30 czerwca 2026

Fura sensacji na Mundialu! Aż chciałoby się na tym zarobić. Ale czy da się ograć bukmachera? I jak to zrobić? Tajemnice zakładów sportowych

Fura sensacji na Mundialu! Aż chciałoby się na tym zarobić. Ale czy da się ograć bukmachera? I jak to zrobić? Tajemnice zakładów sportowych

Ten Mundial to pozornie raj dla miłośników zakładania się o wyniki meczów. Niespodzianek i sensacji jest moc, odpadają faworyci, a obstawianie wyników nieoczywistych pozwala sporo zarobić. Skoro i tak oglądamy mecze i wiemy kto z kim może przegrać, to dlaczego by nie uzasadnić tych przeczuć zakładem finansowym? Tak myśli wiele osób, które próbują zrobić z Mundialu domowy sukces finansowy. Ale czy tak naprawdę da się pokonać bukmachera? Zapraszam do wspólnego sprawdzenia – tych, którzy się zakładają i tych, którzy punkty bukmacherów omijają z daleka

Według badania Pentagon Research wykonanego dla Superbet przed kilkoma laty, aż 24% Polaków w wieku produkcyjnym (czyli nie dzieci i nie emeryci, lecz ci, którzy pracują lub mogliby pracować) miało do czynienia z zakładami bukmacherskimi. A wśród osób żywo zainteresowanych sportem aż 27% obstawia regularnie, a kolejne 25% okazjonalnie.

Zobacz również:

Z kolei wedle raportu iGaming sprzed półtora roku, wartość polskiego rynku bukmacherskiego w 2024 roku sięgnęła około 26 mld zł – mowa o obrocie, czyli o postawionych kwotach. A według raportu Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego z 2024 roku, ogólny odsetek Polaków deklarujących jakąkolwiek styczność z grami hazardowymi wyniósł 31,7%. Jak można się domyślać – czterech na pięciu to mężczyźni. Aż 74% graczy deklaruje, że pochodzi z największych aglomeracji miejskich).

No i najważniejsza liczba. Polski gracz w zakładach sportowych średnio przeznaczał w 2024 roku na tę zabawę 265 zł w skali roku, o 48% więcej niż w 2019 roku (wiadomo – inflacja). Pamiętajmy jednak, że to już dość stare dane. Mamy już połowę 2026 roku. Wydaje się, że można delikatnie szacować liczbę regularnie grających na zakładach na około 900 000 osób. W trakcie Mundialu pojawia się zapewne spora liczba okazjonalnych graczy, więc liczba grających rośnie. Swoje pieniądze na wyniki meczów postawić może nawet 2,5 mln Polaków.

Era bukmachera. Czy w zakładach o wyniki można zmienić swój los?

Dlaczego w ogóle gramy na zakładach sportowych? Odpowiedzi na to pytanie jest wiele, a jedynym powodem wcale nie jest chęć wygrania pieniędzy – mówi mi socjolog prof. Przemysław Nosal z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, który napisał książkę o zakładach bukmacherskich. „Ludzie grają dla pieniędzy, ale grają też po to by zająć czymś głowę, żeby mieć w życiu trochę emocji. Hazard daje też silne poczucie, że można zmienić szybko i łatwo swój los. To dlatego głównie biedni grają na loteriach, bo liczą już tylko na ten łut szczęścia” – tłumaczy prof. Nosal.

No ale przecież zakłady sportowe to coś innego niż loteria, prawda? W końcu Hiszpania jest mocna, ma w składzie graczy Realu i Barcelony, więc zmiecie z boiska taką Republikę Zielonego Przylądka, prawda? Tu – inaczej niż przy obstawieniu wyników Lotto – pojawia się iluzja kompetencji, która napędza mechanizm gry na zakładach sportowych.

Problem w tym, że nauka mówi wprost: obstawianie wyników meczów to pewna strata pieniędzy w długim terminie. Co prawda badacze udowodnili też, że rynek zakładów bywa nieefektywny i da się go matematycznie ograć – ba, historia zna nawet przypadki ludzi którzy dorobili się pokaźnych majątków na zakładach sportowych – jednak gdy nauka wygrywa… bukmacherzy po prostu zamykają jej konto. Ale po kolei.

