To z pewnością alternatywa dla bankowego depozytu, którą mogę polecić każdemu, nawet najbardziej konserwatywnemu ciułaczowi. Jeśli przeżywasz traumę na samą myśl o zabraniu pieniędzy z banku, jeśli ściska cię w dołku na dźwięk słów “ryzyko”, “strata”, “niebezpieczeństwo”, jeśli – dla odmiany – słowo “inwestycja” oznacza dla Ciebie mniej więcej to samo co “seks po pijaku i bez zabezpieczenia”… to dziś mam dla Ciebie pomysł na ulokowanie kapitału, którego nie da się skreślić już na starcie.

Ta propozycja to sprzedawane właśnie obligacje paliwowego koncernu PKN Orlen – firmy kultowej, właściciela 2700 stacji paliw w czterech krajach (poza Polską także w Niemczech, Czechach i na Litwie), posiadacza 34% polskiego rynku sprzedaży paliw. I pewnie przy okazji też niemałego procentu sprzedaży hot-dogów w kraju ;-).

Tę firmę zna każdy – w pierwszym półroczu 2017 r. miała prawie 46 mld zł przychodu i niemal 3,8 mld zł zysku netto (w 2015 r. było 3,2 mld zł, w 2016 r. – 5,7 mld zł). Rating przyznany jej przez agencję Fitch to BBB-, a więc ocena tylko nieznacznie niższa od tej, którą Fitch przyznał polskiemu państwu (A-). Zadłużenie Orlenu w relacji do kapitału własnego firmy wynosi zaledwie… 4%, czyli tyle co nic. Firma zyskowna, niezadłużona, niezniszczalna. No, chyba, że przez kurs dolara, samochody elektryczne i jakieś zawirowania, które sprawią, że nie będziemy już potrzebowali paliwa.

Czytaj też: 25 lat temu wystartował pierwszy w Polsce fundusz inwestycyjny. Ile można było na nim zarobić?

Orlen chce od nas pożyczyć pieniądze. Na cztery lata. Potrzebuje ich, żeby zrefinansować “stare” zadłużenie, czyli wypłacić pieniądze inwestorom, którzy pożyczyli mu pieniądze przed trzema laty. Ile będzie można zarobić? Jakieś 2,8% w skali roku (przy dzisiejszych warunkach). A konkretnie: WIBOR plus 1%

Szału nie ma, ale i być nie może przy takiej jakości emitenta. Powiedzmy sobie szczerze: Orlenowi każdy bank z pocałowaniem ręki pożyczy pieniądze na bardzo niski procent, więc firma nie ma potrzeby pożyczać od nas zbyt drogo. Od czasu do czasu piszę o emisjach obligacji różnych firm i zawsze ostrzegam, że to nie jest inwestycja bez ryzyka. Ale obligacje Orlenu bezapelacyjnie są najbezpieczniejsze ze wszystkich, które bywają oferowane klientom detalicznym. No, może porównywalną “jakość” miały sprzedawane w zeszłym roku obligacje GPW (oprocentowane według stawki WIBOR plus 0,95%).

Obok obligacji Orlenu postawiłbym jeszcze może “zwykłe” obligacje Skarbu Państwa, których oprocentowanie wynosi obecnie od 2,1% (dla papierów dwuletnich) do 3,5% (dla obligacji dziesięcioletnich, których oprocentowanie jest liczone jako inflacja plus 1,5%). Oferowane przez Orlen oprocentowanie jest nieco wyższe od rentowności większości depozytów w dużych bankach – dziś średnie oprocentowanie pieniędzy w banku wynosi tylko 1,4%.

Czytaj też: Obligacje skarbowe, czyli hit bezpiecznego oszczędzania. W które z nich inwestuję swoje prywatne oszczędności?

