Co jakiś czas któraś z instytucji publikuje raport, który pokazuje, że Polacy mało oszczędzają. I tradycyjnie przetacza się dyskusja, dlaczego tak jest. Padają argumenty o tym, że mamy niski poziom edukacji ekonomicznej, a druga strona odbija je, argumentując, że jesteśmy za biedni, żeby było z czego odkładać. A ja zacząłem analizować, co by się stało, gdybyśmy rzeczywiście jako społeczeństwo zaczęli zaciskać pasa. Kto by skorzystał, a kto by stracił?
Ponad jedna piąta Polaków nie ma żadnych oszczędności. Trochę ponad 40% osób odłożyło kwoty nieprzekraczające 20 000 zł. Zaś blisko jedna czwarta – ma więcej. To wyniki opublikowanego pod koniec zeszłego roku „Barometru oszczędności 2023” KRD.
- Osiem najważniejszych dylematów inwestycyjnych na najbliższą dekadę [POWERED BY CITIBANK HANDLOWY]
- Agenci AI, czyli rewolucja. Nie tylko w zakupach, ale też w płatnościach. Jak to zmienia przyszłość handlu? [POWERED BY VISA]
- Które spółki z branży oprogramowania nie przegrają z AI? Analitycy zrobili stress-testy. Czy po spadku wartości o 30% są już okazje inwestycyjne? [POWERED BY SAXOBANK]
„Nauczcie się w końcu oszczędzać. Oszczędności pozwalające spokojnie przeżyć minimum 2 lata to podstawa…” – napisał na X użytkownik Margin Call. Ma rację czy nie ma? Zacząłem się zastanawiać, czy rzeczywiście Polacy mało oszczędzają, bo jako społeczeństwo nie umiemy oszczędzać. A może po prostu nie mamy z czego? A może… to dobrze, że nie oszczędzamy? Czy przy obecnym stanie gospodarki zaciskanie pasa nie byłoby równoznaczne z wiązaniem sobie pętli na szyi?
Ile zarabiamy, a ile mamy?
Jak to właściwie jest z tymi naszymi oszczędnościami? Z raportu „Dochody i warunki życia ludności Polski” wynika, że średni ekwiwalentny (czyli skorygowany o liczbę i rodzaj członków gospodarstwa domowego) dochód do dyspozycji w Polsce wynosił w 2022 r. około 45 000 zł. Zaś mediana to prawie 41 000 zł.
To oznacza, że połowa Polaków zarabiała na rękę (po odjęciu podatków i transferów pieniężnych do innych gospodarstw domowych) mniej niż 41 000 zł rocznie. To jakieś 3400 zł miesięcznie.
Granica minimum socjalnego dla jednososobowego gospodarstwa domowego wynosi około 1500 zł i około 1200-1300 zł na głowę w wieloosobowych. Wyliczenia te zakładają jednak, że np. trzyosobowa rodzina przeznacza na cele mieszkaniowe łącznie 1060 zł, z czego na użytkowanie i energię 950 zł, a na wyposażenie 110 zł. W tej kwocie nie mieści się np. rata kredytu.
Dane GUS pokazują, że od kilku do kilkunastu procent Polaków żyje poniżej granicy ubóstwa – zależy od przyjętej miary. Jeśli dochody nie pozwalają na zaspokojenie minimalnych życiowych potrzeb, to ciężko oczekiwać, by dało się coś odłożyć. Można jednak uznać, że większość gospodarstw domowych żyje powyżej minimum socjalnego. Czy z tego poziom oszczędności nie powinien być w takim razie wyższy?
Polacy mało oszczędzają czy dużo konsumują?
Ile powinniśmy mieć odłożone? Na „wujek dobra rada” z internetu twierdzi, że powinniśmy mieć oszczędności, które wystarczą na dwa lata. A więc ile dokładnie? Minimum egzystencji to około 780 zł, czyli w skali roku 9360 zł na osobę. Dwa lata – niecałe 19 000 zł. To takie oszczędności ma – według deklaracji z ankiety KRD – ponad jedna czwarta badanych.
Zakładam jednak, że nie o takie „wystarczy” chodziło. Najlepiej byłoby, gdyby każdy miał odłożone tyle, by utrzymać poziom życia w razie utraty pracy. A to oznacza, że ci lepiej zarabiający powinni mieć zaoszczędzone kwotowo więcej niż ci mniej zarabiający.
A zatem może wcale nie jest tak, że ci, którzy mają na przykład 20 000 zł oszczędności, są bardziej „zaradni” czy też „lepiej wyedukowani ekonomicznie”. Jeśli gospodarstwo domowe utrzymuje się za łącznie 7000 zł miesięcznie (czyli blisko mediany dochodu do dyspozycji), to 20 000 zł pozwoli bez uszczerbku na stylu życia przetrwać trzy miesiące.
