mPay, czyli jedna z popularnych aplikacji do płacenia za bilety i parkowanie – która w ostatnich latach miała ambicje stać się „polskim Revolutem” – straciła licencję pozwalającą jej prowadzić działalność płatniczą. Co to może oznaczać dla niemal 2 mln jej użytkowników nad Wisłą? Czy mPay bez licencji płatniczej będzie musiała zamknąć swoją aplikację mobilną i czy czas zabierać z niej swoje pieniądze? Garść pytań i kilka odpowiedzi
Dziś hiobowe wieści nadeszły z Komisji Nadzoru Finansowego, która cofnęła spółce mPay zezwolenie na świadczenie usług płatniczych. To praktycznie oznacza odcięcie tlenu dla działalności popularnej aplikacji, która opiera się na przyjmowaniu płatności za bilety komunikacji miejskiej, kolejowe i autobusowe, płatności za parkowanie w wielu miastach, a także pośredniczy w opłacaniu rachunków za prąd, czy gaz, w udzielaniu pożyczek gotówkowych i w sprzedaży ubezpieczeń. Oferuje też klientom rachunki płatnicze i własne karty debetowe mPay.
- Zdalny leasing, czyli auto dla firmy bez wychodzenia z domu? Coraz więcej banków wprowadza tę nowinkę. Jak to działa? [POWERED BY BNP PARIBAS]
- Jedziesz samochodem na weekend? Zanim wrzucisz walizki do bagażnika, sprawdź warunki ubezpieczenia auta. Na wszelki wypadek [POWRED BY PZU]
- PZU zaprasza posiadaczy oszczędności do tańca. Na parkiecie nowy ETF: daje udział w sukcesach 1300 największych spółek świata. Czy to będzie hit? [POWERED BY PZU]
mPay bez licencji płatniczej. To koniec czy tylko przerwa?
mPay to jedna z najbardziej popularnych w Polsce aplikacji, które zajmują się ułatwianiem w płaceniu za bilety i parkowanie. Według najnowszych dostępnych danych z jej usług korzysta 1,95 mln ludzi. Rywalizuje z takimi aplikacjami jak MoBilet, SkyCash, JakDojade, czy Autopay. Niewykluczone, że jej czas właśnie dobiega końca. Decyzja Komisji Nadzoru Finansowego jest bowiem wykonalna natychmiast, niezależnie od tego, czy mPay się od niej odwoła.
Uzasadnienie jest krótkie lecz miażdżące: „Spółka nie zapewnia ostrożnego i stabilnego zarządzania działalnością w zakresie usług płatniczych, a tym samym zachodzą przesłanki cofnięcia jej zezwolenia na świadczenie usług płatniczych w charakterze krajowej instytucji płatniczej” – pisze KNF w uzasadnieniu. To może być największa katastrofa polskiego fintechu od czasu głośnego bankructwa Cinkciarz.pl.
Teoretycznie to nie musi być koniec mPay w Polsce. Co prawda cała działalność aplikacji opiera się na płatnościach, ale można sobie wyobrazić, że mPay zacznie odpłatnie korzystać z licencji płatniczej innego podmiotu, np. jako jej agent, czyli de facto pośrednik. Ale prawdopodobnie to by się nie mogło opłacić, bo główna część marży tego typu aplikacji wynika z tego, że klienci przechowują na ich kontach pieniądze. Trochę zarobku jest też na opłatach od transakcji, którymi – w takiej sytuacji – trzeba by się z kimś podzielić.
Bez licencji mPay nie może prowadzić rachunków płatniczych, obsługiwać kart płatniczych, realizować transakcji klientów. To wszystko musiałaby komuś „oddać”, przebudowując też całą aplikację, która jest od lat skonstruowana jako samodzielny fintech. I w tym modelu – powiedzmy sobie szczerze – kokosów nie zarabiała. W 2025 r. zaraportowała 20,1 mln zł przychodów (spadek o 33% w porównaniu z poprzednim rokiem) i milion złotych zysku netto.
O tym, że inwestorzy mają wątpliwości, że mPay będzie działał dalej, świadczy gigantyczny spadek akcji spółki na giełdzie NewConnect – utonęły aż o 40% i zakończyły dzień na poziomie 14 groszy za akcję. A mówimy o firmie, której papiery pięć lat temu były handlowane po 3 zł. I o firmie, która miała ambicje stać się „polskim Revolutem”, czyli superaplikacją ogarniającą większość finansowych potrzeb klientów – od organizowania im podróży poprzez codzienne płatności, opłacanie rachunków, aż po pożyczki i ubezpieczenia.

Co się stało z „polskim Revolutem”?
