Jest projekt budżetu państwa na 2027 rok. W zeszłym roku – recenzując na gorąco rządowy projekt budżetu państwa na bieżący rok – pisałem bez ogródek: „POjedziemy na ścianę”. Dziś wypada mi napisać to samo, ale z dopiskiem, że jedziemy w większej mgle. Albo że znaleźliśmy się na karuzeli, która kręci się już dość szybko. Czy już czas wziąć jakieś lekarstwo na nudności? Oto pięć wniosków, które wynikają – moim zdaniem – z projektu budżetu państwa na 2027 r.
Na wyborczy rok 2027 rząd zaplanował jeszcze wyższą nominalnie dziurę budżetową, niż ta, która straszy nas w bieżącym roku. Koszt obsługi zadłużenia po raz pierwszy przekroczy granicę 100 mld zł. Ale za to zarobki mają nam trochę urosnąć, a inflacja ma nas nie męczyć. Co wiemy o stanie kasy państwa w najbliższych kwartałach i jak to może rzutować na stan naszych portfeli?
- Prosty portfel inwestycji z pięciu polskich ETF-ów? To już możliwe. Nie trzeba się ruszać z polskiej giełdy, żeby inwestować globalnie [POWERED BY PZU]
- Kilkanaście kliknięć od zaplanowania przyszłości finansowej. Automatyczne inwestowanie: jak zrobić to w pięć minut (albo nawet szybciej)? Przewodnik
- Zupełnie nowy rachunek z kartą w nowym banku: ile minut zajmie ci jego otwarcie? Sprawdziłem. Nie masz prawa narzekać na swój bank
Projekt budżetu państwa na 2027 rok. Jeszcze większa dziura
Patrząc na kluczowe dane dotyczące projektu państwowego budżetu na 2027 rok można powiedzieć, że rząd nie zamierza zmieniać kursu, którym jest szybkie zwiększanie zadłużenia. Pewnie liczy na to, że Polacy pozostaną w stanie zadowolenia z dotychczasowego poziomu świadczeń socjalnych i nie będą chcieli zmieniać władzy. Dziura budżetowa ma być jeszcze o 10 mld zł większa, niż tegoroczna i wyniesie 282 mld zł.
Dochody państwowego budżetu w przyszłym roku mają wynieść 695 mld zł. Na ten rok rząd planował 647 mld zł, ale już wiadomo, że tyle nie „zarobi” i najnowsze szacunki mówią o dochodach na poziomie 626 mld zł. Zapewne wpływ na to miał program dopłat do paliw, który zabrał z budżetu 5 mld zł oraz kilka podpisów prezydenta, który zablokował projekty zwiększające dochody państwa o łącznie 8 mld zł. Zatem przyszłoroczne dochody państwa mają być wyższe od najnowszych prognoz na ten rok o 69 mld zł.
Wydatki państwa wyniosą – według planu rządu – aż 977 mld zł, czyli o 58 mld zł więcej, niż planowane tegoroczne. To zapewne po części ze względu na wzrost budżetu na ochronę zdrowia, który skoczy z obecnych 247 mld zł do 272 mld zł. W tej kwocie jest zapewne ujęta wysoka państwowa dotacja do NFZ, sięgająca aż 41 mld zł. Tyle państwo planuje dopłacić z podatków wszystkich nas do dziury między dochodami ze składki zdrowotnej, a wydatkami NFZ na utrzymanie szpitali, SOR-ów, przychodni, refundacje leków i pensje lekarzy.
Na pocieszenie: w przyszłym roku mają się też zwiększyć nasze pensje (o 5,9%), zaś inflacja raczej nie powinna ich podgryzać, bo średniorocznie jest planowana na 2,8% (co może mieć znaczenie dla rachub tych z Was, którzy inwestują w obligacje). Wielkość polskiej gospodarki to będzie jakieś 4,45 biliona zł, co oznacza, że wartość wypracowywanych przez nas rzeczy i usług wzrośnie o 5,8% (a po uwzględnieniu inflacji – o 3%).
Dzięki wzrostowi gospodarczemu, w proporcji do wielkości tego, co wspólnie tworzymy – dziura budżetowa będzie „tylko” taka sama, jak w tym roku (czyli wyniesie 7,1% polskiego PKB). Co nie zmienia faktu, że prawdopodobnie znów będziemy najszybciej zadłużającym się krajem w Unii Europejskiej.
