ale jak widać na niedawnym, świeżym, głośnym przykładzie młodego lekarza ze Szpitala południowego w Warszawie może zarobić miliony, a nawet więcej! Pozdrawiam Serdecznie Reklamator75 🙂

Oskar
2 godzin temu

Na pewno trzeba wprowadzić jakąś kontrolę pracy lekarzy i niejako wytracić ochronę zdrowia spod władzy lekarskiej bo teraz praktycznie cała ochrona zdrowia zarządzana jest przez korporacje lekarzy… nie rozumiem na przykład dlaczego w kraju, w którym z publicznych pieniędzy płaci się za kształcenie lekarzy a potem publiczne pieniądze utrzymują tych lekarzy dlaczego to lekarze sami później decydują o przyznawaniu sobie praw do wykonywania zawodu… tak samo czas pracy to patologia zwłaszcza jak słyszałem o ortopedzie, który zarobił 3.5 mln za rok – zgodnie z jego tłumaczeniem zarobił tyle bo pracował za 10 co jest ciekawe bo jeszcze dodatkowo jest dyrektorem… Czytaj więcej »

Michał
2 godzin temu

„Dyrektor w banku (czy innej korporacji) zarabia po 50 000 zł miesięcznie i nikt się nie zastanawia czy to nie za dużo. ”
Raczej 30tys miesięcznie i do tego ma zakaz konkurencji – pracuje tylko w jednym miejscu, ba nie robi też praktyki „prywatnej” po godzinach, ani nie bierze dodatkowych pieniędzy (na czarno) za przyprowadzanie klientów do firmy 🙂

Michał
1 godzina temu

Czyli mamy zawód w którym płaci się milion i brakuje chętnych do jego wykonywania? Dziwne. A może zacząć od zwiększenia limitów studentów na studia medyczne i na specjalizację.

Swoją drogą w Polsce lekarz może zarobić lepiej niż w Ameryce więc lekarze z całego świata powinni bić się żeby tu pracować.

Jeżyk
58 minut temu
Reply to  Michał

Publiczna służba zdrowia w Polsce, to niestety nadal dżungla i ciemny las. Pieniądze są, ale rozpływają się po kieszeniach kolesiostwa. A Ci którzy mogliby to zmienić, nie zrobią tego, bo sami czerpią z tej sytuacji benefity i kółko się zamyka.

Яцек
1 godzina temu

Podwyższanie składki zdrowotnej ludziom, którzy i tak idą do lekarza prywatnie, bo nie chcą umrzeć w kolejce nie jest dobrym pomysłem.
Nie czarujmy się – system działa tak, że rozwiązuje swój wstydliwy problem niewydolności śmiercią oczekującego na zabieg czy operację, tymczasem interes powinien być dokładnie odwrotny – zdrowa i sprawna osoba będzie dłużej płacić składki.

Marcin
1 godzina temu

nfz daje CAP – kontrakt opiewa np na 500 tys PLN na miesiąc. Załóżmy, że za daną procedurę płaci 25k czyli zabieg X trwający 2h daje 25k przychodu szpitalowi. Z kontraktu wynika, że zrobisz 20 takich procedur w miesiącu i finito. czyli 1 dziennie. Jeżeli świadczenie jest limitowane to eldorado nie istnieje. Co innego jak masz nielimitowane świadczenia, wtedy bijesz do upadłego. etyczny element nie limitowanych świadczeń – skoro możesz zarobić nieskończenie dużo kasy to kwalifikujesz wszystkich jak leci do tej procedury. pamiętajmy, że % od procedury dotyczy tylko zabiegowców. Inne specjalizacje nie mają takiej opcji. jako inside man powiem… Czytaj więcej »

Marcin
1 godzina temu
Reply to  Maciej Samcik

1. robią więcej ale za nadwykonania mogą dostać 50% albo nic od NFZ. Wyceny procedur to kwestia lobby danej specjalizacji.
3. procentowa prowizja to sposób na zachęcenie do robienia więcej 🙂

Ogólnie to możemy wrócić do tego tekstu za 1-2 m-ce i już będziemy wiedzieć, że nikt tu od nowa rysować nic nie będzie bo jest dobrze przecież, głowy strącone, można się rozejść 🙂

SirAdi
1 godzina temu

Rynek-rynkiem, ale sednem patologii jest mieszanie się publicznego i prywatnego systemu. Lekarze w publicznych placówkach nie są żadnymi przedsiębiorcami, żeby płacić na ryczałcie 14% (ponad 70% lekarzy pracuje na takich kontraktach, podpisanych w wielu miejscach). Co innego prywatne praktyki, ale patologię generują kontrakty B2B z publicznymi placówkami. A tam powinny być etaty. Jeśli lekarzom nie będą odpowiadać takie warunki, to zawsze mają prywatną praktykę. I wtedy się okaże, czy prywatnie zarobią tyle, co w publicznym szpitalu – nieliczni pewnie tak, ale nie sądzę, aby większość.

Last edited 1 godzina temu by SirAdi
SirAdi
1 godzina temu
Reply to  Maciej Samcik

Owszem, kompleksowo. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że liberalizacja krajowego rynku pracy jest zbyt daleko posunięta. Bo jedne grupy „wypcha” się na B2B, aby zrzucić na nich obowiązkowe skladki, a inni korzystają z B2B, celem optymalizacji podatkowej. I ma to niewiele wspólnego z przedsiębiorczością, rozumianą jako prowadzenie firmy. Takie prawo mogło mieć sens w czasach transformacji, ale nie 30 lat po niej, bo utrwala patologie.

Natomiast zakaz łączenia etatu z B2B byłby chyba przesadą w drugą stronę. Myślę, że lakarz zatrudniony na UoP – jeśli chce i ma siły – powinien mieć możliwość dorobienia prywatną praktyką.

Last edited 50 minut temu by SirAdi
Niko
1 godzina temu

Osobiście nie mam nic przeciwko żeby lekarze zarabiali godnie to trudny zawód, ale bez złodziejstwa i okradania Polaków jak można być tak pazernym ,rozumiem jakby na chleb nie miał a on pewnie by biedną emerytke ogolił do białej kości dla mnie dno taki osobnik żeby nie powiedzieć śmieć i mniej niż zero.

Jeżyk
55 minut temu

Przydałaby się jeszcze informacja o tym, że NFZ nie planuje zapłacić szpitalom za nadwykonania z 2025 roku. Co oznacza, że lekarze któzy świadczyli swoje usługi ponad limity ustalone między NFZ a szpitalami nie dostaną za nie pieniędzy. W związku z powyższym wątpliwe jest, aby chcieli jakiekolwiek nadywkonania realizować w tym roku – ergo spieszmy się chorować, bo pod koniec roku nie będzie komu nas leczyć

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Kontrast

Rozmiar tekstu