Co najbardziej potrzebne jest obecnie polskiej gospodarce do dalszego szybkiego rozwoju? Czy jesteśmy małymi Chinami Europy i co to znaczy? Czy inflacja jest już pokonana i stopy procentowe będą spadały dalej? Czy powinniśmy brać pieniądze z SAFE? Z „Subiektywnie o Finansach” o przyszłości Polski rozmawia Ireneusz Dąbrowski, prof. Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie i członek Rady Polityki Pieniężnej. Najważniejsze myśli z tej rozmowy w skrócie:
- Jako ekonomista widzę poziom 3,5% jako docelowy, jeśli chodzi o główną stopę NBP. Zejście poniżej jest bardzo trudne i wymaga bardzo dogłębnych analiz.
- Nadwyżka oszczędności w sektorze prywatnym pokazuje, że w Polsce nie ma barier kapitałowych. Przedsiębiorstwa też mają rekordowe nadwyżki finansowe, które lokują na lokatach, w bankach. To oznacza, że stopa procentowa banku centralnego nie jest w tej chwili krytyczna dla poziomu inwestycji.
- Polska to jest jeden wielki „biznes”, w którym wszyscy mamy „udziały” i musimy robić wszystko, żeby wartość tych „udziałów” rosła, czyli kupować polskie produkty w kraju, inwestować za granicą.
- Próba zmiany struktury gospodarki międzynarodowej polega na tym, że Chiny chcą wyjść z pułapki średniego dochodu. Chcą się przesunąć z pozycji producentów śrubek do producentów całych samochodów. Chiny muszą to okupić bardzo wielkimi kosztami, ale idą tą drogą. Marża na produkcji chińskich samochodów spadła z 1,3% do 0,7%.
- Słabość Stanów Zjednoczonych — i o to jest ta cała walka Donalda Trumpa — polega na tym, że krótkoterminowo myślący sektor finansowy nie powinien dłużej dominować nad realną gospodarką. W Stanach Zjednoczonych to się całkowicie rozjechało, krótkoterminowy zysk zniszczył długoterminowe cele.
- To jest wielka szansa dla nas, ponieważ my — w odróżnieniu od Stanów Zjednoczonych — wciąż mamy przemysł. I możemy go uczynić bardziej innowacyjnym. Paradoksalnie Amerykanie mają gorszą sytuację, bo oni nie mają przemysłu. Zamiast inżynierów mają influencerów. […] A my mamy przemysł, tylko musimy go odpowiednio przekształcić. I moim zdaniem był na to bardzo dobry pomysł dziesięć lat temu. Ten obiecany milion aut elektrycznych, cały program prorozwojowy, plan przekształcenia polskiej produkcji w przemysł nowoczesny.
- Projekt ETS2 to duże zagrożenie dla naszej gospodarki. A szczególnie dla naszej pozycji w globalnych łańcuchach wartości. My musimy konkurować tanią energią i atrakcyjnym rynkiem pracy. Nie jesteśmy dysponentem łańcuchów wartości. Te łańcuchy wartości przeniosą się do innych krajów o niższych kosztach energii i o niższych kosztach pracy. To może spowodować ogromne problemy.
- Jeśli chodzi o SAFE, to martwi mnie, że nie mamy pełnej swobody wydawania tych pieniędzy. Wydaje mi się, że przy tym koszcie możemy uzyskać źródło finansowania samodzielnie. Nawet jeśli nie będzie pożyczek z SAFE, to sufit nam się na głowy nie zawali. Bardziej bym się martwił o sposób wydania tych pieniędzy.
W styczniu 2026 roku inflacja konsumencka w Polsce (CPI) spadła do poziomu 2,2%, czyli poniżej wartości, w którą celuje Rada Polityki Pieniężnej (2,5% +/- 1 p.p.). Dynamika cen znajduje się obecnie w dolnym przedziale wahań, co było zaskoczeniem dla wielu ekonomistów. Czy to krótki epizod, czy też wynik trwałych procesów, które sprowadzą inflację do stabilnego, niskiego poziomu? I czy to byłby powód do radości czy zmartwień? A jeśli spadająca inflacja to wczesny sygnał zmniejszania potencjału wzrostu polskiej gospodarki?
