Kiedy w listopadzie 2022 roku Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie uruchamiała rynek GlobalConnect, który miał być „oknem na świat” dla polskich inwestorów, środowisko maklerskie podchodziło do projektu z dużą rezerwą. Start z zaledwie pięcioma spółkami z niemieckiego indeksu DAX wyglądał skromnie, a huczne zapowiedzi o „globalnym zasięgu” wydawały się fantazją. Jak wygląda Global Connect dziś? Czy rzeczywiście stał się prostym sposobem na kupowanie w Warszawie akcji największy spółek świata?
Rynek na pewno się rozwinął, to fakt. Oferuje możliwość zakupu akcji 49 zagranicznych spółek – w tym Tesli i Nvidii – oraz jednostek uczestnictwa w sześciu ETF-ach, czyli niskokosztowych funduszach notowanych na giełdzie. W okresie styczeń–kwiecień 2026 roku obrót na GlobalConnect wyniósł 126,5 mln zł. Niewiele, choć ponad dwa i pół raza więcej niż w poprzednim roku o tej samej porze.
- Zdalny leasing, czyli auto dla firmy bez wychodzenia z domu? Coraz więcej banków wprowadza tę nowinkę. Jak to działa? [POWERED BY BNP PARIBAS]
- Jedziesz samochodem na weekend? Zanim wrzucisz walizki do bagażnika, sprawdź warunki ubezpieczenia auta. Na wszelki wypadek [POWRED BY PZU]
- PZU zaprasza posiadaczy oszczędności do tańca. Na parkiecie nowy ETF: daje udział w sukcesach 1300 największych spółek świata. Czy to będzie hit? [POWERED BY PZU]
Problem jednak w tym, że inwestowanie poprzez GlobalConnect jest dość kłopotliwe dla polskiego inwestora. Chodzi o ukryte koszty i o skomplikowane rozliczenia podatkowe. Wygląda na to, że dobre intencje twórców tego parkietu zderzyły się z szarą rzeczywistością. Ale po kolei.
Kup Pan „zagraniczną” akcję
Jak działa GlobalConnect? Jest to rynek alternatywny, czyli zorganizowany w formule Alternatywnego Systemu Obrotu (ASO). Jego najważniejszą chyba cechą jest to, że zagraniczne papiery trafiają na warszawski parkiet bez formalnej zgody czy udziału ich emitentów, a inwestor nie ponosi ryzyka walutowego. Kluczową rolę odgrywa instytucja określana jako WAR – Wprowadzający Animator Rynku, a w tej roli od początku występowało Santander Biuro Maklerskie, które obecnie działa pod marką Erste.
Ów WAR kupuje akcje na własny rachunek i wprowadza je na GlobalConnect. To jest istotne, bo kupując akcje na GlobalConnect, inwestor indywidualny nie nabywa kontraktów CFD ani instrumentów pochodnych, ani też akcji syntetycznych. Staje się właścicielem realnych akcji bez konieczności kupowania ich w Nowym Jorku czy we Frankfurcie. Oznacza to, że naprawdę staje się akcjonariuszem i np. zachowuje pełne prawo do dywidend. Handel na GlobalConnect odbywa się w trakcie standardowej sesji w Warszawie (a więc np. handel przed otwarciem Wall Street). Wszystkie transakcje rozliczane są przez Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych (KDPW).

Przez pierwsze kwartały działania GlobalConnect krytycy wytykali platformie ubogą ofertę. Jednak kolejne lata przyniosły systematyczne przełamywanie barier geograficznych i produktowych. Na platformie najpierw pojawiła się niemiecka „wielka piątka” (m.in. Volkswagen, Allianz, BMW, Siemens), w 2023 roku nastąpiło poszerzenie oferty o m.in. Jeronimo Martins (właściciel Biedronki), Inditex, ASML oraz pierwszego giganta z USA – Teslę. Rok 2024 to była prawdziwa amerykańska ofensywa, bo do oferty GlobalConnect trafiły m.in. AMD, Coca-Cola, Intel, McDonald’s oraz Nike.
