Czy lekarz musi zarabiać milion złotych rocznie? Wygląda na to, że w przypadku dobrych lekarzy-specjalistów, pracujących w szpitalach państwowych i prywatnych, to jest już stawka w pewnym sensie „standardowa”. Za każdą operację lekarz może mieć od kilku do kilkunastu tysięcy złotych „prowizji”, zwanej dla niepoznaki wynagrodzeniem. Czy tak działa prawo popytu i podaży, a więc powinniśmy się do takich zarobków lekarzy przyzwyczaić? A może można i trzeba spróbować coś z tym zrobić? Oto moja recepta. W czterech punktach
Coraz więcej wiemy o tym, jak w ostatnich latach zmienił się system wynagrodzeń lekarzy i jak zmieniły się ich wynagrodzenia. Już nikt nie pamięta, jak przed kancelarią premiera budowano „białe miasteczko”, a wynagrodzenia „białego personelu” były stawiane w jednym rzędzie obok marnych pensji innych pracowników budżetówki, np. nauczycieli. Teraz niemal codziennie „ujawniane” są siedmiocyfrowe roczne zarobki lekarzy-specjalistów.
- Zdalny leasing, czyli auto dla firmy bez wychodzenia z domu? Coraz więcej banków wprowadza tę nowinkę. Jak to działa? [POWERED BY BNP PARIBAS]
- Jedziesz samochodem na weekend? Zanim wrzucisz walizki do bagażnika, sprawdź warunki ubezpieczenia auta. Na wszelki wypadek [POWRED BY PZU]
- PZU zaprasza posiadaczy oszczędności do tańca. Na parkiecie nowy ETF: daje udział w sukcesach 1300 największych spółek świata. Czy to będzie hit? [POWERED BY PZU]
Czy lekarz musi zarabiać milion złotych rocznie? Może czas się… przyzwyczaić?
Z czego się biorą? Prawdopodobnie z tego, że sztywna pensja została wypchnięta przez prowizyjne wynagrodzenie wypłacane za zabiegi i operacje, czyli de facto przez procent od przychodów pracodawcy. Prosty zabieg (wycięcie pęcherzyka żółciowego lub podobny) jest wyceniany na ok. 10 000 zł. Bardziej skomplikowane operacje (np. kolana, biodra, łokcia) to raczej 40 000 zł. Badanie diagnostyczne (np. kolonoskopia) to jakiś 1000 zł.
Niektórzy lekarze mają 20-25% od każdej operacji i zabiegu, więc dziennie są w stanie „wykręcić” nawet 30 000 zł przychodu. W skali miesiąca (zakładając 20 dni pracy) to może dać kilkaset tysięcy złotych, a w skali roku – kilka milionów złotych. Oczywiście, nikt nie ma pełnego „obłożenia” codziennie. Ale naprawdę nie jest trudno wypracować w takich okolicznościach miliona złotych przychodu. Po opodatkowaniu (25% plus ewentualnie danina solidarnościowa od dochodu powyżej miliona złotych rocznie) – to „duże” kilkaset tysięcy złotych rocznie.
Czy to musi tak wyglądać? Może to na tyle trudna, odpowiedzialna robota, wymagająca bardzo długiej nauki, doświadczenia i odporności psychicznej, że musi? Dyrektor w banku (czy innej korporacji) zarabia po 50 000 zł miesięcznie i nikt się nie zastanawia czy to nie za dużo. Prezes dużej spółki giełdowej zarabia 2-3 mln zł rocznie i też nikt nie zadaje zbędnych pytań czy mu się to należy (a w wielu przypadkach się nie należy). Może więc tak musi być?
Lekarz pierwszego kontaktu i ratownik na SOR po 20 000 zł miesięcznie, pielęgniarka po 15 000 zł miesięcznie, a lekarz-specjalista do 100 000 zł miesięcznie? Może czas się przyzwyczaić? Nie wykluczam tego. Za „towar” deficytowy płaci się kilkanaście razy więcej, niż płaciłoby się w normalnych okolicznościach.