- Tak Duńczycy przygotowują się na kryzys? Bank centralny wydał nowe zalecenie dotyczące form płatności w sklepach [POWERED BY EURONET]
- Przesiadka na mniejszego konia da zarobić? Akcje polskich małych i średnich spółek mogą przejąć pałeczkę hossy od gigantów [POWERED BY UNIQA TFI]
- Jest nowy ETF oparty na polskich indeksach akcji! I to… dwóch naraz! Czy to ma sens? TFI PZU chce ściągnąć polskie pieniądze na polską giełdę [POWERED BY PZU]
Niska inflacja i tani pieniądz to jednak przede wszystkim szansa. Ekonomiści od lat narzekają na niski poziom inwestycji w polskiej gospodarce. Czy obecny poziom stóp procentowych — które trudno uznać za niskie — ma na to decydujący wpływ? A może przyczyna niskich inwestycji tkwi gdzie indziej, a nie w relatywnie drogim wciąż pieniądzu? Co zrobić, by obudzić w Polsce „smoka” inwestycji, który pozwoli pokonać ostatni — najtrudniejszy — odcinek drogi w pogoni za bogatym Zachodem?
No i co z zadłużaniem Polski? Bardzo wysokie deficyty budżetowe i unijne programy pożyczkowe (takie jak KPO i SAFE) mogą wpuścić nowe pieniądze do gospodarki, ale powodują rosnące obciążenie długiem. Czy spadek kosztów obsługi długu publicznego wynikający ze spadających stóp procentowych oraz z coraz większego zainteresowania Polską zgłaszanego przez globalny kapitał to gwarancja, że dług Polski pozostanie pod kontrolą? O tym wszystkim rozmawiam z prof. SGH Ireneuszem Dąbrowskim, członkiem Rady Polityki Pieniężnej.
Tej rozmowy możesz posłuchać w wersji podcastowej, wystarczy kliknąć ten link.
Inflacja spadła, ale czy pozostanie niska? Co ze stopami?
Maciej Danielewicz: Na początku tego roku inflacja spadła do 2,2%. Czy to oznacza ostateczne pożegnanie z wysoką inflacją, która była z nami przez 5–6 ostatnich lat? W marcu 2024 roku inflacja też na chwilę spadła do 2%, ale potem znów urosła do prawie 4%. Czy tym razem może być tak samo?
Ireneusz Dąbrowski: Spadek inflacji w 2024 roku rzeczywiście nie okazał się trwały, ale w międzyczasie mieliśmy podwyżki cen prądu, były różne zewnętrzne czynniki, które na to wpłynęły. Natomiast już wtedy, dwa lata temu, procesy inflacyjne były w zasadzie pod kontrolą. Zejście inflacji do celu NBP było tylko kwestią czasu przy takich parametrach polityki pieniężnej, jakie wyznaczyliśmy.
Praktycznie od pół roku inflacja jest w przedziale celu inflacyjnego NBP, a w tej chwili jesteśmy nawet w dolnym paśmie tego przedziału. Oczywiście zawsze są pewne ryzyka i niebezpieczeństwa, ale dziś nie są takie jak kiedyś. Wydaje mi się, że na trwałe zeszliśmy do celu inflacyjnego. Oczywiście pod warunkiem, że nie pojawią się jakieś szoki zewnętrzne.
Co zadecydowało o tym, że inflacja — o ile nic nadzwyczajnego się nie wydarzy — na dobre zakotwiczyła w okolicach 2–2,5%? Czy to zasługa polskich czynników czy zewnętrznych?
Spirala cenowo-płacowa się wygasiła, czyli podmioty działające na rynku – konsumenci, pracownicy – widzą, że inflacja jest opanowana i oczekują, że będzie na podobnym poziomie w przyszłości albo nawet jeszcze niższa. W związku z tym pracownicy bardzo obniżyli swoje żądania płacowe. Widzimy, że presja płacowa spada. Wygaszenie spirali cenowo-płacowej to jest główny czynnik spadku inflacji.
