Lidl od dawna intensywnie reklamuje swój koszyk zakupów, udowadniając za pomocą publikowanych paragonów, że w tej sieci jest taniej niż w konkurencyjnej Biedronce. Sprawdziłem: szansa, że zapłacę o te 100 zł czy 50 zł mniej za „Koszyk Lidla” jest żadna. Wam też się to nie uda, o czym przekonuję z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością. Czy „Koszyk Lidla” to realne oszczędności czy prowadzenie klientów na manowce?
Zakupy robię na bieżąco, więc wiem mniej więcej, co ile kosztuje. Kupuję również dość często zarówno w Lidlu, jak i Biedronce. I — jeśli mam być szczery — nie widzę między tymi sieciami dyskontów wielkiej różnicy. Podobne produkty, podobne ceny, a jeśli coś uda mi się rzeczywiście okazyjnie kupić, to raczej dlatego, że jest akurat jakaś promocja, a nie dlatego, że ta właśnie sieć jak „strukturalnie” tańsza… Ceny regularne produktów są do siebie zbliżone.
- Tak Duńczycy przygotowują się na kryzys? Bank centralny wydał nowe zalecenie dotyczące form płatności w sklepach [POWERED BY EURONET]
- Przesiadka na mniejszego konia da zarobić? Akcje polskich małych i średnich spółek mogą przejąć pałeczkę hossy od gigantów [POWERED BY UNIQA TFI]
- Jest nowy ETF oparty na polskich indeksach akcji! I to… dwóch naraz! Czy to ma sens? TFI PZU chce ściągnąć polskie pieniądze na polską giełdę [POWERED BY PZU]
„Koszyk Lidla”, czyli zaskakujące oszczędności
Nasz rynek jest chyba jednak dość mało konkurencyjny i nie dotyczy to tylko dyskontów spożywczych – za paliwo, ubezpieczenia, samochody, telefony komórkowe czy telewizję, w przypadku porównywalnych produktów czy usług, płacimy podobnie u różnych sprzedawców. Jedyne „prawdziwe” okazje zdarzają się przy okazji wyprzedaży. Lub przy nadzwyczajnych sytuacjach, takich jak na przykład ofensywa chińskiej motoryzacji w Polsce. Generalnie takich cudów jednak (prawie) nie ma.
Tym bardziej zdumiewają mnie reklamy sieci Lidl, w których regularnie słyszałem, że za koszyk 15 produktów zapłacę ponad 100 zł mniej niż w Biedronce. Tak było w edycji grudniowej, a w styczniowej różnica — według Lidla — spadła do niespełna 60 zł. Biorąc pod uwagę moje podejście do tych sieci sklepów, różnica w wartości koszyka podobnych zakupów wynosząca ponad 100 zł wydała mi się wręcz gigantyczna.
Dla mnie są to sklepy, w których robię codzienne zakupy, najczęściej kupuję tam jedzenie i podstawowe środki higieniczne, więc raczej nie zdarza mi się jednorazowo tyle zapłacić, zwykle wydaję kilkadziesiąt złotych. A te 100 zł to przecież nie jest nawet cena za zakupy, tylko różnica między takimi samymi zakupami w Lidlu i Biedronce. Jak to możliwe? Oczywiście wiem, że wiele osób robi większe zakupy raz w tygodniu i wtedy płaci za nie kilkaset złotych, ale i tak się zdziwiłem.
Tym bardziej że różnica ponad 100 zł na 15 produktach oznacza, że średnio jeden produkt jest tańszy w Lidlu o ponad 6,5 zł. A mnie w ogóle rzadko zdarza się coś tam kupić za taką cenę. Bułki kosztują grosze, chleb w okolicach 3 zł, mleko tak samo, serek wiejski 2 zł z groszami, litr soku czy nektaru 3–4 zł, jakieś gotowe surówki w okolicach 4 zł, parówki w i wędlina jakieś 6 zł za opakowanie… Oczywiście, czasem kupuję droższe rzeczy: kawę, mięso, ale tego akurat nie kupuję codziennie, tylko raz na jakiś czas.