Najpierw popatrzmy co o zakładach mówi matematyka. Gdyby rzucić monetą, uczciwy kurs na orła i reszkę powinien wynosić 2,00 na oba zdarzenia. Bukmacher wystawi jednak 1,90. Różnica to jego czysty zysk, wbudowany w strukturę gry. Typowa marża bukmachera na pojedynczych zakładach wynosi 4–7%, a w Polsce przy kursach na mecz jest to nawet 5–6% po uwzględnieniu 12% podatku od stawki, który pobierany jest bez względu na to czy gracz wygra czy nie. Oznacza to, że aby tylko wyjść na zero, musisz mieć skuteczność na poziomie ponad 52,6% (przy kursach 1,90), podczas gdy czysty traf daje ci 50%.

W sporcie, gdzie losowość jest duża, regularne przeskakiwanie tej bariery przy setkach zakładów jest po prostu niemożliwe. Liczne badania – choćby te poczynione przez naukowców z Northwestern University Kellogg School of Management – potwierdzają, że w USA ledwie 3-5% graczy w długim terminie potrafi zarabiać na zakładach sportowych i nie ma powodów sądzić, by w Polsce było inaczej.

Przeciwko fortunie i „bukom”. Znaleźli sposób na wygrywanie

Co dzieje się jeśli komuś uda się jednak osiągać wysoką skuteczność na zakładach? Pokazało to jedno z najgłośniejszych badań ostatnich lat, przeprowadzone przez zespół pod kierownictwem prof. Lisandro Kaunitza z Uniwersytetu Tokijskiego. Naukowcy doszli do wniosku, że zamiast tworzyć własne, skomplikowane modele przewidywania wyników, lepiej… zaufać zbiorowej mądrości samych bukmacherów.

Stworzyli algorytm, który analizował uśrednione kursy z całego rynku tuż przed meczem, traktując je jako najbliższe prawdy. Następnie szukali pojedynczych bukmacherów, którzy wystawili na dany mecz zbyt wysoki kurs – czyli szukali tzw. valuebetów, a więc zakładów z dodatnią oczekiwaną wartością.

Tutaj musimy na chwilę przerwać narrację. O co chodzi z dodatnią oczekiwaną wartością zakładu? Czyli Positive Expected Value, w skrócie +EV? To absolutny „Święty Graal” graczy. To linia demarkacyjna oddzielająca bezmyślny hazard od inwestowania. Jednakże jest to linia niewyraźna, trudna do odnalezienia i przekroczenia. Mówiąc najprościej jak się da, dodatnia wartość oczekiwana oznacza, że jeśli powtórzysz dany zakład tysiące razy, jesteś matematycznie skazany na zysk.

Nie musisz mieć pewności, czy wygrasz jeden konkretny zakład, chodzi o znajdywanie takich zdarzeń które obstawiamy na warunkach w których bukmacher „pomylił się” na naszą korzyść. Nikt nie zna idealnego prawdopodobieństwa przy określaniu kursów na zdarzenia w sporcie, i szukanie zakładów +EV polega na znalezieniu sytuacji, w której bukmacher oszacował szansę na wystąpienie jakiegoś zdarzenia na niższą niż ona jest w rzeczywistości.

Przykład? Bukmacher na wygraną Huberta Hurkacza daje kurs 2,00 – czyli zdaniem bukmachera zawodnik ma dokładnie 50% szans na wygraną. Jednak ty wiesz, że jego przeciwnik ma mikrouraz, a skoro grają na mączce, to pojedynek zapewne będzie trwał dość długo i ten mikrouraz będzie miał wpływ na postawę oponenta Hurkacza. Czyli matematycznie rzecz biorąc, Hurkacz ma 60% szans na zwycięstwo, a nie 50% jak wyliczył bukmacher. To jest właśnie valuebet. Nawet jeśli Hurkacz przegra, to postawienie na niego ma sens. Matematycznie.

Grupa Kaunitza przeprowadziła symulację na danych historycznych i ona przyniosła 9,9% zwrotu z inwestycji. Naukowcy zaczęli więc stawiać realną gotówkę i po kilkuset zakładach osiągnęli 8,5% czystego zysku. Zanim zdążyli zarobić fortunę, bukmacherzy zaczęli… drastycznie ograniczać stawki na ich kontach lub całkowicie je blokować, uniemożliwiając dalszą grę. Bukmacherzy we własnym interesie odcięli wygrywających naukowców od gry!

