W tym roku większość z nas otrzyma – albo już otrzymała – rekordowe zwroty nadpłaconych podatków. „Nigdy w historii nie było takich kwot” – chwali się premier. Suma zwrotów dla podatników ma wynieść… 20 mld zł. Rok wcześniej urzędy podatkowe też zwracały nadpłaty, ale było to tylko 11 mld zł. Nie ma powodu, by się cieszyć z tego, że rząd oddaje to, co najpierw zabrał. Ile rządzący zarobili, robiąc największy w historii skok na zaliczki podatkowe?
Za nami okres rozliczeń podatkowych. Kto nie rozliczył się sam, tego Urząd Skarbowy rozliczył automatycznie (nie dotyczy to przedsiębiorców). Do większości z nas prawdopodobnie trafiły już też rekordowe zwroty nadpłaconego podatku. Jak zapewnia Ministerstwo Finansów, zwroty z większości zeznań złożonych poprzez portal e-PIT trafiają na konta podatników średnio po 12 dniach od złożenia zeznania PIT.
- Osiem najważniejszych dylematów inwestycyjnych na najbliższą dekadę [POWERED BY CITIBANK HANDLOWY]
- Agenci AI, czyli rewolucja. Nie tylko w zakupach, ale też w płatnościach. Jak to zmienia przyszłość handlu? [POWERED BY VISA]
- Które spółki z branży oprogramowania nie przegrają z AI? Analitycy zrobili stress-testy. Czy po spadku wartości o 30% są już okazje inwestycyjne? [POWERED BY SAXOBANK]
Ile wynoszą zwroty podatku? Wiele osób dostaje nawet po 3000-4000 zł i to nawet wtedy, gdy nie korzystają z żadnych ulg! W skali całego kraju zwroty nadpłaconego podatku mają wynieść ok. 20 mld zł, czyli prawie dwa razy więcej niż w roku ubiegłym (11 mld zł). Podatek nadpłaciło 15 mln podatników. Rząd odtrąbił więc sukces, ale może raczej powinien przeprosić? W każdym razie my raczej nie mamy powodów do radości.
Każdego z nas w pierwszej chwili informacja o zwrocie podatku zapewne ucieszyła. Ale to przecież są nasze pieniądze, które rząd (a ściślej urząd podatkowy podlegający Ministerstwu Finansów) zabrał tytułem zaliczek na podatek. Zaliczek, które – z powodu bałaganu w systemie podatkowym – nie zostały dobrze oszacowane.
Skąd wzięły się rekordowe zwroty podatku?
Co miesiąc urząd skarbowy pobiera z naszych wynagrodzeń zaliczki na poczet podatku dochodowego. Chodzi o to, żeby na koniec roku nie trzeba było nagle zapłacić wysokiego podatku – dlatego jest pobierany zaliczkowo. Idealna sytuacja to taka, w której urząd skarbowy pobiera w zaliczkach dokładnie taką kwotę, jaka wychodzi z ostatecznego zeznania podatkowego. A więc ani podatnik nie musi dopłacać, ani urząd zwracać.
Jednak w trakcie roku podatkowego nasza sytuacja zawodowa się zmienia. W różnych miesiącach możemy zarabiać różne kwoty, pracujemy w kilku miejscach (oddając zaliczki na podatek tu i tam), dorabiamy na umowach o dzieło, czasem otrzymujemy premie (co rzutuje na przekroczenie progu podatkowego). Niektórzy w trakcie roku zmieniają pracę i ich wynagrodzenie rośnie lub spada. Poza tym korzystamy z ulg podatkowych, których zaliczki nie obejmują.
Jeden zwraca, drugi dopłaca – tak dzieje się co roku. Ale 2022 r. był wyjątkowy pod tym względem, za sprawą zmian podatkowych wprowadzonych przez rząd PiS. Z początkiem roku został wprowadzony „Polski Ład”. Wtedy zapowiedziano korzystne zmiany podatkowe dla milionów Polaków. Zwiększono kwotę wolną od podatku (z 8000 zł do 30 000 zł) i podniesiono próg podatkowy 32% do 120 000 zł. Wprowadzono też dodatkowe ulgi m.in. dla rodzin wielodzietnych oraz seniorów.
Zmieniono również sposób rozliczania składki zdrowotnej, zaczęto ją odciągać od pensji brutto (9%). Wprowadzona została również ulga dla klasy średniej dla osób z rocznymi dochodami mieszczącymi się między ok. 68 400 zł, a 133 700 zł brutto.
Pracodawca miał uwzględniać te zmiany w comiesięcznych zaliczkach, żeby docelowo pracownicy nie mieli na koniec roku ani wysokich nadpłat, ani niedopłat. Stało się jednak inaczej i już kilka dni po wprowadzeniu zmian było wiadomo, że „Polski Ład” to klęska rządu. Pierwszymi ofiarami nowego systemu okazali się m.in. policjanci i nauczyciele. Te grupy dostają wynagrodzenie z góry, a więc na początku miesiąca. Potem pojawiły się problemy u osób mających kilka źródeł dochodu oraz te, które łączą etat i działalność gospodarczą.
Chaos podatkowy sprawił, że milionom ludzi nagle spadły pensje „na rękę”. Ratunkiem dla rządu przed kompromitacją miało być złożenie przez podatników oświadczenia PIT-2, które obniża zaliczkę na poczet podatku dochodowego. Oświadczenie musiało być jednak złożone w konkretnym terminie, a wiele osób nie wiedziało, co ma robić.