Lidl nie skłamie, choć…nie wszystko powie
Myślałem o tym za każdym razem, kiedy słyszałem w radiu reklamę omawiającą „Koszyk Lidla” i ogromne oszczędności. I coraz bardziej świerzbiło mnie, żeby do tego koszyka zajrzeć. Aż w końcu to zrobiłem. Czy Lidl przekonał mnie, że jest w tej sieci rzeczywiście duuuużo taniej niż w Biedronce? Nie. Za to doszedłem do wniosku, że to, co robi Lidl, jest wręcz modelowym przykładem manipulacji konsumencką jaźnią.
Od razu wyjaśnię: chodzi mi o takie posługiwanie się prawdą, żeby wprowadzić odbiorcę w błąd. Moim ulubionym przykładem jest tu ciekawe wyrażenie z ekonomii, a mianowicie „zysk ujemny”. Jest to nic innego jak strata, a ponieważ firmy jak ognia boją się tego słowa, więc ktoś „mądry” wymyślił, że strata lepiej brzmi właśnie jako „zysk ujemny”. Niby to samo, ale zawsze jest szansa, że ktoś nie do końca to zrozumie. To jest właśnie manipulacja – takim „opakowaniem” prawdy, żeby odnieść taki efekt, na jakim nam zależy. I tak właśnie według mnie postąpił w tym wypadku Lidl.
I jeszcze drugie ważne zastrzeżenie: jest taka zasada w prawie: „Ei incumbit probatio, qui dicit, non qui negat”, która mówi, że ciężar dowodu spoczywa na tym, który coś twierdzi. A ponieważ to Lidl twierdzi, że jego koszyk jest tańszy niż Biedronki, to na nim spoczywa obowiązek udowodnienia, że jest tak rzeczywiście. Czy faktyczne to udowadnia? Moim zdaniem niekoniecznie.
Mając w głowie te zastrzeżenia, zobaczmy, czym tak naprawdę ten „Koszyk Lidla” jest. Pod lupę wziąłem przede wszystkim ten z grudnia ub.r. oraz ten reklamowany w styczniu. Według paragonów opublikowanych na jego stronach internetowych w grudniu „Koszyk Lidla” kosztował 298,75 zł, a rzekomo te same zakupy w Biedronce 426,36 zł, a więc o ponad 100 zł więcej. Bieżący „Koszyk Lidla” (opublikowany w styczniu) przy tej samej metodyce wykazuje nieco ponad 59 zł różnicy, oczywiście na korzyść Lidla.
Nie wiem, czy zrobił to ktoś jeszcze, ale ja podjąłem trud dokładnej analizy tego, co na tych paragonach jest (i czego nie ma). Mój wniosek jest taki: nie ma szans, żebym w Lidlu zrobił zakupy 100 zł czy 60 zł taniej niż w Biedronce. I raczej nikomu z Was się to nie uda. Dlaczego? Bo ani jeden z 30 produktów z dwóch koszyków Lidla nie jest dla mnie towarem pierwszego wyboru. Nad kilkoma pewnie bym się zastanowił, ale pewnie też bym ich nie kupił. Wielu z nich nie kupiłem nigdy i raczej już tego nie zrobię.
„Koszyk Lidla”, ale nie mój. A właściwie to czyj?
To jakie produkty są w tym koszyku Lidla? Np. według paragonu z grudnia: krewetki surowe, „Food in the bottle” (coś w rodzaju napoju odżywczego, czymkolwiek by to nie było), Peanut butter, Hipp Junior Comb 4, M&M Peanaut, Pedigree karma dla psa, Johnsons Baby Proszek… Nawet jeśli nad kilkoma produktami bym się zastanowił (herbata, sok tłoczony), to raczej nie nad takimi i nie w takiej ilości.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że klienci kupują te produkty (inaczej by ich tam nie było), ale też z całą pewnością nie codziennie. A zestaw dokładnie takich produktów jak w koszyku Lidla podczas normalnych zakupów przeciętnego klienta wydaje mi się równie prawdopodobny jak wygrana w totka. Zgadnijcie, ile razy w życiu kupiłem „suchą karmę dla kotów po sterylizacji” obecną w zestawieniu? Ani razu i raczej już nie kupię do końca życia.
I odwrotnie: czego w koszyku Lidla nie znajdziemy? Tego, co na co dzień jest najbardziej potrzebne: żadnego pieczywa, nabiału, warzyw i owoców, mięsa i wędlin (z wyjątkiem szynki w puszce), kasz, ryżu, makaronów, zwykłych napojów (z wyjątkiem soku tłoczonego czy tego Food in the bottle), cukru, mąki. Tego wszystkiego, co najczęściej ląduje w naszych koszykach, próżno szukać w koszyku Lidla.