W 2025 dołączyły m.in. skandynawskie Novo Nordisk, Carlsberg, Volvo czy inne słynne spółki z USA (Berkshire Hathaway, Palantir, Boeing, Uber). W grudniu 2025 roku warszawska giełda otworzyła zupełnie nowy segment na GlobalConnect – zagraniczne fundusze ETF. Obecnie na GlobalConnect jest notowanych ponad 50 walorów, a najnowsze debiuty z ostatnich miesięcy to m.in. Eli Lilly, ExxonMobil, Oracle oraz Micron Technology, a także Global X Silver Miners ETF.
Wzrost liczby instrumentów przełożył się bezpośrednio na większą popularność GlobalConnect wśród polskich inwestorów. O ile w 2024 roku obroty były znikome, o tyle w połowie 2025 roku wartość miesięcznych obrotów zaczęła notować blisko sześciokrotne wzrosty w porównaniu z poprzednim rokiem (osiągając poziomy rzędu 15–16 mln zł miesięcznie). Potem urosły w skali miesiąca jeszcze bardziej, do 53 mln zł w styczniu 2026 roku.
Ale nie oszukujmy się. Na tle całej GPW rynek GlobalConnect jest właściwie niewidoczny. Oto bowiem łączna wartość obrotu akcjami choćby na głównym rynku GPW w kwietniu 2026 r. wyniosła 52,1 mld zł, więc GlobalConnect jest jak ziarnko piasku. Dlaczego inwestorzy nie doceniają nowej możliwości? Sądzę, że przyczyną są pułapki wiążące się z kupowaniem zagranicznych spółek na polskiej giełdzie.
Ukryte koszty inwestowania na GlobalConnect
Jakie są właściwie zalety korzystania z GlobalConnect, skoro zdecydowana większość domów maklerskich daje w swojej ofercie „wyjście” na zagraniczne parkiety? Czy przeciętny Kowalski powinien korzystać z GlobalConnect, mając alternatywę w postaci tanich brokerów zagranicznych? Otóż jedną z największych zalet tego rynku jest brak kosztów przewalutowania. Transakcje odbywają się w złotym polskim (PLN). Kupując akcje wyceniane w USA w USD, na platformie GPW płacisz za nie złotymi, co eliminuje nierzadko wysokie prowizje za konwersję walut.
Ponadto GlobalConnect daje – pozorny, ale o tym za chwilę – święty spokój podatkowy. Ponieważ transakcje realizuje się przez polskie biura maklerskie „podłączone” do GPW, na koniec roku inwestor otrzymuje jeden zbiorczy formularz PIT-8C. Odpada więc żmudne, samodzielne przeliczanie kursów walut z poszczególnych dni transakcyjnych na potrzeby polskiego urzędu skarbowego.
No i wreszcie niskie prowizje. Opłaty są identyczne lub bardzo zbliżone do stawek za handel polskimi akcjami. Jeśli ktoś handluje na małych kwotach, to nierzadko płaci ledwie 5 zł za transakcję, a tymczasem progi prowizyjne dla rynków zagranicznych dla jednej transakcji u wielu polskich brokerów wynoszą co najmniej 19 zł, czasami nawet 49 zł.
No dobrze, to skoro GlobalConnect jest taki super, daje takie ułatwienia i jest taki tani, to czemu obroty na nim nie sięgają już miliardów złotych? Otóż jak zwykle, diabeł tkwi w szczegółach. Pierwszym poważnym problemem GlobalConnect są wysokie spready. Czyli różnice między ceną akcji notowanych w Nowym Jorku czy Frankfurcie a ceną akcji w Warszawie. Niedawno do „Subiektywnie o Finansach” napisał rozczarowany inwestor:
„Jako inwestor monitorujący m.in. GlobalConnect mam mieszane uczucia, kiedy w ciągu jednej godziny notowań obserwuję karuzelę poziomu spreadów w widełkach 0,3–2%. Tak dzieje się choćby w przypadku ETFIWDA czy ETFEUNM, choć ten drugi ma bardziej stały spread w przedziale 1–1,2%. Szczerze? To wygląda na oferowanie danego instrumentu w taki sposób, aby mało kto go kupował… Nie dziwię się ludziom, że się zniechęcają do zakupów na GlobalConnect”.