Druga rzecz to spadek marż w gospodarce. Wcześniej opinia publiczna wskazywała na problem, który nazywa się „greedflation”. To inflacja pchana przez chciwość. W momencie kiedy ceny się rozregulowały, czyli mieliśmy już inflację, firmy wykorzystywały to często do podnoszenia cen powyżej tempa wzrostu kosztów. Marże przedsiębiorstw wzrosły dwukrotnie powyżej średniej długoterminowej. W tej chwili to zjawisko inflacji marżowo-cenowej też się ustabilizowało.
Mechanizm tych dwóch sprzężeń zwrotnych kilka lat temu się pojawił i podbijał inflację, ale w tej chwili został wygaszony. Wszystko inne nie jest już takie istotne. A więc zmiany cen prądu, cen żywności to zjawiska, które mają charakter fluktuacji krótkoterminowych. To się wyjmuje z analiz i operuje się pojęciem inflacji bazowej lub inflacji superbazowej, czyli bez cen administracyjnych.
I co dzisiaj mówi inflacja superbazowa o naszych portfelach i podejściu do wydawania pieniędzy?
Inflacja superbazowa pokazuje prawdziwe procesy inflacyjne w gospodarce. Od pół roku, a nawet dłużej, ona też jest opanowana. To ważne, bo jeżeli procesy na poziomie inflacji superbazowej przebiegają spokojnie, wtedy nie mamy się czym martwić nawet w przypadku chwilowych zaburzeń w działaniach konsumentów. Kluczem z punktu widzenia Rady Polityki Pieniężnej jest reakcja konsumentów na przejściowy szok.
Jeżeli na przykład nagle cena paliwa rośnie, to konsument może uznać, że trzeba to przeczekać. Benzyna skacze z 5 zł na 6 zł? „W porządku, poczekamy, aż spadnie” – mówią konsumenci. Ale kiedy konsumenci przestają czekać, to idą do pracodawców i mówią: „ceny wzrosły, żądamy wzrostu wynagrodzeń”. Jeśli pracodawcy się na to godzą, to wtedy pojawia się spirala i to jest problem, który nas niepokoi. Najważniejsza jest reakcja konsumentów na szok. Jeżeli konsumenci nic nie robią, tylko czekają, to Rada Polityki Pieniężnej też tylko czeka.
Ile nas jeszcze czeka obniżek stóp procentowych i jaki powinien być docelowy w najbliższym czasie poziom głównej stopy procentowej?
Nie wiem, co zadecyduje Rada. Jako ekonomista widzę poziom 3,5% jako docelowy, jeśli chodzi o główną stopę NBP. Zejście poniżej jest bardzo trudne i wymaga bardzo dogłębnych analiz. Nie wiemy jeszcze dokładnie, jak inflacja się „ułoży”. Wydaje się, że to będzie w dolnej części pasma celu inflacyjnego. Jeżeli by tak było i miałbym twarde dowody, że tam inflacja zakotwiczy, to wtedy można się zastanawiać, czy 3,5% nie jest poziomem możliwym jeszcze do skorygowania w dół.
To są moje rozważania prywatne, niezwiązane w ogóle z Radą Polityki Pieniężnej. Co zrobi Rada? To jest dziesięć osób, z których każda ma swoje poglądy, każda jest zwolennikiem jakichś teorii ekonomicznych. Jedni uważają, że trzeba podnosić stopy procentowe, bo są za niskie. Większość uważa, że jednak można je obniżać. A jaka decyzja się z tego wyłoni? Zobaczymy. A nasze obecne decyzje będą oddziaływać na gospodarkę w perspektywie czterech, sześciu czy ośmiu kwartałów, czyli do końca 2027 roku.
Wzrost wynagrodzeń i dziura budżetowa: czy to „obudzi” inflację?
W 2026 roku i w przyszłym inflacja powinna pozostać w celu NBP? A nie obawia się Pan wzrostu wynagrodzeń? To jest jednak 6–7% w skali roku. Czy to nie rozbuja inflacji? Jaki poziom wzrostu wynagrodzeń byłby bezpieczny dla dynamiki cen?