Co na to wszystko Lidl? Odnosi się do tego bardzo obszernie, ale w gruncie rzeczy jego argument sprowadza się do tego, że każdy wybór jest do pewnego stopnia arbitralny, bo każdy klient ma inne potrzeby, a te również zmieniają się w zależności do tego, kiedy robi się zakupy.
„Nie jest możliwe stworzenie uniwersalnego koszyka zakupowego, który by w całości pasował jednocześnie do osobistych preferencji wszystkich klientów. […] Nie istnieje obiektywny koszyk „produktów pierwszej potrzeby”, ponieważ ich definicja jest subiektywna i zmienna w czasie. W danym dniu produktem takim będzie podstawowa żywność, a w innym – zupełnie odmienne artykuły. Nie określamy naszych zestawień jako koszyki produktów pierwszej potrzeby. Są to jednak towary, które nasi klienci wybierają regularnie”
– napisała w odpowiedzi na moje pytania Aleksandra Robaszkiewicz, dyrektor ds. Corporate Affairs i CSR w Lidl Polska. To niewątpliwie prawda, ale też są takie produkty, które lądują częściej w większej liczbie koszyków, a są takie, które kupujemy rzadziej i są raczej niszowe – interesują wyłącznie rodziców czy posiadaczy zwierząt. Rzecz jednak w tym, że takich powszechnych kupowanych w tym zestawieniu nie ma, a tych bardziej niszowych (i zazwyczaj droższych) jest mnóstwo.
Może nie jestem najbardziej reprezentatywny i prowadzę raczej skromne gospodarstwo domowe (bez małych dzieci i zwierząt) i, jak wspomniałem, na 30 produktów nie jestem zainteresowany niemal żadnym. A zakupy robię niemal codziennie. Jest oczywiste, że zarówno w Lidlu, jak i Biedronce niektóre produkty są tańsze, niektóre droższe. Więc według mnie Lidl starannie wybrał te produkty, na których mógł wykazać największą różnicę w cenie i te właśnie włożył do swojego koszyka.
„Koszyk Lidla”, czyli te same produkty co w Biedronce. Na pewno?
Dobór produktów do koszyka Lidla to oczywiście niejedyny problem z tym zestawieniem. Gorzej, że tak naprawdę nie bardzo wiadomo, czy w „koszyku Lidla” wylądowały te same produkty z obu sieci sklepów. Lidl twierdzi, że tak: „Przy porównywaniu cen zostały wzięte pod uwagę takie same produkty lub tożsame produkty marek własnych o takich samych pojemnościach lub gramaturach”. Problem w tym, że z opublikowane paragony w żaden sposób tego nie udowadniają.
No ale, o ile opublikowane paragony z Biedronki zawierają bardzo dokładne informacje o towarze i jego ilości, o tyle na paragonach Lidla są one opisane bardzo ogólnie. Na 30 pozycji jedynie w dwóch przypadkach zawierają one jakiekolwiek informacje dotyczące ilości – Nivea Krem 300 ml i krewetki surowe 500 g. W przypadku pozostałych 28 pozycji, inaczej niż na paragonach Biedronki, nie ma żadnych informacji dotyczących ilości zakupionego towaru.
Przykłady? Na paragonie Biedronki mamy pozycję „SerDanonki Mega 6×90 gr.”, analogicznie na paragonie Lidla jest tylko „Danone Danonki”. Ogórki konserwowe na paragonie Lidla widnieją po prostu jako „Krakus Ogórki konser”, a tym z Biedronki „OgórkiKra920 g 450 gr.”. A płyn do spryskiwaczy w Biedronce to „PlynSprZimAuraNa 4l”, a na paragonie Lidla wygląda jedynie „PłynDoSprys.Zim”. I tak dalej.
Poza dwoma wskazanymi przypadkami na 30 pozycji Lidl na swoich paragonach nie podaje żadnej informacji o wielkości opakowania, masy, objętości czy sztuk. Więc tak naprawdę nie ma żadnego dowodu, że w obu przypadkach kupowano te same opakowania czy ilość kupowanego towaru. Co na to Lidl?