Rzeczywiście. Spready nawet w przypadku ETF-ów są znaczące i dość mocno się wahają. Gdy zadzwoniłem z tym problemem do Michała Masłowskiego, wiceprezesa Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych (SII), odparł, że zna ten problem i on zaobserwował nawet spread w wysokości 3% na akcjach spółki Nvidia. Jego komentarz?
„Takie spready na GlobalConnect to żart. A płynność na tym rynku jest śmieszna. Przecież nikt, kto zna choć trochę rynek, nie kupi na GlobalConnect przy takim spreadzie akcji Nvidii; zrobi to na rynku zagranicznym, w obcej walucie”
– odparł Masłowski. Niemniej jednak, jednak ktoś kupuje akcje na GlobalConnect. Robią to głównie klienci banku animatora, czyli Erste (50% udziału w obrotach na rynku), oraz klienci Biura Maklerskiego ING (23% udziału), które jako jedyne z wielkich polskich biur maklerskich nie ma „wyjścia” na rynki zagraniczne – jest to zaszłość historyczna, która niedługo ma zostać zlikwidowana. Ponoć BM ING już pracuje nad wprowadzeniem do oferty zachodnich parkietów. Jeden z pracowników jednego z biur maklerskich o problemach związanych z GlobalConnect mówi tak:
„Szeroki i zmienny spread na GlobalConnect to może być z jednej strony swego rodzaju zabezpieczenie, bo przecież jak polski inwestor składa zlecenie o godz. 10.00 rano czasu polskiego, to nie wiadomo, jak otworzy się rynek w USA o godz. 15.30. Problemem mogą być również możliwości techniczne po stronie animatora, ale i giełdy zagranicznej. Gdy animator kupuje akcje za granicą, to musi to zrobić w określonym czasie. To nie do przeskoczenia”.
Pazerność maklera, złe przepisy czy… winni sami inwestorzy?
Co powiedział nam sam animator?
„Na rynku GlobalConnect ceny są kwotowane m.in. przez animatorów rynku, ale warto pamiętać, że nie są oni jedynymi uczestnikami. Na kształtowanie się cen i spreadów mogą także wpływać zlecenia innych inwestorów. Rola animatora polega na tym, żeby zapewnić ciągłość obrotu i dwustronne kwotowanie. Jego działanie jest regulowane przez giełdę, a minimalne wymogi animowania i dodatkowe warunki animowania na rynku GlobalConnect określa m.in. Załącznik Nr 9 do Regulaminu Alternatywnego Systemu Obrotu”
– odpowiedział zespół Erste Biura Maklerskiego. Jak należy rozumieć tę dyplomatyczną odpowiedź? Przede wszystkim animator przyznał, że różnica między ceną kupna a sprzedaży zależy nie tylko od niego, ale też od zleceń innych graczy na rynku. Powiedział prawdę, ale jednocześnie w domyśle przyznał, że GlobalConnect cierpi na niską płynność organiczną. Przecież na dojrzałym rynku – choćby na giełdzie w Nowym Jorku – tysiące inwestorów składa zlecenia sekundę po sekundzie i dlatego spread na akcjach Apple przy kursie 306 dolarów wynosi 0,06 dolara, a nie 0,6 dolara.
Ponadto Erste BM przyznało, że animator to nie instytucja charytatywna, tylko biznes. Jego zadaniem nie jest dawanie najatrakcyjniejszej ceny na świecie, ale zagwarantowanie, że w ogóle dojdzie do transakcji. Czyli animator ponosi koszt zabezpieczania pozycji, ponieważ kursy walut się wahają, podobnie jak kursy akcji. Animator wkłada w spread swoje ryzyko i marżę.
