Inflacja konsumencka spadła do najniższych poziomów od dwóch lat. NBP obwieścił zwycięstwo nad inflacją przed wyborami. Ale teraz Rada Polityki Pieniężnej nagle przestała obniżać stopy. I chyba już bardziej ich nie obniży. Dlaczego? Co się stało, że wygrana (podobno) walka z inflacją już nie jest wygrana? Odpowiedź kryje się w odczycie wskaźnika cen producenta. To przestroga dla RPP przed obniżaniem stóp. A kto wie czy nie zachęta do ich podwyższania…
W lutym 2023 r. inflacja konsumencka, czyli CPI, osiągnęła najwyższy poziom od wielu lat i od tego czasu solidnie się obniżyła. We wrześniu Rada Polityki Pieniężnej zdecydowała się na mocne cięcie stóp procentowych, któremu towarzyszyły tryumfalne deklaracje prezesa NBP o „zwycięstwie nad inflacją”.
- Osiem najważniejszych dylematów inwestycyjnych na najbliższą dekadę [POWERED BY CITIBANK HANDLOWY]
- Agenci AI, czyli rewolucja. Nie tylko w zakupach, ale też w płatnościach. Jak to zmienia przyszłość handlu? [POWERED BY VISA]
- Które spółki z branży oprogramowania nie przegrają z AI? Analitycy zrobili stress-testy. Czy po spadku wartości o 30% są już okazje inwestycyjne? [POWERED BY SAXOBANK]
Jeśli rzeczywiście trend hamowania inflacji (tzw. dezinflacja – nie mylić z deflacją, czyli ujemną inflacją) miałby się utrzymać, to decyzję o obniżaniu stóp dałoby się pewnie uzasadnić. Są jednak tacy, także w samej RPP, którzy twierdzą, że nie tylko tempo spadku CPI zwolni, ale wręcz może się odwrócić!
Jak stłumić inflację?
Inflacja, czyli wzrost cen, może być napędzany – co do zasady – dwoma siłami. Pierwsza z nich to czynniki podażowe. Gdy jakiegoś towaru zaczyna brakować, a zapotrzebowanie na niego nie spada, to ceny rosną. Tym mocniej, im bardziej zdeterminowani (czy zdesperowani) są kupujący.
Widzieliśmy to na przykład w cenach gazu na początku wojny w Ukrainie – odcięcie dostaw rosyjskiego gazu (ale i innych surowców) sprawiło, że jego ceny wystrzeliły.
Druga siła to czynniki popytowe. Inflacja przyspiesza, gdy zwiększa się popyt na jakieś towary lub usługi. Zanim producenci i sprzedawcy zdążą dostosować się do większego zapotrzebowania, ceny rosną. Kiedy mamy do czynienia z taką sytuacją? Gdy np. konsumenci mają więcej pieniędzy – dzięki wzrostom płac albo transferom od państwa.
W realnym świecie zazwyczaj mamy do czynienia ze złożeniem tych dwóch sił. W skrajnych przypadkach dochodzi do paniki – jak z cenami maseczek na początku pandemii. Zamknięte granice państw i zamrożona międzynarodowa wymiana towarów sprawiła, że z Azji do Europy dostarczono mniej produkowanych tam środków ochrony osobistej. A jednocześnie popyt na nie drastycznie wzrósł. Wystarczyło jednak poczekać kilka miesięcy, by sytuacja wróciła do normy – ruszyła lokalna produkcja, udrożniono łańcuchy dostaw i ceny spadły.
Na czynniki podażowe za wiele nie da się poradzić – a już zupełnie nie za pomocą polityki pieniężnej. Natomiast na tę popytową – jak najbardziej.
Podnoszenie stóp procentowych powoduje, że konsumenci mają mniej pieniędzy – bo muszą spłacać wyższe raty, a wzięcie kredytu jest droższe i trudniejsze. A gdy mają mniej pieniędzy, to mniej kupują.
Analogicznie jak przy inflacji konsumenckiej działa to przy producenckiej. Wskaźnik PPI, czyli indeks cen producenta, pokazuje, jak zmieniają się – wybaczcie odrobinę masła maślanego – ceny produktów na różnych etapach produkcji. A więc te w wymianie między przedsiębiorstwami, a nie między firmą a konsumentem.
Nie ma przełożenia jeden do jednego, ale istnieje spora korelacja między CPI a PPI. Jeśli producenci zaczynają obniżać ceny, to prawdopodobnie za jakiś czas zaczną robić to także sklepy. Co może doprowadzić do hamowania PPI? Tak samo jak w przypadku inflacji konsumenckiej – spadek popytu.