„W reklamach Lidl, w których wykorzystywane są koszyki zakupowe, oprócz pokazania prawdziwych paragonów z zakupów umieszczane są szczegółowe informacje o produktach objętych danym koszykiem. Nie modyfikujemy paragonów wykorzystywanych w reklamach. Dotyczy to zarówno naszych paragonów, jak i paragonów konkurenta.”
Paragony oczywiście nie muszą zawierać szczegółowego opisu dotyczących specyficznych cech produktu jak masa, objętość, liczba sztuk, cena jednostkowa, rodzaj. Różne sieci stosują różne nazewnictwo, na rynku nie istnieje żaden jednolity standard.
„Opisy z paragonów wzbogacone dokładnym wylistowaniem towarów są bardziej czytelne. Dlatego też, żeby ułatwić zainteresowanym konsumentom dokonywanie weryfikacji, w naszych materiałach umieszczamy szczegółowe zestawienia towarów objętych koszykami. Towary przedstawione są również na zdjęciach koszyków. Są to rzeczywiste wizerunki towarów”
– przekonuje Aleksandra Robaszkiewicz z centrali Lidla w Polsce.
Herbata Lipton jak papierek lakmusowy
Gramatura zakupionych towarów ma jednak istotne znaczenie, jeśli chcemy porównywać ceny. Tak uważa ekspert handlu detalicznego dr Andrzej Maria Faliński, który przeanalizował specjalnie dla mnie te paragony.
„Porównanie nie jest w pełni porównywalne, by użyć takiej niegramatycznej formuły. Klucz zawarty jest chyba w gramaturze produktów. Otóż Biedronka podaje gramaturę, Lidl nie. Mamy więc prawo podejrzewać, że nie jest to przypadek”
– uważa dr Faliński i zwraca też uwagę na jeden ciekawy szczegół: herbata Lipton bez podanej gramatury w Lidlu jest niemal dwa razy tańsza niż w Biedronce? Zdaniem dra Falińskiego to jest niemożliwe w porównywalnej gramaturze. Rzeczywiście na paragonie Biedronki znajduje się „LiptonEarGrey92tb za 24,99 zł”. Z kolei na paragonie z Lidla mamy jedynie „Lipton Earl Grey” za 12,99 zł. Tyle tylko że lidlowym zwyczajem nie wiadomo, czy jest to opakowanie 92 torebek.
Czy to możliwe, żeby ten sam towar kosztował prawie o połowę mniej? Teoretycznie pewnie tak, ale w praktyce raczej takie rzeczy się nie zdarzają. To tak jakby litr paliwa wszędzie kosztował ok. 6 zł, a na jakiejś stacji benzynowej raptem 3 zł. Trudno mi sobie wyobrazić taką sytuację.
Ale jeszcze ciekawiej się zrobiło, gdy niedawno odwiedziłem najbliższego Lidla i oczywiście sprawdziłem, ile na półce kosztuje ta herbata. Otóż opakowanie 92 torebek Lipton Earl Grey kosztowało… 24,99 zł, a więc dokładnie tyle samo, co w Biedronce (zgodnie z opublikowanym paragonem)!
Czyli mamy taką sekwencję wydarzeń: w grudniu ub. r. Lidl pokazuje paragony i twierdzi, że takie opakowanie herbaty sprzedaje niemal za pół ceny z Biedronki (i z wielu pozostałych sklepów, gdzie cena jest porównywalna). Natomiast już po miesiącu cena idzie prawie dwa razy w górę i jest dokładnie taka sama jak w Biedronce sprzed miesiąca! Kluczowe pytanie zatem brzmi, co takiego wydarzyło się w ciągu tego czasu, że paczka herbaty tak bardzo podrożała. Nic takiego nie przychodzi mi do głowy, a Lidl też nie odpowiedział na to pytanie.
Oznacza to, że w czasie, gdy Lidl publikował paragony objęte pakietem „Koszyk Lidla”, herbata kosztowała o prawie połowię mniej, a zaraz potem podrożała dwukrotnie i zaczęła kosztować dokładnie tyle samo co w Biedronce, czego już na paragonach nie ma. W żaden sposób to się nie składa w logiczną całość i dlatego można mieć poważne wątpliwości co do jakości tego porównania.