No i last but not least, Erste DM wskazał na załącznik nr 9 do Regulaminu ASO. Czyli na dokument, który określa „zasady gry” dla animatorów. Znajdują się tam sztywne tabele mówiące o tym, jak szeroki spread animator może maksymalnie ustawić. „Skarżycie się na wysokie spready? Ależ my nie naruszamy reguł gry, które są znane” – odpowiedział w domyśle animator. Zajrzałem do tego załącznika, a tam maksymalne spready są ustalone na 5% dla akcji i na 3% dla zagranicznych ETF-ów. Mało tego, w przypadku ogłoszenia dla danego instrumentu skrajnych warunków rynkowych – chodzi tutaj głównie o panikę na rynku – maksymalny spread ulega podwojeniu.
Warto jeszcze na koniec tego wątku dodać, że Erste DM jako animator GlobalConnect nie ma w ofercie takich instrumentów jak ETFEUNM lub ETFIWDA, a można to sprawdzić w ich Skanerze ETF. Dziwne? Dziwne. No obowiązku nie ma, ale to dziwne. W końcu chodzi o hity rynkowe: iShares Core MSCI World ETF oraz o iShares Core MSCI Emerging Markets ETF. To instrumenty, którymi handlują ochoczo inwestorzy na całym świecie. Zapewne chodzi o to, że animowanie akcji spółki jest łatwiejsze i tańsze niż animowanie jednostek ETF.
Anonimowy ekspert: „Pytanie, czy Erste DM tą animacją GlobalConnect w końcu się nie znudzi. Jeśli kiedyś do tego dojdzie, obstawiam, że to będzie problem. Bo mogę sobie wyobrazić, że nikt nie będzie się chciał tego podjąć”.
Problematyczne przelewy od wujka Sama
Ale to nie jedyny problem, jaki wiąże się z inwestowaniem poprzez GlobalConnect. Masłowski: „Niektórzy brokerzy zniechęcają swoich klientów do zakupu niektórych akcji poprzez GlobalConnect. Bo nie chcą ich ładować w problemy podatkowe”… W tle majaczy ukryta kwestia rozliczania dywidend. Paraliżuje ona ten rynek do tego stopnia, iż część dużych domów maklerskich w ogóle nie pozwala klientom kupować tam amerykańskich akcji, a inne bezradnie potrącają maksymalne stawki podatku.
O co dokładnie chodzi? Stany Zjednoczone i Polska podpisały dwustronną umowę, której celem jest ochrona inwestorów przed płaceniem pełnego podatku w dwóch krajach jednocześnie. Amerykańskie prawo mówi, że domyślny podatek u źródła (WHT – Withholding Tax) dla obcokrajowców wynosi 30%. Jednak zapisy umowy między Polską a USA zbijają tę stawkę maksymalnie do 15% dla osób fizycznych (inwestorów indywidualnych). Wypełniając formularz W-8BEN (Certificate of Foreign Status of Beneficial Owner) inwestor znad Wisły oświadcza amerykańskiemu fiskusowi, że rozlicza się w Polsce, i wnioskuje o nałożenie preferencyjnej stawki wynikającej z polsko-amerykańskiej umowy.
Dywidendy z rynku GlobalConnect są wypłacane za pośrednictwem KDPW. Dywidendy opodatkowane są u źródła, według stawki podatkowej odpowiedniej dla danego rynku lub kraju rejestracji instrumentu bazowego. Klienci kupujący amerykańskie akcje na GlobalConnect otrzymują więc dywidendy… automatycznie pomniejszone o aż 30% podatku. Niektórzy brokerzy doszli do wniosku, że nie chcą „karać” klientów gorszą stawką podatkową na GlobalConnect niż tą, którą mają, kupując akcje bezpośrednio na parkiecie w Nowym Jorku, więc wyłączyli możliwość zakupu amerykańskich akcji poprzez GlobalConnect – tak zrobił choćby DM BOŚ.