Nvidia – producent m.in. kart graficznych i operator centrów danych – w ciągu pięciu lat zwiększyła przychody z 27 mld dolarów rocznie do 216 mld dolarów. Sprzedaje więcej „towaru”, ale podwyższyła też jego ceny i to pięcio-, sześciokrotnie. Tylko dlatego, że mogła, bo jej „towar” jest unikatowy na rynku. Może więc lekarz zarabiający nie 10 000 zł miesięcznie tylko 100 000 zł miesięcznie to też „nowa normalność”? Taki lekarz-specjalista z wieloletnim stażem, doświadczeniem to taka „lokalna Nvidia”…
Nasz „system” ma zalety. Kto ma kasę, ma lekarza na zawołanie
Na pewno warto to sprawdzić. Bo inaczej Polacy nie zgodzą się na podwyższenie składki zdrowotnej – co jest konieczne, niezależnie od pensji lekarzy – i będziemy mieli jeszcze większy problem. Urzeźbiliśmy sobie system „amerykański”, czyli taki, w którym nastąpiło urynkowienie cen usług medycznych, a państwo udaje, że nie żyje, czyli po prostu płaci rachunki, które z tego wynikają. W takiej sytuacji nie potrzebujemy płacić składki zdrowotnej.
Zaletą obecnej sytuacji jest fakt, że do lekarza można się łatwo dostać. To tylko kwestia pieniędzy. Konsultacje (300-400 zł), badania diagnostyczne (500-1000 zł), zabiegi (5000-10 000 zł), operacje (kilkadziesiąt tysięcy złotych). Wszystko jest dostępne niemal z dnia na dzień, wystarczy zapłacić. To ogromny komfort. Mój kolega przyjeżdża z Norwegii do polskiego lekarza, bo tam nie jest w stanie dostać się szybko do specjalisty – niezależnie od tego, ile ma pieniędzy. W pociągu spotkałem kilka dni temu Polaków, którzy wracają z emigracji z Irlandii, gdzie lekarzy brakuje do tego stopnia, że na każdą chorobę zapisuje się paracetamol.
Po drugiej stronie skali jest system, w którym to państwo ustala stawki – takie, żeby na leczenie było stać każdego – i zamawia usługi w ramach pobieranej od obywateli składki zdrowotnej. Wtedy lekarze są wynagradzani poniżej ich „wartości rynkowej” i wyjeżdżają, co powoduje długie kolejki. Jest sprawiedliwie, ale też mocno nieperfekcyjnie. Niezależnie od tego, ile masz pieniędzy – czekasz. A jak jesteś bogaty, to jedziesz się leczyć tam, gdzie można to zrobić szybciej, płacąc więcej.
Czas urealnić popyt i podaż. I zobaczyć co z tego wyniknie
My moglibyśmy mieć coś pośrodku. A więc system, w którym lekarze są dobrze wynagradzani (i nie wyjeżdżają), dostęp do opieki medycznej w pewnym stopniu zależy od tego, ile się ma pieniędzy, a składka zdrowotna pełni rolę „minimum egzystencji” – czyli zapewnia podstawowy pakiet usług – nie umrzesz, ale tylko tyle. Państwo w tym systemie stara się „tylko” ograniczać wzrost rynkowych cen usług medycznych, nie ma ambicji ustalania cen urzędowych. Jak to zrobić? W czterech krokach.