Trudno nie odnieść wrażenia, że cena tej herbaty nie została specjalnie obniżona na potrzeby tego zestawienia. Lidl odrzuca takie oskarżenia, ale paradoksalnie, w swojej odpowiedzi… potwierdza, że taka niska cena obowiązywała wyłącznie w okresie przygotowania tego zestawiania oraz podczas emisji tej reklamy:
„Stanowczo odrzucamy sugestie o manipulowaniu cenami na potrzeby zestawień. (,,,) odnosząc się bezpośrednio do ceny wskazanego przez Pana produktu (herbata Lipton Earl Grey), to: po pierwsze cena wskazana na paragonie (12,99 zł) była rzeczywistą ceną obowiązującą w Lidl niemal przez miesiąc, a po drugie obowiązywała w Lidl nie tylko w dniu dokonania porównania będącego przedmiotem wskazanej reklamy (zakupy porównawcze) lecz także bez przerwy w całym okresie rozpowszechniania wskazanej przez Pana reklamy (inaczej niż historycznie często działo się to u jednego z naszych konkurentów)”.
A jak to się stało, że w „moim” Lidlu niedługo później musiałem płacić dokładnie za to samo opakowanie herbaty niemal dwa razy więcej? I tę zagadkę rozwiązuje przedstawicielka Lidla:
„Wcześniej, w listopadzie, cena herbaty Lipton Earl Grey wynosiła 19,99 zł (a nie 24,99 zł), a następnie – w ostatniej części grudnia – wynosiła ponownie 19,99 zł (a nie 24,99 zł). Cena 24,99 zł zaczęła obowiązywać dopiero w styczniu 2026 r., długo po zakończeniu rozpowszechniania przedmiotowej reklamy”
– pisze Aleksandra Robaszkiewicz z Lidla. Ufff… inżynieria cenowa czystej wody. I to w sieci sklepów, która w reklamach krytykowała Biedronkę za to, że w różnych sklepach (a tak naprawdę w różnych regionach geograficznych kraju) obowiązują tam różne ceny tych samych produktów. Żeby było jasne: każda sieć sklepów ma prawo organizować promocje. Ale nie powinna ich wykorzystywać do porównywania koszyków z konkurencją, bo to nie fair.
No i czarno na białym mamy potwierdzanie tego, że regularna cena herbaty Lipton była wyższa, bo wynosiła 19,99 zł lub 24, 99 zł, zaś w okresie robienia tego zestawienia i emisji reklamy została obniżona do 12.99 zł na niespełna miesiąc. Jeśli to nie jest manipulacja cenami, to co w nią w takim razie jest? Przedstawicielka Lidla ma inną opinię:
„Prosimy zwrócić uwagę na dość trywialną okoliczność, że wraz z upływem każdej zwykłej promocji „-50%”, cena danego towaru zawsze ulega dwukrotnemu podwyższeniu. Podobnie jest w przypadku towarów niebędących w promocji, gdzie możliwości długotrwałego oferowania atrakcyjniejszej ceny niż u większości konkurentów, również się z czasem wyczerpują, w szczególności gdy wyczerpaniu ulegają zapasy magazynowe nabyte i zabezpieczone w dobrej cenie. Odnotować też musimy, że w handlu nie istnieje „zwykła cena”, po której m.in. ten towar jest sprzedawany w sklepach różnych sieci, a wpływ na ustalenie nawet „średniej ceny” niewątpliwie ma również cena stosowana przez Lidl”
Nie tylko mnie Lidl nie przekonał
Jeżeli Lidl chciał mnie przekonać, że realne zakupy są u nich tańsze niż w Biedronce, to mu się to nie udało. To, co faktycznie pokazuje, to fakt, że niektóre produkty mogą być w Lidlu tańsze niż w Biedronce. Dlaczego tak uważam? Bo znalazły się tam przede wszystkim produkty niszowe, a nie te, które najczęściej potrzebne są w codziennym życiu. Tak np. powstają koszyki w niezależnych mediach, gdzie np. porównuje się ceny produktów na świąteczny stół. Wiadomo, że są to wtedy najbardziej przydatne towary, które raczej każdy kupuje. A w zestawianiu Lidla znalazły się raczej „wynalazki”, niż to co najbardziej potrzebne co dnia.