Pięć wniosków ważnych dla naszych portfeli, które nasuwa projekt budżetu państwa na 2027 rok
Co z tego wynika dla naszych kieszeni oraz dla naszych oszczędności, o ile ktoś je ma (a społeczność „Subiektywnie o Finansach” raczej jest przy kasie)? Moim zdaniem projekt budżetu państwa na 2027 rok, ogłoszony przez ministra finansów Andrzeja Domańskiego, podsuwa następujące wnioski.
Po pierwsze: rząd uważa, że nie jesteśmy gotowi na rozmowę o konieczności przestawienia budżetu państwa na nowe tory. A więc do zaplanowania nowego systemu podatkowego (który spowoduje, że podatki będą bardziej sprawiedliwe, być może wyższe i więcej osób będzie je płaciło), do przejrzenia wydatków socjalnych (czyli ograniczenia zrzucania pieniędzy z helikoptera do wszystkich, nawet zamożnych wyborców, zmniejszenia „sztywności” wydatkowej budżetu), ani do głębokiego przeorania wydatków na zdrowie (czyli żeby równo rozłożyć składkę zdrowotną, radykalnie przeorganizować sieć szpitali, przejrzeć „listę płac”, zacząć wynagradzać za efekt a nie „za sztukę”, zaplanować profilaktykę).
Być może premier i minister finansów mają rację, gdy dają do zrozumienia, że większość wyborców nie jest skłonna nic zmieniać, dopóki nie jest to konieczne oraz dopóki nie wymusi tego jakaś okoliczność zewnętrzna. Niestety, rządy Zjednoczonej Prawicy w pewnym stopniu nas „zdemoralizowały” i nastawiły na to, że państwo wszystko „da”, „sfinansuje”, a pieniądze wezmą się z drukarki, bo „wystarczy nie kraść”.
Kłopot w tym, że dziś już nie wystarczy nie kraść. Legendarna luka VAT-owska – która często jest przez populistycznych polityków używana jako magiczny sposób zwiększenia wydatków bez konieczności zwiększania obciążeń – została ograniczona mocno po wprowadzeniu plików JPK VAT i z większej ściągalności podatków zbyt wiele wycisnąć się już nie da (przynajmniej do czasu uproszczenia systemu podatkowego i zmniejszenia tym samym szarej strefy). Dziś jedynym lekiem jest restrukturyzacja wydatków w kluczowych sferach (np. zdrowie, administracja) i tzw. poszerzenie bazy podatkowej (czyli „znalezienie” nowych podatników).
Prędzej lub później – może za dwa lata, może za siedem – przy takiej polityce wydarzy się kryzys, za który najwięcej zapłacą najbiedniejsi. Ten kryzys będzie się wiązał ze zniszczeniem dużej części wartości złotego, cięciem transferów socjalnych, wyższym bezrobociem. Wystarczy, że z jakiegoś powodu tąpnie wzrost gospodarczy albo zwiększy się rentowność polskich obligacji – i już będziemy mieli mniejszy lub większy pożar.
Uważam, że postępowanie polskich polityków – czyli odkładanie na później zmian, które można byłoby zrobić dziś niższym kosztem – upoważnia nas do tego, żeby nasze oszczędności do ewentualnych turbulencji przygotować. Po to, żebyśmy nie byli wśród „przegranych”. Jak to zrobić – będziemy pisali w „Subiektywnie o Finansach”, mówili w naszych podcastach, a także opowiadali na naszym kanale w Youtube. Jeśli chcecie wiedzieć więcej lub wcześniej – warto też być zapisanym do naszego newslettera.
CZYTAJ WIĘCEJ O TYM:
Po drugie: siedzimy na karuzeli długu, która kręci się już szybko. To będzie czwarty rok z rzędu ogromnej różnicy między wpływami do kasy państwa i wydatkami. W ciągu tych czterech lat (2024-2027) różnica między pieniędzmi, które wydaje polski rząd, a tymi zbieranymi z podatków, przekroczy łącznie bilion złotych (ten dług ma oprocentowanie średnio na 4,5-5% rocznie). Oczywiście: wciąż nie jesteśmy państwem mocno zadłużonym, więc nie grozi nam natychmiastowe bankructwo, ale w coraz mniejszym stopniu mamy kontrolę nad sytuacją. Jeśli stanie się coś nieprzewidzianego, jest większe ryzyko, że wpadniemy w korkociąg.