Jeśli sklep meblowy sprzedaje mniej stołów, to mniej chętny jest do kupowania ich od producenta, a ten z kolei zamawia mniej półproduktów: drewna, płyt, śrub. W takiej sytuacji wytwórcy muszą konkurować ceną o swój udział w rynku.
Producenci od dawna w recesji, PPI – w deflacji
Nie licząc statystycznego wystrzału dynamiki produkcji na wiosnę 2021 r. (spowodowanego lockdownem rok wcześniej), szczyt trendu wzrostowego, jeśli chodzi o produkcję przemysłową w Polsce, przypadł na styczeń 2022 r. Od tego momentu zaczyna się hamowanie – a w lutym 2023 r. weszliśmy nawet w „recesję” – to znaczy produkcja jest mniejsza niż rok wcześniej.
Mniej więcej pół roku po tym, jak zaczęła hamować sama dynamika produkcji, rosnąć przestał także PPI. Przez rok wskaźnik spadł z plus 25,6% do… zera. I od połowy 2023 r. pogłębia się tylko deflacja – ceny producenta są cały czas niższe (nominalnie) niż w 2022 r.!
Jaki z tego wniosek? Kurczenie się produkcji sprawia, że nie ma tej popytowej siły, która pchałaby ceny w górę. A gdyby nawet zdarzył się szok podażowy (np. zabrakłoby jakichś komponentów lub surowców), to może i PPI podskoczyłby na chwilę w górę, ale fabryki od tego nie zaczęłyby nagle produkować więcej (a może wręcz mniej – z powodu niedoborów), więc szybko wskaźnik wróciłby do niskich poziomów.
Czy popyt konsumencki także hamuje?
Przejdźmy zatem do tej inflacji, która nas najbardziej interesuje, czyli do CPI. Jeśli przyłożyć analogiczne założenia, to trzeba byłoby sprawdzić, jaka jest koniunktura w handlu detalicznym. Bo dopóki nie zobaczymy, że konsumenci nie kupują mniej, dopóty nie ma co liczyć na to, że presja popytowa na ceny zniknie.
I rzeczywiście, dynamika sprzedaży detalicznej i obrotów w handlu detalicznym od kwietnia 2022 r. spada. A właściwie – spadała. Weszła nawet w ujemne wartości. A więc sukces! Polscy konsumenci kupują coraz mniej – przygnieceni wysokimi stopami procentowymi i „drożyzną” w sklepach i nie są w stanie skompensować inflacji relatywnie wolno rosnącymi płacami.
Radość z tych trudności nie trwała jednak długo. Od wiosny tego roku dynamiki w handlu detalicznym zaczęły zmniejszać straty. I dotarły właśnie do „kreski”, co oznacza, że prawdopodobnie apetyty konsumentów zaczęły rosnąć. A niższa inflacja i płace, które realnie wyszły na plus, tylko zachęcają do zakupów.
„Mamy zatem do czynienia z wyraźnym odbiciem sprzedaży detalicznej i, w przeciwieństwie do wiosny br., nie wynika to z efektów bazy, a z autentycznego wzrostu wolumenu sprzedaży w ostatnich miesiącach”
– napisali ekonomiści Pekao w komentarzu do opublikowanych pod koniec października danych za wrzesień.
Co z tego wynika? Moim zdaniem zwiastuje to, że zwycięstwo nad inflacją zostało ogłoszone przez prezesa NBP o wiele za wcześnie. Owszem, ceny paliw zaczęły rosnąć (a właściwie wracać do rynkowych poziomów po przedwyborczym zaniżaniu ich przez Orlen), więc będzie można bronić się, że wzrost inflacji jest „przejściowy” i „poza zasięgiem polityki pieniężnej”.
Widać jednak gołym okiem, że polska gospodarka – szczególnie w części konsumenckiej – przeszła przez inflacyjny kryzys w miarę suchą stopą. I z zapałem wracamy do kupowania i konsumowania, bo nadal mamy na to pieniądze – nawet jeśli nie z wynagrodzeń, to ze środków płynących z budżetu państwa w formie świadczeń, nastych emerytur, dodatków i dopłat.
Nie wygląda na to, żeby oczekiwania inflacyjne w Polsce spadły. A bez tego – czyli bez powszechnego przekonania, że uda się bankowi centralnemu zahamować wzrosty cen – będziemy po prostu godzić się na szybko zwiększające się koszty życia i coraz mocniej oczekiwać, że nam lukę w dochodach do dyspozycji załata państwo.
Jakie są skutki ostrego cięcia stóp procentowych? Przeczytaj: Było ostre rżnięcie stóp procentowych, teraz jest ostre rżnięcie oprocentowania depozytów. Ile da się wycisnąć z lokaty?
Źródło zdjęcia: Freepik

