Open Finance, kiedyś największy doradca finansowy na rynku i zarazem firma, która współtworzyła – razem z Expanderem – ten rynek, wciąż zmierza w kierunku dna. Cena jej akcji – niegdyś sięgająca 19 zł – ociera się już o poziom groszowy. Firma właśnie ogłosiła, że ma głębokie straty. Taka karma?

Pamiętacie czasy świetności Open Finance? „Najepsi doradcy finansowi” masakrowali konkurencję, byli wszędzie tam, gdzie klient choćby pomyślał o kredycie lub o lokowaniu pieniędzy. Byli przerażająco skuteczni. A „przerażająco” to w tym kontekście bardzo dobre słowo.

Opanowali do perfekcji składanie fałszywych obietnic (głównie dotyczących krociowych zysków bez ryzyka), oferowanie długoterminowych polis inwestycyjnych jako bezpiecznych lokat bankowych, budowanie produktów niezrozumiałych dla nikogo, wciskanie kredytów z LTV 120%, obklejanie kredytów ubezpieczeniami i inwestycjami, które miały sprawić, że „kredycik spłaci się sam”.

Koniec eldorado Open Finance

Open Finance to firma, która nie tylko zalazła za skórę wielu moim czytelnikom. Odcisnęła też „krwawe piętno” na polskim rynku doradców finansowych. Sprawiła, że określenie „niezależny doradca finansowy” – inaczej, niż na cywilizowanych rynkach – zaczęło się kojarzyć z dealerem toksycznych produktów oraz z zarabianiem na prowizjach tym więcej, im więcej kitu wciśnie się klientom. A wszystko dla klienta „za darmo”.

To właśnie „niezależni doradcy finansowi” najchętniej pakowali klientów w kredyty walutowe, polisy inwestycyjne i inne „superoferty” – taki pośrednik za nic przecież nie odpowiada, bierze prowizję i znika. W latach 2010-2011 zyski Open Finance wynosiły 80-90 mln zł rocznie, w rekordowym 2012 r. sięgnęły nawet 123 mln zł. Ale to eldorado się skończyło.

W 2016 r. Open Finance zaraportował niemal 24 mln zł straty netto, zaś ostatnio opublikował równie słabe wyniki za 2017 r. – firma znalazła się ponad 18 mln zł „pod wodą”. Co prawda firma uspokaja, że gdyby nie jednorazowe operacje księgowe (np. obniżenie wartości spółki zależnej Home Brokers, czy operacje podatkowe, prawdopodobnie związane ze „swobodnym” księgowaniem dochodów w przeszłości) – miałaby kilkanaście milionów złotych zysków.

Ale z drugiej strony w zeszłym roku miała też jednorazowe zastrzyki gotówki (z połączenia Open Finance TFI i Noble Funds).

Czytaj też: Wcisnęli Polakom tony kitu, a teraz cienko przędą. Getin Bank, Open Finance, Aegon…

Czytaj też: Czy Getin Bank to już zombie? Oto trzy problemy, które go wykańczają

Od doradców finansowych do pośredników kredytowych

Co się stało, że zamiast 120 mln zł zysków jest od dwóch lat po 20 mln zł strat? Ano czasy się zmieniły. Skończyła się era wciskania klientom przymusowych ubezpieczeń w pakiecie z kredytami. Nie ma kredytów frankowych, tanich jak barszcz i wysoko wynagradzanych przez banki.

Zabronione też zostały polisy inwestycyjne z wysokimi opłatami likwidacyjnymi (dzięki którym sprzedawcy zarabiali krocie na prowizjach). I co? Gdy najbardziej toksyczne produkty zostały zakazane – jest jakby trudniej.

Jak żyć? Open Finance to dziś firma zajmująca się głównie kredytami hipotecznymi i pośrednictwem nieruchomościowym. Z tej działalności pochodzi 70% jej przychodów. W zeszłym roku pośredniczyła przy sprzedaży kredytów wartych prawie 7 mld zł. I powoli zbliża się do poziomu ze „złotych” czasów 2010-2011 r. Wówczas rocznie Open Finance maczał palce przy udzielaniu kredytów hipotecznych o wartości 8 mld zł.

Największy niegdyś pośrednik finansowy ma furę szczęścia, że może zarabiać na kredytach hipotecznych (50% przychodów) i pośrednictwie przy sprzedaży mieszkań (20% przychodów). Bo mamy boom nieruchomościowy, dzięki któremu w całym 2017 r. sprzedało się 70.000 nowych mieszkań za 20 mld zł). Bez tego Open Finance prządłby jeszcze cieniej.

Niejedna firma pośrednictwa kredytowego „żyje” z kredytów gotówkowych, ale w Open Finance dają one tylko 20% przychodów (rocznie pośredniczy przy udzielaniu „gotówki” za 700 mln zł). Zaś niegdysiejszy „kiler”, czyli plany systematycznego inwestowania… ledwie 5%. I pomyśleć, że jeszcze w 2010 r. sprzedaż produktów ubezpieczeniowo-inwestycyjnych dawała Open Finance drugie tyle „obrotów”, co hipoteki i lwią część zysków!