Na koniec tego roku Polska będzie miała zadłużenie w relacji do PKB na poziomie 65% (licząc według metodyki unijnej). Na koniec przyszłego roku to będzie już 72%, zaś w 2030 roku – to za niespełna pięć lat – już być może 90-95%, o ile nic nie zmienimy w konstrukcji budżetu państwa. Będąc poza strefą euro będziemy za ten dług płacili więcej, niż Francuzi (zadłużeni w podobnym stopniu), być może nawet 20% budżetu pójdzie na odsetki (we Francji, zadłużonej na 100% PKB, dziś idzie na nie 13-14%). W przyszłym roku po raz pierwszy odsetki od polskiego długu przekroczą psychologiczny próg – rząd planuje, że wydamy na nie 107 mld zł.
Kto ma klucze do budki kierownika tej karuzeli?
Po trzecie: zbrojenie to nie usprawiedliwienie. Na tę karuzelę wsadził nas premier Mateusz Morawiecki, a premier Donald Tusk nie umie nas z niej ściągnąć. Ostatnie lata to wzrost wydatków na zbrojenia. W przyszłym roku wydamy na nie 198 mld zł (w tym roku ok. 200 mld zł), w dużej części z pieniędzy pożyczonych lub zasysanych z Unii Europejskiej. Jednak wzrost wydatków zbrojeniowych to tylko 15-20% całkowitego wzrostu wydatków państwa w ostatnich latach (wcześniej też wydawaliśmy niemało na utrzymanie armii).
Za czasów rządów Zjednoczonej Prawicy nastąpiło obciążenie budżetu licznymi, sztywnymi wydatkami socjalnymi. One wsadziły nas na „karuzelę” wzrostu długu (pod koniec kadencji premier Mateusz Morawiecki próbował to korygować, czego owocem był potworek zwany Polskim Ładem). Albo z tej karuzeli będziemy umieli i chcieli wysiąść, albo będzie źle. Im chętniej będziemy ulegali populistycznym politykom i wizjom – że da się obniżyć podatki, coś komuś „dać” – tym trudniej będzie znaleźć odważnego, który spróbuje spowolnić karuzelę, a potem nas z niej wysadzić.
Po czwarte: stopniowo przestajemy być panami swojego losu. Karuzela długu może zakręcić się szybciej. W przyszłym roku wydamy na odsetki od zadłużenia 107 mld zł – tak planuje rząd. Ale ile naprawdę wydamy, to zależy od… niestety, nie od nas. Jeśli na świecie zdarzy się coś takiego, jak np. wybuch wojny w okolicy (a podobno Rosja coś planuje w odniesieniu do państw bałtyckich), może nastąpić wzrost oprocentowania polskiego długu, który skomplikuje sytuację budżetu. I karuzela wzrostu zadłużenia zacznie się kręcić jeszcze szybciej.
Oczywiście, nie spadniemy z niej od razu. Nawet jeśli będziemy musieli emitować obligacje oprocentowane np. na 8-9% w skali roku, a nie na 5-6% jak dziś, to będzie to dotyczyło stosunkowo niewielkiej części nowo emitowanego długu. Ale za to będzie to obciążenie na lata. Polska ma 2,5 biliona złotych długu. Jedną piątą z tego będzie w przyszłym roku refinansowała. Potrzeby pożyczkowe brutto to 565 mld zł (w 2026 – poniżej 600 mld zł). Jeśli z jakichś przyczyn popyt na polskie obligacje będzie słaby – to karuzela zacznie się kręcić tak szybko, że grożą nam mdłości.
Po piąte: nie mamy klucza do budki z dżojstikiem i nie możemy sterować tempem kręcenia się karuzeli. Tym, co powoduje, że inwestorzy chętnie kupują polskie obligacje i nie chcą za nie wysokich odsetek, jest szybki rozwój gospodarki. Na tyle szybki, że wzrost kosztów obsługi długu jest wolniejszy, niż wzrost dochodów podatkowych. A polski rząd planuje na przyszły rok sytuację odwrotną – PKB ma się zwiększyć nominalnie o 5,8%, zaś zadłużenie o 7,1%. Dochody z podatków będą rosły wolniej, niż koszty odsetek. W takich okolicznościach jest ryzyko, że „kierownik karuzeli” będzie wrzucał nam coraz wyższe tempo (czyli odsetki od długu), a nie coraz mniejsze.
CZYTAJ TEŻ:
Warto patrzeć na rentowność polskich obligacji
Jak w tej sytuacji nie „puścić pawia”? Gdybyśmy przedstawili plan stopniowego zmniejszania dziury budżetowej w relacji do PKB (czyli zmniejszania tempa wzrostu zadłużenia) i zaczęli go realizować, to inwestorzy łatwiej zaakceptowaliby to, że wciąż dość odważnie zwiększamy zadłużenie. Jeśli zwiększymy dług za szybko w relacji do tempa wzrostu gospodarki to odsetki pójdą w górę bardziej, niż dochody państwa i karuzela się zacznie sama nakręcać. Wyższe odsetki to wyższy koszt długu w relacji do PKB i trzeba szybszego wzrostu PKB, żeby to „zrefundować”, a gdy tego nie da się zrobić – pojawia się inflacja, recesja, a potem krach.