Ale już dla osób lepiej zarabiających taka sama kwota może okazać się niewystarczająca. Kredyt hipoteczny, czesne w prywatnej szkole, leasing samochodu – to wszystko są nieelastyczne wydatki, z których zrezygnować tak łatwo się nie da.
Nie mamy danych, które pozwalałyby stwierdzić, jaki jest poziom oszczędności relatywnie do dochodów – a tylko wtedy moglibyśmy ocenić, czy rzeczywiście Polacy mało oszczędzają, bo nie potrafią, czy też zwyczajnie nie mają z czego. I tego, kto rzeczywiście umie to robić w miarę swoich możliwości, a kto żyje ponad stan.
I wcale bym sobie nie dał ręki uciąć, że „umiejętność” oszczędzania jest skorelowana z dochodami.
Co by było, gdyby…
Pospekulujmy jednak chwilę. W dyskusji pod swoim wpisem użytkownik Margin Call rozwinął myśl i na podobne jak moje uwagi, że przecież wiele gospodarstw domowych zwyczajnie nie ma z czego oszczędzać (bo wysoka inflacja, bo wzrosły raty kredytów) – udzielił kilku rad.
„To może trzeba zwiększać kompetencje? Bez telewizora, na ubraniach używanych czy braku wakacji przez jakiś czas też można przeżyć…”
– napisał. Przytaczam akurat ten wpis, jednak to dość często słyszany argument. Polacy za dużo konsumują, za dużo kupują zbędnych rzeczy, a za mało odkładają. Jak przypuszczam ci, którzy te argumenty podnoszą, od matury chodzą cały czas w tym samym garniturze, a filmy oglądają wciąż na telewizorze kineskopowym.
No dobrze, zastanówmy się więc, co by się stało, gdyby rzeczywiście Polacy masowo rzeczywiście poszli za tą radą. Według GUS konsumpcja prywatna (czyli spożycie w sektorze gospodarstw domowych) w 2022 r. wyniosła około 1,75 biliona zł. Pełnych danych za 2023 r. jeszcze nie ma, ale spokojnie można założyć, że wartość ta wzrosła w okolice 2 bln zł (czyli 2000 miliardów zł).
Załóżmy, że Polacy ograniczają konsumpcję o 10% i zaoszczędzone w ten sposób pieniądze odkładają. Jakie byłyby konsekwencje, gdyby 200 miliardów złotych poszło w oszczędności?
Rynek finansowy się ucieszy
Zachwycone byłyby pewnie fundusze inwestycyjne – za zarządzanie biorą średnio 1-2% od zgromadzonych aktywów (tak wyliczyły Analizy.pl). W tej chwili środki ulokowane w TFI przekraczają 300 mld zł, więc pojawienie się nowych 200 mld zł „do zagospodarowania” byłoby dla nich nie lada interesem. Napływ dodatkowych pieniędzy na rynek kapitałowy z pewnością przyczyniłby się do wzrostu cen akcji na giełdzie, gdzie polskie fundusze inwestycyjne lokują sporą część środków.
Ucieszyłby się pewnie także minister finansów. W 2024 r. potrzeby pożyczkowe państwa to netto 250 mld zł – najwięcej w historii. Być może sporą część tych środków Polacy chcieliby przeznaczyć na obligacje skarbowe, co rozwiązałoby problem.
Popyt płynąłby zarówno pośrednio – przez fundusze inwestycyjne, które kupują obligacje na rynku – jak i bezpośrednio – przez detaliczne obligacje skarbowe. Większy popyt oznacza, że znaleźliby się chętni na papiery o niższym oprocentowaniu – w końcu trzeba te pieniądze w coś ulokować. A dla budżetu państwa to ulga w kosztach obsługi długu.
Pod ten trend mogłyby się podpiąć firmy – jeśli są chętni, to czemu nie zacząć na potęgę finansować się przez obligacje korporacyjne? Spora konkurencja wśród kupujących pozwoliłaby na wyciśnięcie lepszych warunków finansowania biznesu. Jeśli ktoś uważa, że Polacy mało oszczędzają ze względu na słabą edukację ekonomiczną, to znaczy, że są też podatni na uleganie oszustom.
Banki udawałyby niezadowolenie. Jak zwykle
Nosem mogłyby kręcić banki. One za bardzo pieniędzy nie potrzebują, bo i tak mają nadpłynność. Jednak tutaj żadne nowe pieniądze w systemie by się nie pojawiły. Przecież to nadal te same kwoty – tylko teraz zamiast być przelewane z rachunków konsumentów na rachunki firm, zostałyby w rękach gospodarstw domowych.
Pojawiłoby się za to pewnie większe zainteresowanie lokatami. Według danych NBP osoby prywatne mają na depozytach około 1,1 biliona zł, z czego 65% jest na rachunkach bieżących, a 35% – na depozytach terminowych.