Inflacja powinna w tym i przyszłym roku zostać w dolnej części celu inflacyjnego [czyli 1,5–2,5% w skali roku — przypis redaktora]. Gdybym miał dzisiaj prognozować, to bym taki właśnie scenariusz obstawiał. Wzrost płac obecnie jest „na granicy” [według GUS w styczniu 2026 roku wzrost wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw wyniósł 6,1% w skali roku — przypis redaktora]. Ostatnio wzrósł mocno wskaźnik produktywności w polskiej gospodarce, do około 4% rocznie. Jeżeli dołożymy do tego inflację na poziomie 2,5%, to wychodzi nam około 6,5% nominalnego wzrostu płac. To powinien być wzrost bezpieczny dla gospodarki.
Czyli 3% podwyżki płac w budżetówce zaproponowane przez rząd w ustawie budżetowej też nie jest zagrożeniem dla inflacji?
To bardzo bezpieczny poziom. Ale przypominam, że dwa lata temu wzrost płac był na poziomie 20% w sektorze usług publicznych i w sektorze publicznym, a nauczyciele, w tym i ja, dostali podwyżkę 30%. To było bardzo niebezpieczne. Mogło rozkręcić spiralę inflacyjną. Trochę zresztą rozkręciło, ale mniej, niż oczekiwałem, dlatego że duża część tych podwyżek trafiła na oszczędności. Stąd zresztą problemy budżetowe.
W dużej części ludzie, dostając te podwyżki, odbudowali nimi swoje oszczędności przedcovidowe. Oczywiście mamy konkurencję, więc te podwyżki w sektorze publicznym natychmiast się przełożyły na podwyżki w sektorze prywatnym, chociaż nie tak silnie, jak oczekiwaliśmy, i spowodowały ten wzrost płac, który znowu nam wywindował na chwilę inflację. Na szczęście nie tak mocno i nietrwale. Te procesy ustały i wróciliśmy do celu inflacyjnego. Dlatego teraz te planowane podwyżki na poziomie 3% są już racjonalne, szczególnie w sektorze publicznym.
A plany rządu? Mamy kolejny rok dużej dziury budżetowej. To oznacza, że do gospodarki może trafić więcej pieniędzy, niż rząd ściąga z podatków. Dlaczego to miałoby nie zagrozić wzrostem inflacji?
Ryzyko wysokiego deficytu budżetowego oczywiście istnieje. Ważne, na co te pieniądze pójdą. Bo deficyt budżetowy zwiększa popyt. Przy nieelastycznej produkcji w krótkim okresie przedsiębiorcy mogą nie zwiększyć produkcji, tylko podniosą ceny. Takie zagrożenie zawsze jest, jeżeli zwiększamy popyt globalny. Do tej pory przy wysokim deficycie w państwowym budżecie nie rósł o tyle, o ile zakładałem, bo duża część osób, która dostała podwyżki, po prostu zaczęła oszczędzać.
To zjawisko oczywiście oznacza pewien problem dla budżetu, bo w momencie, kiedy konsumenci oszczędzają, a nie wydają pieniądze w sklepach, spadają dochody z VAT-u. A poza tym firmy nie mogą podnosić cen. W związku z tym marże są niższe, ale również niższe zyski i niższe wpływy do budżetu.
Może na tym ucierpieć dynamika wzrostu gospodarczego?
Najlepszy układ jest wtedy, gdy wzrost popytu globalnego przełoży się na wzrost podaży globalnej, czyli wzrost produkcji. Ale jeżeli wzrost popytu globalnego przełoży się na ceny, to wtedy i tak nie ma wzrostu gospodarczego. To, co nas interesuje w teorii wzrostu gospodarczego czy w ogóle w klasycznej makroekonomii, to PKB potencjalny, czyli potencjał gospodarki. A on może się rozwijać tylko i wyłącznie poprzez inwestycje.