Być może gruby wzrost inwestycji – który ostatnio widzimy w statystykach – przełoży się na szybszy wzrost PKB w przyszłości oraz na wzrost dochodów z podatków. Ale nie zmienia to faktu, że nawet dość szybko kręcąca się gospodarka nie „zrefunduje” skutków wzrostu długu, który pęcznieje w tempie 300 mld zł rocznie i 7% PKB rocznie (gospodarka musiałaby rosnąć znacznie szybciej – np. w tempie inflacji plus 5-6%). Na razie przynajmniej wzrost dochodów podatkowych (50 mld zł) mamy mieć większy, niż planowane tempo wzrostu kosztów odsetek od długu (ma wynieść 17 mld zł). Problemem jest tempo wzrostu wydatków.
Po ogłoszeniu projektu budżetu państwa na 2027 r. w górę ruszyła rentowność polskich obligacji. W momencie pisania tego tekstu za 10-letnie obligacje polskiego rządu na rynku wtórnym inwestorzy żądali już 5,99% rocznie (na początku lata żądali 5,5%, a na początku roku – 5%). To znak, że wielkie potrzeby emisji długu przez Polskę oraz brak jakiegokolwiek znaku, że chcemy jechać na ścianę choć trochę wolniej, widzi cały świat.

Na dziś naszym inwestycjom w polskie aktywa nic nie grozi. Ale musimy być bardziej przygotowani na to, że nieprzewidziane wydarzenia geopolityczne będą silniej uderzały w złotego, w polskie obligacje i mogą też łatwiej odstraszać kapitał od kupowania akcji polskich spółek notowanych na giełdzie. Karuzela długu kręci się szybko. Środkiem na nudności jest dywersyfikacja, czyli posiadanie części oszczędności w takich lokatach kapitału, które są odporne na ewentualny spadek wartości polskiej waluty.
——————————————
CZYTAJ WIĘCEJ O POLSKIM ZADŁUŻENIU:
——————————
ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTERY
>>> W każdy weekend sam Samcik podsumowuje tydzień wokół Twojego portfela. Co wydarzenia ostatnich dni oznaczają dla Twoich pieniędzy? Jakie powinieneś wyciągnąć wnioski dla oszczędności? Kliknij i się zapisz.
>>> Newsletter „Subiektywnie o Świ(e)cie i Technologiach” będziesz dostawać na swoją skrzynkę e-mail w każdy czwartek bladym świtem. Będzie to podsumowanie najważniejszych rzeczy, o których musisz wiedzieć ze świata wielkich finansów, banków centralnych, najpotężniejszych korporacji oraz nowych technologii. Kliknij i się zapisz.
——————————

ZAPLANUJ ZAMOŻNOŚĆ Z SAMCIKIEM:
Myślisz, że nie masz szans na żywot rentiera? Że masz za mało oszczędności? Że za mało zarabiasz? Że nie umiał(a)byś dobrze ulokować pieniędzy, gdybyś je miał(a)? W tym e-booku pokazuję, że przy odrobinie konsekwencji, pomyślunku i, posiadając dobry plan, niemal każdy może zostać rentierem. Jak bezboleśnie oszczędzać, prosto inwestować i jak już teraz zaplanować swoje rentierstwo – o tym jest ten e-book. Praktyczne rady i wskazówki. Zapraszam do przeczytania – to prosty plan dla Twojej niezależności finansowej. Polecam też trzy inne e-booki: o tym, jak zrobić porządek w domowym budżecie i raz na zawsze wyjść z długów, jak bez podejmowania ryzyka wycisnąć więcej z poduszki finansowej i jak oszczędzać na przyszłość dzieci.
——————————
ZOBACZ NASZE WIDEOROZMOWY I PORADNIKI:
„Subiektywnie o Finansach” jest też na Youtubie. Raz w tygodniu „Magazyn Subiektywnie o Finansach”, a poza tym rozmowy z mądrymi ludźmi o pieniądzach, komentarze i wideofelietony poświęcone naszym portfelom oraz poradniki i zapisy edukacyjnych webinarów. Koniecznie subskrybuj kanał „Subiektywnie o Finansach” na platformie Youtube.
zdjęcie tytułowe: Pixabay