Uczciwe hasło reklamowe Lidla powinno brzmieć: „Niektóre nasze towary są tańsze niż w Biedronce”. Ale to raczej oczywiste, podobnie jak zapewne jest to w drugą stronę — zapewne są rzeczy, które kupimy tam drożej. Mówienie o „koszyku Lidla” sugeruje, że w Lidlu zrobimy taniej zakupy niż w Biedronce, a z tym to już raczej jest różnie…
Poza tym takie zestawianie ma sens, kiedy porównuje się produkty 1:1. Czy w tym wypadku tak było? Najłagodniej dla Lidla można powiedzieć, że są co do tego wątpliwości, a tu każda wątpliwość liczy się na jego niekorzyść. Lidl nie udowodnił też, że kupowane były takie same towary w takiej samej ilości, bo na ich paragonach najczęściej próżno szukać informacji o ich gramaturze.
Przynajmniej w jednym wypadku, herbaty Lipton, Lidl ewidentnie przeszarżował, bo wygląda to na zwykłą ściemę, zrobioną na potrzeby tego zestawiania. Podobnie oceniają to eksperci.
„W sporze cenowym między Lidlem a Biedronką problemem nie jest samo porównywanie koszyków, lecz sposób jego komunikowania. Pojedyncze paragony lub wąsko dobrane zestawy produktów nie mogą być traktowane jako dowód ogólnej przewagi cenowej w skali całego kraju. Różnice w liczbie paragonów, godzinach zakupów czy sposobie opisu produktów na paragonie nie przesądzają jeszcze o manipulacji, ale bez dodatkowych wyjaśnień obniżają wiarygodność przekazu”
– uważa Andrzej Wojciechowicz, doradca rynku FMCG oraz ekspert Komisji Europejskiej. A co na to konkurent Lidla, który stał się tłem tej reklamy, czyli Biedronka?
„Co do zasady nie komentujemy strategii marketingowych konkurencji i skupiamy się na tym, aby dostarczać naszym klientom najlepszą ofertę”
– mówi mi Konrad Nafalski, starszy menedżer ds. komunikacji korporacyjnej sieci Biedronka.
Tonący brzydko się chwyta?
Kurtuazja kurtuazją, ale te dwie sieci handlowe walczą ostatnio ze sobą dosłownie na noże. A właściwie na paragrafy, np. ostatnio głośno było o zajęciu na zlecenie sądu przez komornika dokumentacji w polskiej centrali Lidla na wniosek Biedronki w sprawie o wykorzystanie w reklamach tzw. Google Sentiment Score. Co gorsza jednak, Lidl próbuje mnie w spory wciągać, a to już bardzo nieładnie.
„Nadmieniamy, że nasz największy konkurent próbował już kwestionować w sądzie nasze reklamy „Lidlowy Przegląd Cenowy”, w tym w zakresie związanym z metodologią tworzenia koszyków zakupowych i prezentacji porównań. Sąd prawomocnie oddalił wniosek naszego konkurenta o zabezpieczenie jego rzekomych roszczeń, a konkurent nawet nie odważył się podjąć próby zaskarżenia tego orzeczenia. Dbając o rzetelność, musimy zauważyć, że zakres Pana pytań wykazuje zbieżność z elementami taktyki procesowej jednego z naszych konkurentów. Mogłoby to sugerować próbę instrumentalnego wykorzystania mediów do realizacji celów biznesowych konkretnego podmiotu”
– pisze Anna Robaszkiewicz z Lidl Polska. Tym samym sugeruje moją nieuczciwość i brak obiektywizmu. Są to absolutnie bezpodstawne pomówienia. Pierwsza i najważniejsza rzecz jest taka, że nie miałem zielonego pojęcia o tym sporze sądowym, o którym wspomina Lidl. Próżno szukać na ten temat jakichkolwiek informacji, a ani Lidl, ani Biedronka nie odpowiedziały mi na pytanie w tym zakresie.
Fakty są takie, że co prawda o Lidlu piszę nie po raz pierwszy w „Subiektywnie o Finansach” i innych mediach, ale równie często zdarza mi się pisać o innych sieciach sklepów, również o Biedronce. Żeby daleko nie szukać, ostatni mój tekst w „Subiektywnie o Finansach” dotyczył akurat praktyk stosowanych w sieci sklepów Auchan. W poprzednich tekstach na równych prawach cytuję wypowiedzi Lidla, ale też Biedronki czy Stokrotki. Większość moich publikacji jest dostępnych w Internecie, więc łatwo to sprawdzić.