Katastrofa w inwestycjach. Z 600 mln zł zostało…

Skalę katastrofy najlepiej obrazują liczby. W latach świetności polis inwestycyjnych Open Finance rocznie „upychał” klientom 600 mln zł wysokoprowizyjnego i z reguły bezużytecznego badziewia. A ostatnio? W 2014 r. Open Finance sprzedał ubezpieczenia inwestycyjne (plany oszczędzania oparte na funduszach UFK) za 30 mln zł. A w zeszłym roku za… nieco ponad 200.000 zł.

Owszem, zwiększył za to sprzedaż ubezpieczeń na życie, którymi kiedyś się brzydził (klienci kupili ich w 2017 r. za 13 mln zł) oraz funduszy inwestycyjnych (11,5 mln zł w całym roku), co w sumie dało prawie 25 mln zł przychodów. Niecałe 5% wolumenu sprzedaży produktów inwestycyjnych z czasów niechlublnej potęgi.

Wiecie gdzie jest problem? Że to właśnie opiekowanie się finansami klientów, ich oszczędnościami, uświadamianie im potrzeby ubezpieczania, gromadzenia funduszu na spełnianie marzeń – to wszystko powinno cechować porządnego doradcę finansowego. A nie pośrednictwo przy sprzedaży kredytów. Po kredyt idzie się do kogokolwiek. Po pomoc w lokowaniu oszczędności – do ludzi zaufanych.

Z tradycyjnego doradztwa finansowego, skupiającego się na pomaganiu klientom w lokowaniu pieniędzy, Open Finance ma nikłą część przychodów. Porównajmy te 25 mln zł z 700 mln zł „gotówki” i 7 mld zł kredytów hipotecznych…

Lecz kto pójdzie dziś do Open Finance po radę dotyczącą lokowania oszczędności? Kto nie słyszał o tym jak firma zachowywała się w przeszłości? Jaki chłam oferowała klientom? I jak wprowadzała ich w błąd? Firma ma tak dokumentnie spapraną reputację, że dopóki nie wymrą setki tysięcy (a z rodzinami pewnie miliony) klientów naciągniętych, oszukanych, zrobionych w bambuko przy wciskaniu ubezpieczeń do kredytów i polis inwestycyjnych, będzie jej trudno odzyskać zaufanie.

Czytaj też: Sądowy bój o polisę inwestycyjną New Frontier. Z zaskakującym finałem

Za grosz zaufania i akcje za grosze?

Sęk w tym, że ze sprzedaży kredytów hipotecznych i pośrednictwa nieruchomościowego Open Finance może utrzymać się tylko w dobrych czasach (a i to nie jest pewne, patrząc na 42 mln zł skumulowanych strat z dwóch ostatnich lat). A rynek „szybkiej gotówki” zabiorą jej banki, firmy chiwlówkowe i inne fintechy. Sprzedaż kredytów będzie się digitalizowała i fizyczni pośrednicy będą przy tym coraz mniej potrzebni.

O tym, że Open Finance na własnej skórze poznaje znaczenie zasady, że karma wraca, przekonuje kurs giełdowy akcji firmy. Tuż po ogłoszeniu wyników za 2017 r., po spadku o kolejne 10% Open Finance zaczął ocierać się o miano spółki „groszowej” – na ostatniej w marcu 2018 r. sesji jedna akcja kosztowała już tylko 1,02 zł.

Mówimy o spółce, która w latach 2012-2014 – w czasach, gdy miała od 70-80 mln zł, a nawet 120 mln zł zysków i dobrze żyła ze sprzedawania produktów inwestycyjnych – była na giełdzie wyceniana nawet na 18-19 zł za akcję. Open Finance, której 42% akcji należy do Getin Banku, jest dziś warta tylko 5% tego, co jeszcze pięć lat temu.

I na koniec jeszcze jeden dowód na to, że sprawiedliwość na rynku finansowym istnieje, a karma wraca. Otóż Open Finance utworzyła w zeszłym roku 2,5 mln zł rezerw na reklamacje klientów (z tych pieniędzy wypłaca kasę tym, którzy zostali w przeszłości wpuszczeni w maliny), ponad 3,3 mln zł rezerw na sprawy sądowe (też zapewne głównie z niezadowolonymi klientami) oraz 1,3 mln zł na wypłaty z tytułu zerwanych planów oszczędzania.

W sumie na płacenie za stare grzechy Open Finance zarezerwowała sobie mniej więcej 7 mln zł. Miło choć mało, biorąc pod uwagę skalę missellingu z przeszłości. Jak sądzicie: czy Open Finance pod swoją „starą” marką zdoła jeszcze się podźwignąć?

 

Gratulacje! Jesteś zapisany

Share This