Na pewno banki skorzystałyby z okazji, żeby obniżyć oferowane oprocentowanie lokat. Skoro chętnych będzie więcej, to nie ma powodu, by ich jeszcze dodatkowo naganiać. Tym bardziej że alternatywy (czyli obligacje) też prawdopodobnie byłyby oprocentowane niżej.
Żniwa zbieraliby też pewnie sprzedawcy różnego typu „inwestycji alternatywnych”, którzy korzystaliby na nagłym przekierowaniu ogromnych kwot z konsumpcji na oszczędności czy też inwestycje. Kilka miliardów pewnie rozpłynęłoby się w piramidach finansowych, inwestycjach w condohotele czy na znikających giełdach kryptowalut. A kilka lat później sprawie zaczęłaby się przyglądać KNF.
Kto straci na oszczędzaniu?
Polska gospodarka opiera się na konsumpcji. Czy nam się to podoba, czy nie. Co by się stało, gdyby nagle 10% tejże konsumpcji zniknęło? Sięgnę znowu do danych GUS. Przeciętna marża netto firm w Polsce (czyli łączny wynik netto dzielony przez łączne przychody) to niecałe 5%. A w sektorze handlowym – nieco poniżej 4%.
Gdybyśmy masowo zaczęli ograniczać konsumpcję, dla tego ogromnego sektora oznaczałoby to poważny kryzys. Firmy stanęłyby przed dylematem – czy bronić marż (i ciąć koszty), czy godzić się ze stratą.
Tu dochodzimy do najciekawszej konkluzji. Mamy narrację, która zaleca osobom mało zarabiającym, żeby nie kupowały nowych ubrań i nie jeździły na wakacje, zanim nie odłożą dwuletniej pensji. I w tej samej narracji jest oczywiste, że w przypadku słabszej koniunktury, cięcie kosztów (w domyśle – zwolnienia pracowników) przez firmę jest czymś naturalnym i uzasadnionym.
Tymczasem dla firmy konsumpcją jest… właśnie marża. To zysk jest tym, co jest „przejadane” przez właściciela. Wydatki na moce produkcyjne – czy to maszyny, budynki, czy też na personel i jego kwalifikacje – to są koszty uzyskania przychodu. Czy słyszeliście wezwania, by firmy trzymały zapas gotówki, który pozwoli im przetrwać bez zamówień przez dwa lata? Ja się z tym nie spotkałem.
Polacy mało oszczędzają? Może to dobrze!
Nie wiem, czy polscy konsumenci zdają sobie z tego sprawę indywidualnie. Ale jako zbiorowość przedkładając konsumpcję nad oszczędzanie (załóżmy, że tak jest, choć wcale nie jestem przekonany, o czym pisałem wcześniej) – zachowują się racjonalnie. Dlaczego?
Ponieważ gdyby zaczęli nagle zaciskać pasa, to pierwszymi ofiarami byliby… oni sami. Właśnie ci, którzy zarabiają najmniej, staliby się częścią „programów restrukturyzacyjnych”, „optymalizacji struktury kosztowej” czy jak tam zarządy lubią nazywać te procesy.
„Choć bezrobocie jest historycznie niskie, to nadal pracy szuka się średnio 8 miesięcy. Choć niemal nikt nie doświadcza bezrobocia, to i tak ludzie się go przeraźliwie boją (w każdym razie w badaniach ankietowych)”
– zauważyła członkini RPP Joanna Tyrowicz. Dodajmy jeszcze do tego, że żyjemy w czasach wysokiej inflacji, która od kilku lat drastycznie obniża realną wartość jakichkolwiek oszczędności. Ba! Nawet realne oprocentowanie kredytów hipotecznych przez długi czas było ujemne, a ceny mieszkań – wzrosły. Może więc nieracjonalne jest właśnie odkładanie?
Oczywiste jest, że wszystkim żyłoby się lepiej, gdyby każdy miał bezpieczny zapas oszczędności, który pomoże mu przeżyć w spokoju „czarną godzinę”. Do tego jednak potrzeba czasu. Oczekiwanie, że społeczeństwo – wciąż – na dorobku będzie w stanie ograniczać konsumpcję, jest raczej nierealistyczne.
Gospodarka także potrzebuje konsumpcji. Zarzut, że mamy mało inwestycji nie jest skierowany do… konsumentów zarabiających średnią krajową. Tylko do firm i ich właścicieli.
Narodowe oszczędności można budować przez zwiększanie dochodu do dyspozycji. I na każde 10% ich wzrostu 1% przeznaczyć na regularne oszczędzanie. I za dwa pokolenia sprawdzić, czy rzeczywiście Polacy mało oszczędzają.
Przeczytaj też: Jak żyć, gdy bycie odpowiedzialnym jest nieopłacalne, a nieracjonalność jest… racjonalna? Siedem grzechów, które psują finanse osobiste w Polsce
Źródło zdjęcia: Emma Fabbri/Unsplash