Ten podatkowy i operacyjny galimatias sprawia, że GlobalConnect jako eksperyment GPW ma problem z rozwojem. Niektóre duże domy maklerskie – takie jak BM mBanku czy Biuro Maklerskie PKO BP – w ogóle nie oferują dostępu do GlobalConnect. Stawiają na dawanie inwestorom bezpośredniego dostępu do giełd zagranicznych i wtedy procedury podatkowe i rozliczenia dywidend – właśnie poprzez sprawną obsługę formularzy W-8BEN – są jasne, przejrzyste i bezpieczne. Zgodnie z polskimi przepisami podatek od dywidend wynosi 19%, więc jeśli broker pobiera dzięki W-8BEN 15%, by oddać amerykańskiemu fiskusowi, polski inwestor w deklaracji PIT-38 dopłaca tylko te 4%.
Co ciekawe, podobny rynek do GlobalConnect funkcjonuje w strukturze giełdy w Wiedniu. Nazywa się GlobalMarket. Został uruchomiony w 2017 roku. Wiedeński odpowiednik odniósł znacznie większy sukces komercyjny. Rynek wystartował ze 157 spółkami, a obecnie inwestorzy mają tam do dyspozycji ponad 970 międzynarodowych spółek z 28 krajów, w tym potężny pakiet spółek z USA, Niemiec, a także firm z ogólnoeuropejskiego indeksu STOXX Europe 600. Obroty w skali miesiąca na GlobalMarket przekraczają zazwyczaj 300 mln euro (w maju 2026 roku było to 442 mln euro).
Ponieważ handel odbywa się w euro, to oznacza to całkowity brak ryzyka walutowego oraz ukrytych kosztów spreadów w odniesieniu do spółek z giełd eurostrefy. Co jednak interesujące, o ile w Wiedniu nie ma problemu z podatkami od dywidend z USA, o tyle identyczny problem z tym w Warszawie jest z dywidendami ze spółek europejskich, ale to chyba nie czas i miejsce na wgryzanie się w problem Austriaków.
Co może dobić GlobalConnect
No nie wygląda to różowo. A nad GlobalConnect zaczynają się gromadzić jeszcze innego rodzaju ciemne chmury. Regulacyjne. Ekspert: „Prawda jest taka, że GlobalConnect na starcie był spóźniony o 10 lat. Z takim rynkiem trzeba było startować w 2013 roku. Obecnie brokerzy nie mają wielkiego interesu w promowaniu GlobalConnect. A jeśli pojawi się przymus tzw. best execution, to w ogóle możemy zobaczyć odwrót brokerów od GlobalConnect”.
Chodzi o unijną zasadę najlepszego wykonania zleceń, która wynika bezpośrednio z europejskich dyrektyw MiFID II/MiFIR. Mówiąc najprościej, jak się da: rygorystyczne podejście regulatorów do tej zasady może zabić sens istnienia rynku GlobalConnect. Oto bowiem wedle reguły best execution, dom maklerski nie może realizować zleceń klienta „gdzie popadnie i jak popadnie”, tylko ma ustawowy obowiązek podjąć wszelkie starania, aby transakcja została wykonana na najkorzystniejszych dla inwestora warunkach.
Czyli jeśli inwestor chce kupić akcje Apple, a broker ma do wyboru realizację tego zlecenia poprzez giełdę NASDAQ w Nowym Jorku albo rynek GlobalConnect w Warszawie, to musi wybrać ten rynek, który w danym momencie daje klientowi (naj)lepsze warunki transakcyjne. No a przecież na GlobalConnect spready są szersze niż na giełdach w USA czy Niemczech. Oczywiście, polski inwestor zyskuje na braku ryzyka walutowego, ale uwzględnianie tego na bieżąco przed transakcją w rygorze best execution wymagałoby stworzenia skomplikowanych narzędzi analitycznych.
Wniosek? Brutalny. Co prawda GlobalConnect jakoś tam się rozwija, ale nie ma przed sobą żadnej świetlanej przyszłości. Może pozostać niszowym rynkiem na wieki wieków. No chyba że dużo, bardzo dużo zmieni się w podejściu biznesowym GPW i brokerów do tego projektu, oraz w podejściu ustawodawcy do reguł. A czy to możliwe? To chyba pytanie retoryczne.
CZYTAJ TEŻ:
Źródło okładki: unsplash