Rząd szybko zaczął wycofywać się z części zmian podatkowych. Jeszcze w styczniu Mateusz Morawiecki zawiesił „Polski Ład” informując o tym, że każdy, kto zarobi nie więcej niż 12 800 zł brutto miesięcznie, może rozliczać się tak, jak w roku 2021. A dwa miesiące później rząd przyznał się do klęski nowego systemu i zapowiedział kolejne zmiany.
W połowie roku zlikwidowano ulgę dla klasy średniej oraz obniżono podatek dochodowy do 12%. W tym czasie zdymisjonowany został minister finansów Tadeusz Kościński wraz ze swoim zastępcą.
Rząd zabrał pieniądze i oddał wtedy, gdy są o 15% mniej warte
Całe zamieszanie związane z Polskim Ładem doprowadziło do tego, że większość z nas zapłaciła do urzędu skarbowego zdecydowanie za dużo zaliczek na PIT. I dopiero teraz te pieniądze odzyskujemy! Czy jednak jest się z czego cieszyć? Rząd uważa, ze tak – i z dumą chwali się, że dzięki zmianom podatkowym Polaków czekają w tym roku rekordowe zwroty podatku. W kraju pojawiły się nawet billboardy podkreślające „sukces” rządu.
Szczerze pisząc, jeśli ktoś wpadł na pomysł, żeby tym akurat się chwalić, to nie ma dobrego zdania o edukacji finansowej Polaków. Ale cóż, może do są racjonalne rachuby?

Zwrot podatku oznacza, że najpierw te pieniądze nam pobrano z pensji. Jeśli otrzymałeś 4000 zł zwrotu, to znaczy, że średnio co miesiąc urząd skarbowy zabierał Ci o ponad 300 zł za dużo. Z czego musiałeś zrezygnować przez te brakujące 300 zł? Być może odpuściłeś sobie kilka wyjść ze znajomymi albo zakup kilku ubrań, a może zrezygnowałeś z odkładania pieniędzy na przyszłość Twojego dziecka.
Wysoka inflacja (ostatni odczyt to poniżej 15%) sprawiła, że wiele osób musiało zrezygnować z niektórych zakupów. Teraz do naszych domowych budżetów trafia po kilka tysięcy złotych zwrotu, które może i podreperują budżet, ale te pieniądze są warte dziś dużo mniej niż wtedy, gdy rząd je nam zabierał w formie zaliczek.
Rzecz, której zakup być może odpuściłeś sobie w styczniu, jest już o ok. 20% droższa. Jeśli zrezygnowałeś z jakiegoś zakupu, który kosztował na początku roku 500 zł, bo nie miałeś pieniędzy (gdyż zabrały je zaliczki na podatek), to teraz musisz na ten zakup wydać 600 zł.
W skali całego roku potrącone zaliczki są dziś o ok. 15% mniej warte niż wtedy, gdy były pobierane z naszych pensji. Oczywiście: te zaliczki były pobierane stopniowo – jedne w styczniu, inne w lipcu, jeszcze inne w październiku. Ale średnioroczna inflacja w 2022 r. wyniosła 14,4%. O tyle mniej są warte pieniądze, które dziś urząd skarbowy nam oddaje.
Jeśli przez cały rok oddałeś w ramach zaliczek za dużo o 5000 zł, to teraz otrzymasz zwrot o realnej wartości ok. 4300 zł, więc o 700 zł mniej. A przecież mogłeś te pieniądze nie tylko przeznaczyć na zakupy o realnie większej wartości, ale też zainwestować np. w obligacje skarbowe. Antyinflacyjne 10-letnie obligacje skarbowe dają w pierwszym roku 7,25% zysku, a w drugim i kolejnych latach – więcej.
Rekordowe zwroty podatków: rekordowe utracone szanse?
Jeśli utracone 5000 zł zainwestowałbyś na początku zeszłego roku w obligacje, to przez 12 miesięcy zarobiłbyś na odsetkach 290 zł po uwzględnieniu podatku Belki. Te odsetki byłyby następnie doliczone do pierwotnych 5000 zł, a nowe oprocentowanie wyniosłoby już prawie 18% (inflacja z grudnia 2022 r. powiększona o 1,25%). To kolejne 770 zł odsetek. Tych pieniędzy jednak nie zarobiłeś, bo ktoś – a konkretnie Ministerstwo Finansów – je zabrał.
Niektóre zwroty są jeszcze dużo wyższe. TVP ogłosiła, że jeden z mieszkańców Krakowa otrzymał 100 000 zł zwrotu podatku! Cóż za wspaniała wiadomość! Przypuszczam jednak, że ten „szczęściarz” z Krakowa niekoniecznie jest zadowolony, że przez tyle czasu urząd skarbowy przetrzymywał jego 100 000 zł. 7% odsetek z takiej kwoty to przecież aż 5 500 zł po potrąceniu podatku Belki!
Zwrot podatku to miłe uczucie, ale jeśli rząd przez kilka miesięcy przetrzymywał te pieniądze – raczej powinien przeprosić, a nie się tym chwalić. Oczywiście: zwrotów by nie było, gdyby nie obniżenie podstawowej stawki PIT do 12%. Ale z kolei tej obniżki podatku PIT – zaordynowanej w połowie roku, choć przecież w trakcie roku podatkowego nie powinno się wprowadzać żadnych zmian w podatkach – by nie było, gdyby nie klęska „Polskiego Ładu”.
Bilboardy, które przedstawiają rekordowe kwoty zwrotów, trzeba nazwać manipulacją, na usta cisną się nawet ostrzejsze słowa. Może trzeba na nich dopisać „Przepraszamy za Polski Ład”?
ZOBACZ TEŻ WIDEOFELIETON:
Zdjęcie tytułowe: Cezary Tomczyk/ Twitter