Naprawdę trudno wygrać na zakładach, bo walczymy nie tylko z losowością, ale i z „bukami”. Noblista z ekonomii Richard Thaler oraz William Ziemba opublikowali niegdyś badanie w którym wykazali, że ludzie mają zakorzeniony błąd poznawczy: systematycznie przeceniają szanse „czarnych koni” (outsiderów) i niedoceniają faworytów. Dlaczego? Bo chcą postawić mało, a wygrać dużo. Szukają niespodzianek, obstawiają więc mało prawdopodobne scenariusze.

Przez to bukmacherzy celowo obniżają kursy na outsiderów – bo tłum i tak na nich postawi – a dają relatywnie lepsze kursy na faworytów. Tak więc, jeśli już coś ma matematyczny sens, to stawianie na faworytów po niskich kursach, ale taka strategia w długim terminie rzadko pokonuje marżę…

Jak robią to legendy? Oni pokonali bukmachera

Jednak niektórym jednostkom udaje się ograć „buków”. Stają się wtedy legendami. Jednak wysiłek, jaki w to wkładają, jest gigantyczny. I nie tylko o wysiłek intelektualnych chodzi, ale też o nakłady kapitałowe. Bowiem by ograć „buków”, trzeba być sprytnym i mieć dużo pieniędzy.

Billy Walters. Amerykanin. Dorastał w biedzie w Kentucky, w domostwie bez bieżącej wody. Wychowany przez babcię. Pierwszy zakład przegrał jako 10-latek. Gdy dorósł, stworzył syndykat analizujący wyniki wydarzeń sportowych przy pomocy pierwszych komputerów osobistych. Grał przez kurierów – czyli słupów. Stawiał miliony dolarów. Wyliczał własny kurs i stosował „zasłony dymne stawiając sporą sumę na „underdoga” (tego, który może sprawić niespodziankę), by zmusić bukmachera do uatrakcyjnienia kursu faworyta. Wygrywał ponad trzy dekady z rzędu. Zarobił około 200 mln dolarów, które ulokował w salonach samochodowych, polach golfowych i nieruchomościach.

Tony Bloom. Matematyk po University of Manchester. Przez lodowate spojrzenie i odporność na stres zyskał pseudonim „The Lizard” – czyli Jaszczurka. Dla hazardu porzucił pracę tradera i audytora w firmie Ernst & Young. Założył firmę Starlizard – bukmacherski fundusz hedgingowy, który zatrudnia setki statystyków. Fundusz ten bada tysiące zmiennych i tworzy własny kurs na dane zdarzenie. Bloom ma dziś majątek około 2 mld dolarów i jest znany szerzej jako właściciel klubu Brighton & Hove Albion F.C. grającego z powodzeniem w brytyjskiej Premier League, który to klub potrafi zarabiać krocie na transferach, stosując ponoć metody firmy Starlizard.

W Polsce kilka lat temu było głośno o doktorze nauk matematycznych Marcinie Krzywkowskim, który wygrał na zakładach sportowych kilka milionów złotych. Co mówi on dziś o grze na zakładach? Co radzi? Udało mi się uzyskać od niego lakoniczną wypowiedź. „Gra ma sens finansowy, jeśli w długim terminie będzie dla gracza generowała zysk, w przeciwnym razie jest to kosztowne hobby. Nie ma recepty na stałe wygrywanie. Podstawową zasadą jest dbanie, by wartość oczekiwana zakładu była dodatnia, ale i tak wynik faktyczny będzie mocno odbiegał od wartości oczekiwanej. Bardzo ważne jest rozsądne zarządzanie kapitałem” – powiedział dr inż. Krzywkowski.

CZYTAJ TEŻ:

ile to jest wystarczająco dużo przypadek lewandowskiego

Zakłady sportowe po polsku: „bezpiecznie” lub „bez podatku”

Na polskim rynku bukmacherskim panuje oligopol, po tym jak kilka lat temu mocno go uregulowano. Działa na nim legalnie kilkunastu „buków” z licencjami Ministerstwa Finansów, ale czterech gigantów – chodzi o STS, Betclic, Superbet i Fortuna – ma około 85% obrotów. Płacą podatki i muszą przestrzegać określonych zasad. Korzystając z ich usług, gracz ma niemal pewność, że nagle jego pieniądze nie wyparują.