My musimy więcej inwestować i te inwestycje muszą wywoływać tzw. efekty mnożnikowe. Najlepiej, żeby to były zakupy w Polsce — polskich maszyn i usług, bo wtedy pieniądz zostaje w Polsce i Polacy znowu go wydają. I to właśnie jest efekt mnożnikowy. To jest najlepszy sposób wydawania pieniędzy. I to jest główne zadanie dla rządu. Zadaniem Rady Polityki Pieniężnej jest stabilizacja gospodarki, czyli dbanie o to, żeby produkt bieżący był jak najbliżej produktu potencjalnego. Im bardziej odchodzimy od produktu potencjalnego, tym bardziej powstaje luka popytowa, dodatnia albo ujemna, i tym bardziej mamy potem wahania inflacji — albo procesy dezinflacyjne, albo inflacyjne.
Nie jesteśmy drugą Japonią. Polskie firmy za mało inwestują
Często narzekamy, że w Polsce jest mało inwestycji rozwojowych w sektorze prywatnym. A sektor publiczny karmi się środkami pożyczanymi z zagranicy: zwiększonymi deficytami budżetowymi, środkami unijnymi… Może stopy procentowe, czyli cena pieniądza, są za wysokie?
Nadwyżka oszczędności w sektorze prywatnym pokazuje, że w Polsce nie ma żadnych barier kapitałowych. Przedsiębiorstwa też mają rekordowe nadwyżki finansowe, które lokują na lokatach, w bankach. Depozyty przedsiębiorstw w bankach mają historycznie rekordowe poziomy. To oznacza, że stopa procentowa banku centralnego nie jest w tej chwili krytyczna dla poziomu inwestycji.
Ona jest krytyczna dla sektora publicznego, bo każde obniżenie stóp procentowych o 1 pkt procentowy przy zadłużeniu budżetu na poziomie 2 bilionów złotych to jest potencjalne 20 mld zł oszczędności. My obniżyliśmy w tym cyklu stopy procentowe o 2,75 pkt, to jest prawie 60 mld zł oszczędności dla budżetu. Natomiast w sektorze prywatnym poziom inwestycji nie jest już tak wrażliwy na zmiany stóp procentowych. Dominuje po prostu ogromna awersja do inwestycji.
Pieniądze są na kontach, a nie są inwestowane?
Wchodzimy w meandry ekonomii behawioralnej, czy psychologii ekonomicznej. To jest cały szeroki problem naszego systemu ekonomicznego, że przez te lata ucisku, zaborów, niemieckiej i sowieckiej okupacji, a potem w PRL żyliśmy w czasach opresji, a głównym celem było przetrwać. Nie rozwijać się, tylko po prostu — przetrwać. Są takie badania socjologiczne, z których wynika, że celem przedsiębiorców w Polsce jest po prostu przetrwać. Firmy uzyskują jakąś pozycję i zakładają, że w najbliższym czasie więcej nie trzeba, bo to im gwarantuje przetrwanie.
Jest bardzo silna awersja do ryzyka. Wynika ona również z wojny za naszą wschodnią granicą i z zamieszania geopolitycznego, które jest silne i powoduje, że polskie firmy, poza wyjątkami, nie prą do inwestycji, nie są ekspansywne. Polskie firmy bardzo mało inwestują za granicą. Teraz to się trochę zaczyna poprawiać, ale do tej pory, jeśli porównamy firmy polskie i czeskie, to Czesi mają pozycję inwestycyjną netto dodatnią. Czyli ich firmy więcej inwestują za granicą i mają więcej dochodów z inwestycji zagranicznych niż firmy zagraniczne w Czechach. U nas jest zupełnie na odwrót.
Musimy zrozumieć, że Polska to jest jeden wielki „biznes”, w którym wszyscy mamy „udziały”, i że musimy robić wszystko, żeby wartość tych „udziałów” rosła, czyli kupować polskie produkty w kraju, inwestować za granicą.
Czyli polskie firmy, żeby zwiększyć bogactwo Polski, powinny wyjść poza nasz kraj? Robią to giganci tacy jak Orlen czy KGHM…
Orlen, KGHM, CCC, LPP, InPost. Mamy kilka takich firm, ale potrzeba ich więcej. To jest absolutnie fundamentalne i kluczowe. Mówimy np. w tej chwili o tym, że poziom PKB per capita, liczony według parytetu siły nabywczej PPP, w przypadku Polski zrównał się z japońskim. Ale jeżeli do tego dodamy dochody z zagranicy japońskich firm, to wciąż jest różnica aż 30-40%. Bo japońskie firmy mają świetną pozycję za granicą. A my z naszego PKB jeszcze płacimy firmom zagranicznym, które wypłacają sobie zyski i to wycieka z Polski. Kluczowe jest nie PKB, lecz PNB, a więc produkt narodowy, czyli wartość aktywów danego narodu.