Jakkolwiek kupując obligacje zawsze warto dotrzymać je do dnia wykupu (wcześniejsza sprzedaż może się wiązać z “przypadkowym” kursem i ewentualnymi stratami), to w przypadku obligacji Orlenu można mieć nadzieję, że będzie możliwość ich bezproblemowej odsprzedaży innym inwestorom. Będą notowane na giełdzie Catalyst, a sądząc po płynności obligacji poprzedniej emisji – nie powinno być problemów ze znalezieniem chętnych do zakupu.

To co najbardziej mi się podoba w tych obligacjach to sposób ich sprzedawania. O ile w większości dotychczasowych emisji obowiązywała zasada “kto pierwszy, ten lepszy” (co oznaczało, że trzeba było zapisywać się już pierwszego dnia), o tyle w przypadku obligacji Orlenu moment złożenia zapisu nie ma znaczenia – ważne, żeby zdążyć przed zamknięciem oferty, czyli przed 15 września. W przypadku popytu przekraczającego liczbę oferowanych obligacji będzie zastosowana zasada tzw. maksymalnego przydziału.

To nowe rozwiązanie, na którym mają korzystać zwłaszcza drobni inwestorzy, nie kupujący miliona obligacji, a np. kilkaset, kilka tysięcy sztuk. Procedura maksymalnego przydziału polegać będzie na znalezieniu maksymalnej liczby obligacji, jaką będzie mógł otrzymać każdy z inwestorów z łącznej puli. To oznacza, że drobne zamówienia w razie redukcji będą obcinane w mniejszym stopniu.

Zresztą jakiejś wielkiej “obcinki” być nie powinno, bo obligacji jest do kupienia bardzo dużo – za 200 mln zł – teoretycznie powinno starczyć dla wszystkich (typowa emisja w przypadku innych firm to 30-50 mln zł). Na sprzedawane w zeszłym roku obligacje Alior Banku popyt wyniósł 150 mln zł. W przypadku jednej z emisji obligacji Kruka popyt przekroczył 230 mln zł (ale ich oprocentowanie wynosiło WIBOR plus 3,15%).

Jeśli masz wolne pieniądze, które gotów jesteś przyblokować na cztery lata i nie jest ci straszne oprocentowanie rzędu 2,8-3% (bo takie pewnie będzie, przynajmniej w najbliższych dwóch latach), to uważam, że warto rozważyć zróżnicowanie sposobów oszczędzania długoterminowego. Orlen ma w planach wyemitowanie obligacji za 1 mld zł, więc zapewne – jeśli nie zdecydujesz się teraz – będą jeszcze okazje do kupienia tych obligacji  od Orlenu w przyszłości.

Na obligacje można zapisać się w biurze maklerskim banku PKO BP. Tutaj jest link z potrzebnymi informacjami. Jeśli ktoś nie ma rachunku w tym biurze, to zanim złoży zapis – musi go założyć i przelać pieniądze. Warto nie czekać z tym do 15 września, czyli ostatniego dnia zapisów. Przed złożeniem zapisu warto przeskanować prospekt emisyjny (tutaj link). Szczególnie uważnie czytamy część “czynniki ryzyka”.

Więcej o emisji Orlenu: w zaprzyjaźnionym serwisie www.rynekobligacji.com

Żadne obligacje nie są instrumentem bez ryzyka. Bywa, że firmy ich nie wykupują, a w przypadku jakichkolwiek problemów finansowych firmy obligatariusze są pierwsi do “odstrzału”. Ale trudno mi sobie wyobrazić firmę taką jak Orlen w stanie niewypłacalności.

Niezależnie od wszystkiego przestrzegam jednak przed wkładaniem wszystkich jaj do jednego koszyka. Nawet przy najmniej ryzykownych inwestycjach pamiętajmy, żeby dzielić pieniądze na przynajmniej kilka porcji. Osobiście mam zasadę – choć pewnie przeginam w drugą stronę – że w żadnej inwestycji nie trzymam więcej, niż 5% swoich pieniędzy.