Mimo to istnieje wielka szara strefa, która daje „szansę gry bez podatku”. Chodzi zarówno o podatek od kuponu bukmacherskiego (tzw. podatek obrotowy), który wynosi 12% od stawki (i pobierany jest niezależnie od tego, czy wygrasz, czy przegrasz) oraz o podatek od wygranej (10% od wygranej powyżej 2 280 zł). Nie wiadomo ilu polskich graczy szuka szczęścia i większych wygranych bez podatku w takich miejscach.

W ostatnich latach legalnie działający bukmacherzy zaczęli promować tak zwane „bezpieczne granie”. Jest to koncept odpowiedzialnego hazardu, a bazuje przede wszystkim na zasadzie grania tylko za te pieniądze, które można stracić. U większości „buków” w panelach sterowania kontem pojawiają się takie opcje, jak limit kwotowy (ograniczenie ile gracz może wpłacić na konto w skali dnia czy tygodnia), limit czasu spędzonego na stronie czy w aplikacji, czy też limit liczby zakładów lub stawek.

Możliwa jest też np. całkowita blokada konta na minimum trzy miesiące lub na stałe. U niektórych bukmacherów pojawiają się także automatyczne ostrzeżenia o rosnącym ryzyku uzależnienia czy linki do organizacji pomagających osobom uzależnionym. Bukmacherzy w ten sposób budują wizerunek bezpiecznej i legalnej rozrywki i chronią się przed problemami prawnymi i wizerunkowymi.

Czy jednak odpowiedzialna gra na zakładach w wykonaniu przeciętnego Kowalskiego jest w ogóle możliwa? „Rzeczywiście, badania pokazują, że spora część graczy stawia bardzo małe kwoty na kuponie, choćby 2 zł. Jednak z bezpiecznym graniem jest inny problem. Firmom bukmacherskim zależy na tym, żeby ludzie grali i żeby grali dużo i żeby zostawiali u nich coraz więcej pieniędzy. Więc to jest tak jakby sprzedawać małe lizaki i mówić ludziom: nie kupujcie tych dużych lizaków, bo od nich psują się zęby, kupujcie te małe, i możecie ich kupować sporo” – odpowiada prof. Nosal.

CZYTAJ TEŻ:

mundial panmure typuje

bilety na mundial 2026

Czy „powinni tego zabronić”? A może zakłady sportowe niosą jakiś pożytek?

Czy jest jakiś pożyczek społeczny z tego całego hazardu sportowego? Może buduje to jakąś wspólnotę rodzinną, sąsiedzką lub wspólnotę graczy w internecie? Prof. Nosal zagłębił się w ten temat i odpowiada przecząco. „Ludzie od czasu do czasu o tym rozmawiają, ale generalnie to jest przeżycie indywidualne. Być może ta wspólnotowość kiedyś istniała, w jakiejś formie, gdy trzeba było chodzić do stacjonarnych placówek bukmacherskich. Dziś wszyscy obstawiają przez internet. Coś, co było kiedyś zbiorowym doświadczeniem, obecnie jest samotniczym doświadczeniem… To smutne” – konstatuje.

No właśnie – bukmacherka jest już powszechnie dostępna. Są świetne, płynnie działające aplikacje bukmacherskie pod palcem. I trzeba zadać to pytanie: czy zakłady bukmacherskie stały się zbyt łatwo dostępne? A może „chcącemu nie dzieje się krzywda”? „Łatwy dostęp do czegoś, co jest potencjalnie szkodliwe, zawsze generuje mniejsze czy większe problemy. A technologia jest o krok przed legislacją.

Fakt, że dostęp do bukmacherskich appek na smartfonach jest tak łatwy jest na pewno jest kontrowersyjny, a chodzi mi tu głównie o młodzież. Bo do kasyna 16-latkowi jest trudno wejść, a może on z łatwością uzyskać dostęp do takiej appki. Najlepiej byłoby bardzo zdecydowanie zablokować niepełnoletnim osobom dostęp do bukmacherki, ale na całym świecie trwa dyskusja jak to zrobić tak, by nie wylać dziecka z kąpielą.

Druga kwestia, na którą nikt nie zwraca uwagi, to powszechność reklam działalności bukmacherskich – one są na stadionach, na strojach zawodników. „To jest zjawisko, które rozwija się na całym świecie, zaczyna się mówić o gamification of sport – czyli uhazardowieniu sportu” – wskazuje prof. Nosal.

