Każdy domowy budżet, nieważne w jakiej wysokości liczbach się zawiera – 1500 zł czy 15.000 zł – powinien spełniać kilka warunków, żeby był bezpieczny i gwarantował stabilność. Jeśli któregoś z nich nie spełnia, w „rodzinnym centrum dowodzenia” powinna zapalić się żółta lampka.
Wpadanie w korkociąg długów zwykle wygląda dość gwałtownie – z miesiąca na miesiąc okazuje się, że brakuje pieniędzy na to lub tamto (nie na przyjemności, tylko zeszyty do szkoły, buty dla dziecka, paliwo do samochodu) i trzeba skądś wziąć kasę na cito. Podwyższyć limit na karcie kredytowej, albo debet – to pierwsze rozwiązanie. Jeśli bank nie chce pomóc, to idziemy do firmy pożyczkowej. Albo do znajomych lub rodziny.
- Tak Duńczycy przygotowują się na kryzys? Bank centralny wydał nowe zalecenie dotyczące form płatności w sklepach [POWERED BY EURONET]
- Przesiadka na mniejszego konia da zarobić? Akcje polskich małych i średnich spółek mogą przejąć pałeczkę hossy od gigantów [POWERED BY UNIQA TFI]
- Jest nowy ETF oparty na polskich indeksach akcji! I to… dwóch naraz! Czy to ma sens? TFI PZU chce ściągnąć polskie pieniądze na polską giełdę [POWERED BY PZU]
A potem jest już „z górki”. Żeby spłacić ratę jednej pożyczki bierzemy drugą (droższą, bo jesteśmy pod ścianą, a finansiści to wykorzystują), Żeby spłacić drugą, przestajemy spłacać limit karty kredytowej i rachunki za telefon, zalegamy też z czynszem. Gdy banki zaczynają się awanturować bierzemy trzecią pożyczkę, najdroższą ze wszystkich.
Potem przestajemy odbierać listy i telefony. Budujemy barykadę na środku pokoju gościnnego i przygotowujemy się do oblężenia windykatorów. Wygląda znajomo? Ten scenariusz wchodzi w grę tylko w jednym wypadku – gdy nie zauważymy sygnałów alarmowych w domowym budżecie.
Te sygnały, które wskazują, że coś jest nie tak – o ile w porę je zauważymy i zareagujemy – nie muszą doprowadzić do katastrofy. Trzeba tylko wziąć się w garść i spróbować zapobiec korkociągowi jeszcze zanim weń wpadniemy. Jakie sygnały ostrzegawcze powinny nas skłonić do natychmiastowego działania?
Czytaj też: Zarobił 35 mln zł, a i tak zbankrutował. Co poszło nie tak?
Sygnał 1: Nie wiadomo na co idą pieniądze
Najważniejszą cechą zagrożonego budżetu jest brak kontroli wydatków. Cała kasa się rozchodzi, ale nie wiemy na co. Jaka część wydatków idzie na zakupy żywności i środków czystości, jaka na opłaty, rozrywkę? Brak świadomości na co rozchodzą się pieniądze zawsze kończy się tym, że wydajesz ich za dużo.
Kiedy zidentyfikowałem ten problem w swoim domowym budżecie po prostu zacząłem kolekcjonować paragony i zapisywać wydatki z podziałem na trzy kategorie: na rachunki, spłatę kredytów, „na życie” (a te ostatnie podzieliłem jeszcze na kategorię: żywność, pozostałe, transport, przyjemności). To punkt wyjścia do ewentualnych działań naprawczych, gdyby się okazało, że wydatki są wyższe od dochodów.
Czytaj też: Karta kredytowa. Jak wykorzystać ją do porządkowania domowego budżetu?
Czytaj też: Jaką część pensji oszczędzać, by w przewidywalnym terminie zagwarantować sobie bezpieczeństwo finansowe?
Sygnał 2: Sztywne wydatki zjadają ponad połowę budżetu
Każdy domowy budżet musi być choć trochę elastyczny, a więc mieć pewne luzy na niespodziewane wydatki (np. kupienie leków za 200 zł, gdy się pochorujesz). Ale żeby to było możliwe, większości pieniędzy nie mogą pochłaniać stałe rachunki, z których trudno „zejść” w kryzysowej sytuacji – czynsz za mieszkanie, rachunki za prąd i gaz, drogi abonament za telefon, internet i telewizję kablową (i to kupiony w promocji na dwa lata)…
Tego typu wydatki nie powinny przekraczać 30-40% całości rodzinnych dochodów. Często do tych stałych wydatków dochodzą jeszcze raty kredytów. Łącznie wszystkie te obciążenia – czyli comiesięczne rachunki plus raty kredytów – nie powinny „zjadać” więcej, niż 50-60% domowego budżetu. W przypadku singli, którzy mają mniej nieprzewidzianych wydatków, związanych z dziećmi, tą granicą bezpieczeństwa jest 70 proc. stałych wydatków w stosunku do wpływów.