Oskarżenie Lidla traktują więc jako zwykłe pomówienie, którego ten w dodatku w żaden sposób nie uzasadnił. Myślę, że najlepszym sposobem pozbawienia mnie argumentów byłoby opublikowanie w Internecie przez tę sieć zestawienia kilkudziesięciu produktów pierwszej potrzeby — tych kupowanych przez klientów najczęściej — z cenami zmienianymi np. raz w tygodniu.
Z tych zestawień można by wyciągnąć średnią i po jakimś czasie ocenić, czy któraś z sieci dyskontów jest „strukturalnie” lepsza dla klientów z punktu widzenia cen. Dopóki coś takiego się nie wydarzy, do marketingu pod hasłem „Koszyk Lidla” podchodzić będę z bardzo dużym dystansem. I wszystkim czytelnikom „Subiektywnie o Finansach” radzę postąpić podobnie.
——————————–
CZYTAJ TEŻ:
——————————–
CZYTAJ TEŻ O HANDLU W USA:
——————————
ZAPISZ SIĘ NA NASZE NEWSLETTERY:
>>> W każdy weekend sam Samcik podsumowuje tydzień wokół Twojego portfela. Co wydarzenia ostatnich dni oznaczają dla Twoich pieniędzy? Jakie powinieneś wyciągnąć wnioski dla oszczędności? Kliknij i się zapisz.
>>> Newsletter „Subiektywnie o Świ(e)cie i Technologiach” będziesz dostawać na swoją skrzynkę e-mail w każdy czwartek bladym świtem. Będzie to podsumowanie najważniejszych rzeczy, o których musisz wiedzieć ze świata wielkich finansów, banków centralnych, najpotężniejszych korporacji oraz nowych technologii. Kliknij i się zapisz.
———————————
ZNAJDŹ SUBIEKTYWNOŚĆ W SOCIAL MEDIACH
Jesteśmy nie tylko w „Subiektywnie o Finansach”, gdzie czyta nas ok. pół miliona realnych odbiorców miesięcznie, ale też w mediach socjalnych, zwanych też społecznościowymi. Tam krótkie spostrzeżenia o newsach dotyczących Twoich pieniędzy. Śledź, followuj, bądź fanem, klikaj, podawaj dalej. Twórzmy razem społeczność ludzi troszczących się o swoje pieniądze i ich przyszłość.
>>> Nasz profil na Facebooku śledzi ok. 100 000 ludzi, dołącz do nich tutaj
>>> Samcikowy profil w portalu X śledzi 26 000 osób, dołącz do nich tutaj
>>> Nasz profil w Instagramie ma prawie 11 000 followersów, dołącz do nich tutaj
>>> Połącz się z Samcikiem w Linkedin jak 26 000 ludzi. Dołącz tutaj
>>> Nasz profil w YouTube subskrybuje 12 000 widzów. Dołącz do nich tutaj
>>> „Subiektywnie o Finansach” jest już w BlueSky. Dołącz i obserwuj!
——————————-
ZAPLANUJ ZAMOŻNOŚĆ Z SAMCIKIEM:
Myślisz, że nie masz szans na żywot rentiera? Że masz za mało oszczędności? Że za mało zarabiasz? Że nie umiał(a)byś dobrze ulokować pieniędzy, gdybyś je miał(a)? W tym e-booku pokazuję, że przy odrobinie konsekwencji, pomyślunku i, posiadając dobry plan, niemal każdy może zostać rentierem. Jak bezboleśnie oszczędzać, prosto inwestować i jak już teraz zaplanować swoje rentierstwo – o tym jest ten e-book. Praktyczne rady i wskazówki. Zapraszam do przeczytania – to prosty plan dla Twojej niezależności finansowej. Polecam też trzy inne e-booki: o tym, jak zrobić porządek w domowym budżecie i raz na zawsze wyjść z długów, jak bez podejmowania ryzyka wycisnąć więcej z poduszki finansowej i jak oszczędzać na przyszłość dzieci.
——————————
ZOBACZ NASZE ROZMOWY:
„Subiektywnie o Finansach” jest też na Youtubie. Raz w tygodniu duża rozmowa, a poza tym komentarze i wideofelietony poświęcone Twoim pieniądzom oraz poradniki i zapisy edukacyjnych webinarów. Koniecznie subskrybuj kanał „Subiektywnie o Finansach” na platformie Youtube
zdjęcie tytułowe: Autor