Po pierwsze: wprowadzenie klauzul antykonkurencyjnych w kontraktach z lekarzami lub urzędowe ograniczenie czasu pracy. Jeśli lekarz może „pracować” w pięciu miejscach, to jest to nieefektywne z punktu widzenia pacjentów i interesów państwa. Jeśli ma zarabiać milion złotych rocznie, to niech zarabia, ale w jednym miejscu, gdzie pracuje „naprawdę”, a nie „na niby”. A więc zaczynamy płacić za realną pracę, wyceniać i kontrolować wykorzystanie czasu lekarzy. Nie wiem czy to jest realne. Być może wystarczy jakieś mniej radykalne rozwiązanie – np. urzędowe ograniczenie liczby godzin pracy? Skoro zawodowi kierowcy mają tachografy…
Instrumentem wspomagającym lepsze wykorzystanie czasu lekarza (i efektywniejsze wykorzystanie pieniędzy podatników) musi być oczywiście elektroniczny zapis na wizyty (lepsze wykorzystanie „aktywów” w skali kraju), informatyzacja biurokracji (czas lekarza jest zbyt cenny, żeby wypisywał papierki) oraz karanie tylko, który marnują czas lekarza. Jeśli pacjent umówi się na wizytę i się nie pojawi – pokrywa koszt tego czasu w 100%.
Po drugie: dostosowanie liczby szpitali do liczby lekarzy, którzy są na rynku. 75% pieniędzy ze składek na NFZ idzie do szpitali, które wyrywają sobie lekarzy. Państwowe, samorządowe i prywatne lecznice licytują się o lekarzy. To trzeba zracjonalizować. Lekarz może pracować tylko w jednym miejscu, ale rolą państwa i samorządu – jako płatników – jest ustalenie ograniczonej listy szpitali, które są najlepsze i którym warto płacić. W efekcie mniejsza liczba „lekarzogodzin” spotka się z mniejszą liczbą miejsc pracy (odpadną fikcyjne, niskojakościowe, niepotrzebne).
CZYTAJ TEŻ:
Niech państwo „sprawdzi” czy lekarz musi zarabiać milion złotych
Po trzecie: przegląd stawek za procedury medyczne i ich „urealnienie”. Ktoś – najlepiej jakaś zewnętrzna firma doradcza – powinien zrobić uczciwą matrycę rynkowej wyceny świadczeń. A więc ustalić: ile co „powinno” kosztować w oparciu o koszty leków, infrastruktury (szpital, opieka nad pacjentem), czasu lekarza, przy zapewnieniu rozsądnej rentowności. Być może operacja woreczka nie musi kosztować 10 000 zł (w tym 3000 zł dla lekarza)?
Rolą takiej wyceny byłoby ustalenie stawek bliskich tym, które będą akceptowalne także w prywatnej części systemu. Jeśli stawki „państwowe” będą za niskie, nastąpi przepływ lekarzy i pacjentów do części prywatnej, w oparciu o realną cenę rynkową. Dlatego ktoś – zewnętrzna firma doradcza pod nadzorem państwa – musi na bieżąco robić przegląd kosztów najważniejszych procedur i benchmarkować je w stosunku do rynku prywatnego. A więc: zbijamy ceny o tyle, ile się da, ale unikając ryzyka nierównowagi.
Efekt jest taki, że państwo „ciśnie” stawki w taki sposób, żeby szpitalom, przychodniom, lekarzom i pacjentom się „opłacało”. Nie ustala stawek urzędowych (oderwanych od rzeczywistości), tylko takie, które powodują, że lekarzom wciąż opłaca się pracować w publicznej ochronie zdrowia, a nie mają „mocy przetargowej” w postaci stwierdzenia: „w prywatnej przychodni zarobiłbym dwa razy więcej”. Zarobiłbyś 20% więcej, ale na niekoniecznie tak dobrym, prestiżowym stanowisku pracy.
Może się okazać, że ta stawka jest bliska milionowi złotych rocznie. Trudno. Rolą państwa na dziś musi być tylko jej zoptymalizowanie – uczynienie najniższą jaka jest możliwa w danych warunkach. A żeby poprawić te warunki trzeba „wyprodukować” więcej lekarzy – albo sprowadzić i naturalizować lekarzy z zagranicy. To zupełnie inny temat. Na dziś celem musi być „naprawienie rynku”, bo dziś działa on jak całkiem wolny rynek, na którym nie istnieje państwo.