Niedawno pisałem też: NBP-owska „recepta na bankructwo”, czyli o trzech warunkach, które decydują o tym, iż prędzej czy później przyjdzie windykator, komornik i zabiorą ci wszystko.
Sygnał 3: Brak jakiejkolwiek rezerwy finansowej na duże, ale jednorazowe wydatki
Najczęściej to one kładą budżet domowy na łopatki. Myślę tu o takich wydatkach jak ubezpieczenie auta, wyjazd na wakacje, czy wyprawka szkolna. Można dość dobrze pilnować bieżących wydatków, ale kiedy w sam środek napiętego domowego budżetu spada „bomba” w postaci kilkusetzłotowego wydatku ekstra, trudno się pozbierać.
Czytaj też: GUS mówi, że miesięcznie powinno nam zostawać 340 zł. Nie zostaje? Wiem dlaczego
Czytaj też: Osiem kroków do niepodległości finansowej
Czytaj też: Wyższe oszczędności? Lepsze pensje? 500+? A w bankach po staremu. Nowy rekord!
Żółta lampka się pali. Co robić?
Jeśli zidentyfikujesz w swoim budżecie dwa z tych trzech sygnałów – kłopoty w bliższej lub dalszej przyszłości są bardzo prawdopodobne. Jeśli zidentyfikujesz trzy – masz je jak w banku. Nie ma więc czasu na bujanie w obłokach, trzeba szybko działać, by nie doszło do utraty płynności finansowej, a potem wypłacalności.
Po pierwsze: przegląd comiesięcznych rachunków. To trudny temat, bo większość z nich ma charakter sztywny. Ale, przynajmniej raz na jakiś czas, otwiera się „okienko transferowe”, czyli kończy się promocyjna umowa na telefon, kablówkę albo internet i można spróbować tak zmienić pakiet usług, żeby zrezygnować z tej najmniej potrzebnej albo zmienić pakiet na tańszy (telefon pre-paid zamiast abonametu, Skype zamiast telefonu…).
Warto zawsze sprawdzić o ile droższy byłby wybrany pakiet, gdybyśmy nie kupowali go w promocji na dwa lata. Jestem zwolennikiem zakupów, które dają możliwość manewru – jeśli mam płacić 10 zł miesięcznie więcej, ale nie być zobowiązanym z korzystania z jakiejś usługi przez dwa-trzy lata, wybieram tę opcję. Oczywiście, gdybym miał płacić o 30 zł miesięcznie więcej, pewnie skorzystałbym z promocji. Podstawowe założenie – staramy się ściąć comiesięczne rachunki do możliwie jak najniższego poziomu.
Po drogie: lepsze zarządzaanie zakupami. Policzmy ile wydajemy dziennie lub tygodniowo i postarajmy się zejść o 5-10% w zależności od zasobności budżetu. Prawdopodobnie aby to osiągnąć wystarczy lepiej zarządzać zakupami. Kupować taniej (czasem wystarczy zrobić większe zakupy w supermarkecie zamiast w delikatesach i jest się 15-20 zł do przodu) albo kupować mniej, zwłaszcza żywności, którą potem często się wyrzuca.
Nie chodzi o jakieś wielkie oszczędzanie. Ale o wydawanie pieniędzy bezmyślnie, przepłacanie, kupowanie więcej niż potrzebujemy. Aby to było możliwe musimy ewidencjonować wydatki i wiedzieć ile wydajemy na żywność, odzież, transport i inne wydatki.
Po trzecie: zracjonalizowanie zadłużenia. Mając sporo długów na karku wziąłem się kiedyś za ich porządkowanie. Kredyt konsolidacyjny nie wchodził w grę (zwykle niestety jego zaciągnięcie tylko pogarsza sytuację). Ale zastosowałem pewien niezawodny patent: sprawdziłem który z moich długów jest najwyżej oprocentowany i postarałem się go możliwie jak najszybciej spłacić. Potem zabrałem się za kolejny dług. I tak dalej.
Metoda małych kroczków działa lepiej, niż jakieś ambitne programy ograniczania wydatków, z których nigdy nic nie wynika. Wychodzenie ze stanu zagrożenia domowego budżetu nigdy nie trwa krótko. Potrzebna jest cierpliwość i rok-półtora konsekwentnego ograniczania wydatków. Dobrze jeśli po drugiej stronie budżetu – czyli zarobków – pojawiają się większe pieniądze, a nie kłopoty. Ale to już zupełnie inna historia.
Czytaj też: Masz przeterminowane długi. Jak negocjować z bankiem ugodę? Użyj tego straszaka. Naprawdę działa!
Czytaj też: Masz długi? Teraz szybciej się przedawnią! Co to oznacza dla ciebie i twoich wierzycieli?