Na dzisiejszy system gospodarczy trzeba spojrzeć poprzez tak zwane globalne łańcuchy wartości. Jest bardzo ważne, na jakim jesteśmy poziomie w tych globalnych łańcuchach wartości. I tutaj nie jest dobrze. Wystarczy przeanalizować tzw. krzywą uśmiechu, gdzie wysoka marża jest na początku łańcucha wartości i na jego końcu. Czyli tam, gdzie się wytwarza i tam, gdzie się dystrybuuje. Polska jest w środku. A jeżeli jest się w środku, to oznacza tylko jedno, że konkuruje się niskimi płacami. A to nie są nasze aspiracje.
Polska jak „małe Chiny”. W pułapce, ale z wielką szansą
To jest to, co nazywamy pułapką średniego wzrostu?
To jest dla nas bardzo niebezpieczne. Całe zamieszanie międzynarodowe, zmiana struktury gospodarki międzynarodowej polega właśnie na tym, że Chiny chcą wyjść z pułapki średniego dochodu. Chcą się przesunąć z pozycji producentów śrubek do producentów całych samochodów. I to budzi niepokój za granicą. Chiny muszą to okupić bardzo wielkimi kosztami. Marża na produkcji chińskich samochodów spadła z 1,3 do 0,7%. Czyli praktycznie sprzedają po kosztach. Przy pełnym wsparciu dyplomacji chińskiej.
To jest słabość Stanów Zjednoczonych — i o to jest ta cała walka Donalda Trumpa — że krótkoterminowo myślący sektor finansowy nie powinien zdominować realnej gospodarki. To się w Chinach udało, tam są długoterminowe cele, możesz robić, co chcesz, ale nie możesz wyskoczyć poza długoterminowe cele. A w Stanach Zjednoczonych to się całkowicie rozjechało, krótkoterminowy zysk zniszczył długoterminowe cele.
Ta wizja krótkoterminowego zysku zdezindustrializowała Stany Zjednoczone, czyli spowodowała przeniesienie łańcuchów wartości i produkcji do Azji, co jednocześnie oznacza ogromne kłopoty w przypadku wojny lub globalnych wstrząsów, a to było widać w czasie pandemii Covid-19. W momencie, kiedy Chiny zablokowały eksport, cały świat „piszczał”, bo się okazało, że na samochód wyprodukowany w Niemczech trzeba było czekać półtora roku.
A czy to samo zjawisko — choć w mniejszej skali — nie dotyczy też zachodniej Europy. Tak naprawdę takim centrum produkcyjnym została środkowa Europa. np. Polska, która regionalnie odgrywa rolę takich „małych Chin”. No i my też chcielibyśmy z tej pułapki bycia dostawcą komponentów się wyzwolić. Tak jak Chiny w skali globalnej.
To jest wielka szansa dla nas, ponieważ my — w odróżnieniu od Stanów Zjednoczonych — wciąż mamy przemysł. Sam ten fakt daje szansę, że możemy go uczynić bardziej innowacyjnym. Paradoksalnie Amerykanie mają tu gorszą sytuację, bo oni nie mają przemysłu. Zamiast inżynierów mają influencerów. Stracili przewagę w kapitale ludzkim. I teraz muszą ten przemysł z powrotem przyciągnąć do Stanów Zjednoczonych i nauczyć tych ludzi z powrotem robić samochody, buty i inne rzeczy.
A my mamy przemysł, tylko musimy go odpowiednio przekształcić. I moim zdaniem to był bardzo dobry pomysł dziesięć lat temu. Ten obiecany milion aut elektrycznych, cały program prorozwojowy, plan przekształcenia polskiej produkcji w przemysł nowoczesny.