CZYTAJ TEŻ:
Składka zdrowotna? Wyższa i bez serwisu „all inclusive”
Po czwarte: dostosowanie składki zdrowotnej do sytuacji na rynku. Mamy już lekarzy pracujących w jednym miejscu, których efektywność jest kontrolowana. Mamy pacjentów, którzy płacą za każde „zmarnowanie” czasu lekarza. Mamy tylko tyle szpitali i przychodni publicznych, ile jest w stanie zapewnić wysoki standard działania (tylko najlepsze miejsca pracy, nie wyrzucamy pieniędzy podatników w błoto). I mamy stawki za procedury medyczne, które są najniższymi z możliwych (ale nie bezmyślnie ustalonymi „stawkami urzędowymi”). Lekarze dobrze zarabiają, nie wyjeżdżają i nie prowadzą „arbitrażu pracowniczego”.
Liczymy, ile to wszystko kosztuje i ustalamy taki poziom składki zdrowotnej, który podatnicy są w stanie znieść (przy okazji zamykając luki – czyli biorąc na pokład „pasażerów na gapę”). I komunikujemy, co jesteśmy w stanie zapewnić za te pieniądze. Być może dziesięć wizyt u internisty gratis, być może jeden zabieg w roku, być może jakiś pakiet pięciu badań diagnostycznych (albo wartość kwotową do wykorzystania). Za resztę trzeba będzie płacić.
Nie jesteśmy w złej sytuacji: mamy dobrych lekarzy, którzy nie wyjeżdżają już za granicę i mamy bogacące się społeczeństwo. Nie mamy szans na sprawiedliwy system dostępu do ochrony zdrowia (czyli taki sam dla biednych i dla bogatych), ale mamy szansę na ustalenie nowej równowagi rynkowej, w której lekarz nadal dobrze zarabia – ale nie może już udawać, że pracuje w pięciu miejscach i brać 30% od każdego zabiegu – a państwo wyciska ile się da ze swojej roli największego „zamawiającego”.
Czy poprzecie mądre rozwiązanie, czy populistyczne?
Żeby to się mogło udać, potrzebne jest Wasze poparcie. Musicie zaakceptować sytuację, w której urealniamy koszt obsługi naszego zdrowia i w której nie będzie całkiem sprawiedliwie. Czyli bogaty będzie miał lepiej, niż biedny. I musicie zaakceptować sytuację, w której następuje podniesienie podatków w zamian za ustalenie ograniczonego koszyka świadczeń gwarantowanych.
Utrzymamy bardzo dobrych lekarzy, zoptymalizujemy ich zarobki i wciąż będziemy mogli – niestety w zamian za niemałe pieniądze – mieć do nich dobry dostęp. Uwierzcie, na tle tego, co się dzieje w innych krajach – to jest luksus. Jeśli nie udzielicie poparcia dla mądrej reformy, to politycy – w imię populizmu – zrobią coś głupiego. I to nie oni będą winni, tylko my. I wielu z nas z tego powodu przedwcześnie umrze. Dajcie znać co myślicie o moim pomyśle.
CZYTAJ TEŻ:
CZYTAJ TEŻ:
——————————-
ZAPISZ SIĘ NA NASZE NEWSLETTERY:
>>> W każdy weekend sam Samcik podsumowuje tydzień wokół Twojego portfela. Co wydarzenia ostatnich dni oznaczają dla Twoich pieniędzy? Jakie powinieneś wyciągnąć wnioski dla oszczędności? Kliknij i się zapisz.
>>> Newsletter „Subiektywnie o Świ(e)cie i Technologiach” będziesz dostawać na swoją skrzynkę e-mail w każdy czwartek bladym świtem. Będzie to podsumowanie najważniejszych rzeczy, o których musisz wiedzieć ze świata wielkich finansów, banków centralnych, najpotężniejszych korporacji oraz nowych technologii. Kliknij i się zapisz.
———————————
zdjęcie tytułowe: Marionbrun/Pixabay