Plan był ambitny, ale – jak to często bywa – zabrakło kapitału. mPay od dłuższego czasu walczył o rentowność, działając na rynku potwornie konkurencyjnym i niskomarżowym. Tu wygrywa się skalą i wydatkami na technologię, a mPay – choć wszedł na parkiet warszawskiej giełdy – nie miał inwestorów, którzy mogliby sfinansować wielkie plany. Prawie 20% jego akcji ma grupa Lew z Częstochowy,
Na początku 2025 r. do spółki dołączył Emiliano Caradonna, włoski menedżer z 25-letnim stażem w międzynarodowym biznesie, jako lider reprezentujący grupę zagranicznych inwestorów. Celem tego sojuszu miało być dokapitalizowanie i przekształcenie mPay w platformę finansową, która będzie w stanie kilkakrotnie pomnożyć liczbę klientów i zaoferować im szerszą paletę usług, w tym open banking – czyli agregowanie rachunków i usług z różnych banków w ramach jednej aplikacji.
Nic z tego nie wyszło – a w każdym razie niewiele – zaś mPay wciąż nie mógł odrzucić swojej największej traumy – braku dostępu do warszawskiego rynku usług parkingowych. Zarząd Warszawy przez lata utrzymywał tu monopol aplikacji SkyCash (która też była niedawno w trudnej sytuacji finansowej), a nawet jak ten monopol udało się nadgryźć, to mPay nadal był na aucie. A Warszawa – zwłaszcza jej parkingowy rynek „korporacyjny” i flotowy – to mniej więcej jedna trzecia całego polskiego rynku parkingowego.
Co dalej? Szanse na kontynuowanie działalności bez licencji płatniczej wydają się być niewielkie. W zasadzie natychmiast po doręczeniu decyzji KNF spółka mPay musi wstrzymać przyjmowanie na pokład nowych klientów i nie może świadczyć jakichkolwiek usług płatniczych. W momencie, gdy piszę ten tekst, wciąż można kupować bilety w mPay płacąc pieniędzmi zgromadzonymi w portfelu cyfrowym spółki. Być może decyzja KNF formalnie nie została jeszcze przez spółkę odebrana.
mPay nie wydał żadnego oświadczenia, nie wysłał do klientów żadnego komunikatu, nie ma też żadnych powiadomień w aplikacji. Wszystko działa jakby nigdy nic. Nie wiadomo więc jakie spółka ma plany. Jeśli nic się nie zmieni w jej statusie prawnym, to mPay będzie musiał formalnie rozwiązań wszystkie umowy z klientami do 30 września 2026 r., a użytkownicy powinni przelać pieniądze z rachunków mPay do innych dostawców tego typu usług (których jest bez liku) lub na własny rachunek bankowy.
Check-lista klienta, gdy mPay jest bez licencji płatniczej
Co z usługami „niefinansowymi”? Sprzedawanie biletów i współpraca z sieciami parkingowymi nie wymaga licencji, ale trudno oferować tego typu usługi nie mając możliwości przyjęcia od klienta płatności (np. poprzez zasilenie cyfrowego portfela i kliknięcie „zapłać”). Zresztą już wcześniej mPay miewał „dziury” jeśli chodzi o obszary działania, np. przez dłuższy czas w aplikacji nie można było kupować biletów poznańskiej komunikacji miejskiej.
Warto więc sprawdzić saldo w mPay i ewentualnie przelać pieniądze na swój rachunek bankowy za pomocą opcji „przelej”. Przynajmniej dopóki mPay nie ogłosi swojego planu działania – nie ma powodu zakładać, że jakiś plan istnieje. Warto też zapisać lub skopiować gdzieś historię transakcji, na wypadek gdyby aplikacja przestała działać, a jakiś organ czy urząd np. wystawiłby mandat za brak opłaty za parkowanie. Zdarzały mi się takie sytuacje na prywatnych parkingach współpracujących z mPay.
Jeśli używasz kartę mPay do opłacania jakichś subskrypcji, to bierz pod uwagę scenariusz, że te subskrypcje nie będą opłacone – być może warto zmienić metodę płatności zanim to nastąpi. Generalnie mPay powinien w najbliższym czasie poinformować klientów czy i jakie usługi będzie oferował i w jakim trybie.
Nie wiemy jakiej wagi gatunkowej są zarzuty KNF, ale jeśli jest cień szansy na odzyskanie licencji, to być może mPay na okres przejściowy się z kimś dogada i będzie korzystał z licencji innego podmiotu. Choćby po to, żeby utrzymać większość usług oraz nie tracić bazy klientów, która dziś jest największą wartością aplikacji. Pytanie tylko czy jest to technicznie możliwe i czy ktoś podejmie ryzyko reputacyjne współpracy z firmą, która podpadła KNF-owi.
CZYTAJ TEŻ:
zdjęcie tytułowe: FinanceVisual