Podsumowując, matematyka mówi jasno i wyraźnie, że zakłady sportowe mogą mieć sens jako forma rozrywki. Należy je traktować jak bilet na mecz z emocjonalnym dopalaczem. Są jednak kompletnym bezsensem, jeśli traktuje się je jako sposób na zarabianie pieniędzy. Rynek jest zbyt efektywny, a zasady gry ustawione przez „buków” tak, by to oni zawsze wygrywali. A najsmutniejsze jest to, że – wszystko na to wskazuje – zakłady sportowe dokładają swoją cegiełkę do atomizacji polskiego społeczeństwa, ale to już temat na inny artykuł…

Jeśli jeszcze niedostatecznie zniechęciłem Was do grania w zakładach piłkarskich, to polecam poniższą rozmowę. Pogadałem z jednym z największych ekspertów od zakładów sportowych, który patrzy na nie od strony matematyki i probabilistyki.

Ekspert: „Skuteczne obstawianie nie polega na typowaniu zwycięzców”

Piotr Rosik: Jak możemy ograć bukmachera? Czy mógłbyś wyjaśnić na ogólnym poziomie zasady tego, jak można próbować skutecznie obstawiać zakłady sportowe?

Dr Anthony Costa Constantinou (Queen Mary University of London): Bukmacherzy używają zaawansowanych modeli statystycznych do szacowania szans ziszczenia się zdarzeń sportowych. Kursy, które publikują, zawierają marżę zysku, co oznacza, że są nieco mniej korzystne niż „sprawiedliwe” kursy wynikające z ich modeli. To sprawia, że bukmacherzy generalnie potrafią być rentowni w długim okresie.

Aby zrozumieć, czym jest marża zysku, trzeba o tym pomyśleć jak o tzw. przewadze kasyna w ruletce. Szansa na wygraną przy obstawieniu jednego numeru w ruletce – w przedziale od 0 do 36 – wynosi 1 do 37, ale wypłata za dowolny numer jest niższa, ponieważ wynosi x36 zamiast x37. Daje to kasynu „wbudowaną” w mechanizm gry przewagę na poziomie około 2,7%.

Jeśli ktoś chce ograć bukmachera musi znaleźć takie sytuacje, w których kursy bukmacherskie są bardziej niedokładne niż narzucona marża zysku. Skuteczne obstawianie nie polega zatem na przewidywaniu kto wygra, ale raczej na identyfikowaniu wartości. Jeśli wydarzenie jest bardziej prawdopodobne, niż sugeruje to kurs, może być warte zagrania. Jeśli gracz potrafi konsekwentnie znajdować takie okazje, może potencjalnie osiągać zyski w długim okresie.

Wyzwanie polega na tym, że bukmacherzy inwestują ogromne środki w pozyskiwanie danych i analitykę oraz w modelowanie statystyczne, więc znalezienie wartości nie jest łatwe, szczególnie w 2026 roku, gdy łatwo dostępne stało się AI.

W teorii gier i zakładach kluczowym pojęciem jest wartość oczekiwana (+EV). Czy mógłbyś wyjaśnić ten termin laikowi? Dlaczego tak ważne jest, aby zakład w długim okresie zawsze miał dodatnią wartość oczekiwaną?

W statystyce EV (wartość oczekiwana) to po prostu średni wynik. W piłce nożnej może odnosić się do oczekiwanej liczby strzelonych bramek. W przypadku zakładów sportowych jest to sposób na zmierzenie czy zakład jest wart postawienia, poprzez połączenie prawdopodobieństwa wygranej z kwotą, którą możesz wygrać lub przegrać.

Załóżmy, że bukmacher oferuje kurs 2,3 na wygraną danej drużyny. Kurs ten implikuje prawdopodobieństwo na poziomie około 43%. Jeśli nasz model szacuje to prawdopodobieństwo na 50%, co odpowiadałoby kursowi 2,0 to oznacza to, że naszym zdaniem bukmacher niedoszacował szans tej drużyny. Jeśli więc na tej podstawie postawimy 1 euro to z prawdopodobieństwem 50% osiągniemy zysk w wysokości 1,30 euro albo z prawdopodobieństwem 50% stracimy 1 euro. Wartość oczekiwana zysku wynosi zatem +0,15 euro.