Niestety, w dużej części ten plan został na papierze czy raczej w power poincie. A w tej chwili barierą dla przemysłu są już wysokie ceny energii. Mamy najwyższe ceny energii w Europie.
Tak, wszystko opiera się na energii. I to idzie w złą stronę. Projekt ETS2, który ma wejść w życie w 2028 roku, będzie oznaczał biedę. Trzeba sobie wprost powiedzieć: to jest śmiertelne zagrożenie dla naszej gospodarki. A szczególnie dla naszej pozycji w globalnych łańcuchach wartości. My musimy konkurować tanią energią i atrakcyjnym rynkiem pracy. Nie jesteśmy dysponentem łańcuchów wartości. I te łańcuchy wartości przeniosą się do innych krajów o niższych kosztach energii i o niższych kosztach pracy. I to może spowodować ogromne problemy.
Dlatego musimy inwestować w przemysł podwójnych zastosowań. Ogromne inwestycje, które planujemy w przemysł militarny muszą skutkować postępem technologicznym możliwym do przeniesienia później, tak jak kiedyś stało się w przypadku internetu w Stanach Zjednoczonych, do sektora prywatnego. I to jest dla nas moim zdaniem ogromną szansą. Musimy znaleźć jakieś nisze, sektory, które doinwestujemy i które staną się naszym znakiem rozpoznawczym. Może sektor dronowy do wykorzystania w logistyce, do nowoczesnego transportu paczek? Takich pomysłów musimy mieć jak najwięcej.
Bez SAFE sufit nam się na głowę nie zawali
Czy pożyczać na to wszystko pieniądze z Unii Europejskiej? Czy brać udział w takich programach jak SAFE? Jest wśród polityków ogromny spór: wykorzystać pożyczki SAFE czy nie wiązać się takim zobowiązaniem i samodzielnie finansować potrzeby, choćby drożej?
To wszystko są de facto pożyczki, bezpośrednie i pośrednie. Martwi mnie, że nie mamy pełnej swobody wydawania tych pieniędzy. Mamy nałożony mechanizm tzw. warunkowości, czyli uzależnienie wydawania pieniędzy od mgliście pojętej praworządności, a o spełnieniu tego warunku zdecyduje urzędnik w Brukseli. Czyli tak jak kiedyś urzędnik w PRL-u decydował, gdzie ma powstać fabryka, a nie rachunek ekonomiczny, tak samo tu może się okazać, że to wszystko jest wypadkową jakichś zagadkowych decyzji administracyjnych.
Wydaje mi się, że przy tym koszcie możemy uzyskać źródło finansowania samodzielnie. Nawet jeśli nie będzie pożyczek z SAFE, to sufit nam się na głowy nie zawali. Możemy identyczną kwotę pożyczyć na rynkach finansowych i damy sobie radę. Raczej bym się martwił o sposób wydania tych środków. To nie może pójść w jakieś zagraniczne zakupy tylko po to, żeby się przymilać naszym partnerom. Musimy stworzyć system, który my kontrolujemy z szybką pętlą decyzyjną w Polsce, rozwijający przemysł zbrojeniowy Polski. Chyba że musimy kupić coś, czego sami nie wyprodukujemy.
Dziękuję za rozmowę.
——————-
CZYTAJ WIĘCEJ O SAFE:
——————————
ZAPISZ SIĘ NA NASZE NEWSLETTERY
>>> W każdy weekend sam Samcik podsumowuje tydzień wokół Twojego portfela. Co wydarzenia ostatnich dni oznaczają dla Twoich pieniędzy? Jakie powinieneś wyciągnąć wnioski dla oszczędności? Kliknij i się zapisz.
>>> Newsletter „Subiektywnie o Świ(e)cie i Technologiach” będziesz dostawać na swoją skrzynkę e-mail w każdy czwartek bladym świtem. Będzie to podsumowanie najważniejszych rzeczy, o których musisz wiedzieć ze świata wielkich finansów, banków centralnych, najpotężniejszych korporacji oraz nowych technologii. Kliknij i się zapisz.
———————–
ZOBACZ TEŻ INNE ROZMOWY:
Źródło zdjęcia: Adrian Jagosz