Nie oznacza to, że spodziewamy się zarobić akurat 15 eurocentów na pojedynczym zakładzie. Oznacza to, że przy wielu podobnych zakładach średni zysk zbliży się do 15 eurocentów na każdy postawiony 1 euro. Innymi słowy, pojedyncze zakłady mogą wygrać lub przegrać z powodu przypadku, ale jeśli konsekwentnie stawiasz zakłady z dodatnim EV, matematyka działa na Twoją korzyść w długim okresie.

Większość graczy spędza długie godziny na analizowaniu formy zawodników, ich kontuzji czy pogody jaka będzie w dniu meczu. Ty z kolei często podkreślasz, że intuicja i tak zwana „wiedza sportowa” mogą być złudne. Czy nadmiar subiektywnych informacji o drużynie lub wydarzeniu może wręcz przeszkadzać w chłodnej, matematycznej ocenie wartości kursu?

Jako naukowiec specjalizujący się w przyczynowym modelowaniu AI (causal AI modelling), opowiadam się za łączeniem wiedzy z danymi – nie tylko w sporcie, ale także w innych dziedzinach. Wynika to z faktu, że dane nie zawsze odzwierciedlają wszystko, co ma znaczenie dla podejmowania decyzji. Na przykład w piłce nożnej zmiana trenera lub napięcia w szatni mogą odgrywać ważną rolę, a informacje te – w przypadku braku ich odzwierciedlenia w danych – mogą wymagać ręcznego wprowadzenia do modelu.

Wyzwanie polega na dodaniu tych informacji do modelu w odpowiedni sposób. Ponieważ ludzki osąd jest stronniczy, uwzględniamy niepewność oraz dane zebrane od wielu ekspertów z danej dziedziny.

Czy w erze chatbotów AI ogrywanie bukmacherów stanie się łatwiejsze? Czy AI pomoże przeciętnym graczom znaleźć „zakład z wartością” (value bet) na rynku?

To, że AI staje się bardziej dostępna, oznacza, że mogą z niej korzystać zarówno gracze, jak i bukmacherzy. Spodziewałbym się, że postęp w dziedzinie AI przyniesie większe korzyści bukmacherom niż przeciętnemu graczowi. Dzieje się tak dlatego, że w miarę jak modele bukmacherów stają się bardziej wyrafinowane, ich kursy powinny stawać się dokładniejsze i trudniejsze do wykorzystania.

Nawet najlepszy model matematyczny i genialna strategia mogą natrafić na serię anomalii statystycznych – takich jak czarna seria porażek absolutnego faworyta do tytułu. Jaką rolę w Twojej analizie odgrywa matematyczne zarządzanie kapitałem (bankroll management)? Czy słynne Kryterium Kelly’ego – wzór służący do obliczania optymalnej stawki zakładu – jest naprawdę Świętym Graalem dla każdego, kto chce poważnie traktować zakłady?

Zarządzanie kapitałem polega na minimalizowaniu ryzyka bankructwa. Wynika to z faktu, że nawet zyskowna strategia może zawieść, jeśli graczowi skończą się pieniądze, zanim strategia będzie miała czas zadziałać na jego korzyść. Na przykład, jeśli oczekiwany zysk ze strategii jest niewielki, losowość może dominować przez długie okresy. Gracz, który stawia zbyt dużo, ryzykuje bankructwo, zanim jego długoterminowa przewaga zdąży się zmaterializować.

Nie istnieje uniwersalnie optymalna wielkość stawki. Jest to kompromis między ryzykiem a nagrodą. Istnieje wiele sposobów na optymalizację tego procesu. Kryterium Kelly’ego stanowi jeden ze sposobów, ale nie jest ono Świętym Graalem.

Wielu graczy wierzy w systemy progresywne – takie jak system Martingale’a, polegający na podwajaniu stawki po każdej przegranej – uważając je za niezawodne. Czy te systemy zawsze prowadzą do bankructwa?

Systemy takie jak Martingale działają tylko w teorii – jeśli dysponujesz nieograniczonymi środkami i nie ma limitów zakładów. W prawdziwym świecie żaden z tych warunków nie jest spełniony. Gdyby zarabianie pieniędzy było tak łatwe, kasyna i bukmacherzy by nie istnieli. Każda prawdziwa przewaga jest zazwyczaj krótkotrwała, ponieważ operatorzy szybko się dostosowują.

Załóżmy idealny scenariusz: gracz tworzy genialny model, pokonuje algorytm i osiąga regularne zyski. Wtedy jednak wkracza niematematyczna rzeczywistość: bukmacherzy nakładają limity stawek na wygrywające konta lub po prostu je blokują. Czy w takim przypadku „ogrywanie bukmachera” jest w ogóle możliwe w długim okresie, biorąc pod uwagę, że system po prostu eliminuje tych, którzy grają od niego lepiej? Czy wszyscy bukmacherzy w Polsce i Europie zachowują się w ten sposób? Może warto przyjrzeć się rynkom azjatyckim, gdzie nie gra się bezpośrednio przeciwko bukowi?

To rzeczywiście poważne wyzwanie praktyczne w profesjonalnych zakładach sportowych. Znalezienie przewagi to jedna sprawa, a możliwość jej wykorzystania to druga. Bukmacherzy w UE i Wielkiej Brytanii generalnie monitorują aktywność klientów i mogą obniżać maksymalne limity stawek lub ograniczać konta na podstawie wzorców typowania i wielkości zakładów. Może się to zdarzyć niezależnie od tego, czy gracz aktualnie wygrywa, czy przegrywa, ponieważ bukmacherzy zarządzają tym, co postrzegają jako ryzyko.

Z tego powodu wielu profesjonalnych graczy korzysta z giełd zakładów (betting exchanges) lub bukmacherów spoza Europy. Nie jest to jednak tak łatwe, jak się wydaje, ponieważ rodzi inne praktyczne wyzwania, takie jak konieczność posiadania kont bankowych w innych krajach.

Jaka jest Twoja główna rada dla osób obstawiających zakłady sportowe?

Niektórzy fani sportu uważają, że posiadanie wiedzy o danej dyscyplinie automatycznie czyni ich dobrymi graczami. To powszechne błędne przekonanie, ponieważ przewidywanie wyników sportowych a identyfikowanie zakładów z wartością to dwie zupełnie różne umiejętności.

Nawet jeśli ktoś posiada obie te umiejętności, rywalizacja z bukmacherami, którzy mają dostęp do ogromnych ilości danych, modeli statystycznych i wyspecjalizowanych zespołów analitycznych, nie jest łatwa. Istnieją profesjonalne syndykaty bukmacherskie, które podchodzą do zakładów sportowych w podobny sposób, w jaki firmy zajmujące się inwestycjami ilościowymi podchodzą do rynków finansowych, i w ich przypadku może to działać dobrze.

Jednak w przypadku osób indywidualnych ważne jest, aby wziąć pod uwagę nie tylko potencjalne zyski, ale także czas poświęcony na zbieranie danych, budowanie modeli i utrzymywanie przewagi. Dla większości ludzi zwrot z inwestycji raczej nie usprawiedliwi włożonego wysiłku. Moja rada dla osób indywidualnych brzmi więc: obstawiajcie dla zabawy, nie traktujcie tego jak inwestycję.

Obstawiasz wyniki meczów na Mundialu?

Postawię jakiś zakład dla zabawy. Jednak przez to, że prowadziłem badania naukowe, jak i pracowałem w branży zakładów sportowych, stopniowo straciłem ekscytację, jaką zakłady często oferują. Piłką nożną interesuję się również mniej niż dekadę temu. Ale z pewnością obejrzę kilka meczów mistrzostw świata.

Dziękuję za rozmowę.

Dr Anthony Costa Constantinou – Brytyjski naukowiec specjalizujący się w zaawansowanych systemach sztucznej inteligencji oraz modelowaniu probabilistycznym. Obecnie pełni funkcję starszego wykładowcy na prestiżowym uniwersytecie Queen Mary University of London (QMUL). Jest również założycielem i kierownikiem grupy badawczej MInDS (Machine Intelligence and Decision Systems) oraz laboratorium Bayesian AI Lab na tej samej uczelni.

CZYTAJ TEŻ:

wydajemy fortunę na kupony lotto

loterie

finanse w parach

seks i bezlitosna miłosna matematyka

Źródło okładki: unsplash

Subscribe
Powiadom o
0 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Kontrast

Rozmiar tekstu