Płatny, nielimitowany urlop. Pracownicy biorący tyle dni wolnego, ile potrzebują, żeby się zregenerować. To był pomysł na to, by firmy były postrzegane jako atrakcyjni pracodawcy, a pracownicy byli im bezgranicznie lojalni. Niestety, wygląda na to, że to się nie sprawdziło. Teraz dłuższy (choć nielimitowany) urlop, gwarantowany pracownikom, ma być jedną z opcji do wyboru dla pracodawców w ramach testowania czterodniowego tygodnia pracy. Czy eksperyment skończy się tak samo, jak próba ulżenia pracownikom w USA?
Nielimitowany płatny urlop – to brzmi jak marzenie i jeden z lepszych benefitów, jakie można sobie wyobrazić. Nawet w Europie rzadko się zdarza taki koncept. A szczególnie ciekawie wygląda on w Stanach Zjednoczonych, które nie rozpieszczają pracowników pod względem urlopów – przeciętna liczba płatnych dni wolnych od pracy w ciągu roku wynosi tam zaledwie 10-15, czyli znacznie mniej, niż w Europie.
- Tak Duńczycy przygotowują się na kryzys? Bank centralny wydał nowe zalecenie dotyczące form płatności w sklepach [POWERED BY EURONET]
- Przesiadka na mniejszego konia da zarobić? Akcje polskich małych i średnich spółek mogą przejąć pałeczkę hossy od gigantów [POWERED BY UNIQA TFI]
- Jest nowy ETF oparty na polskich indeksach akcji! I to… dwóch naraz! Czy to ma sens? TFI PZU chce ściągnąć polskie pieniądze na polską giełdę [POWERED BY PZU]
Sporo korporacji – zwłaszcza tych, które działają w branży nowoczesnych technologii i cierpią na niedobór pracowników z potrzebnymi kwalifikacjami – eksperymentuje z nielimitowanymi płatnymi urlopami, by w ten sposób zbudować swoją pozycję atrakcyjnego pracodawcy. Założenie jest takie: jeśli pracownik chce budować w firmie długoterminową ścieżkę kariery, to z jednej strony sam sobie będzie wiedział kiedy i jak długo musi odpocząć, a z drugiej strony – nie będzie prawa do urlopu nadużywał, bo przecież lubi swoją pracę i chce w niej osiągać jak najwięcej.
Nielimitowany płatny urlop? To się nie sprawdza
Brzmi idealistycznie i chyba z tego idealizmu trzeba się definitywnie wycofać. Pracownicy nie są ani tak przenikliwi, ani praca nie jest dla nich tak ważną częścią życia, by z tego benefitu korzystali „zgodnie z instrukcją”. Dla wycenianego na 11 mld dolarów fintechu Bolt (wbrew nazwie nie chodzi o znaną u nas markę przewoźnika taksówkowego, kojarzącego kierowców z pasażerami, to inna firma) pomysł okazał się kosztownym problemem, który postanowiono rozwiązać precyzyjnym cięciem.
Niedawno prezes Bolt poinformował, że firma zlikwidowała nielimitowany urlop. Prezes firmy Ryan Breslow wytłumaczył to tak: „Pomysł brzmi progresywnie, ale jest kompletnie nietrafiony. Kiedy urlop jest nieokreślony, dobrzy pracownicy nie biorą urlopu, a słabsi pracownicy biorą go za dużo”. A więc – pisząc inaczej – ci, dla których to rozwiązanie zostało stworzone, nie potrafią z niego korzystać, zaś pozostali… potrafią korzystać aż za dobrze i wykorzystują okazję, by wypoczywać na koszt firmy zbyt długo.
Decyzja tego menedżera była w ostatnich tygodniach analizowana na całym świecie. Zwolennicy nieograniczonego urlopu przekonują, że zapewnia on pracownikom równowagę między życiem zawodowym a prywatnym i przyciąga do firm największe talenty. Na papierze brzmi dobrze, ale życie zweryfikowało tę koncepcję.
Analizy Bolta dowiodły, że przeciętny pracownik, mając możliwość swobodnego kształtowania liczby dni urlopowych, wykorzystuje tyle samo urlopu co przed wprowadzeniem nielimitowanego systemu. A więc na poziomie excela i całej firmy wygląda na to, że rozwiązanie się sprawdza doskonale. W rzeczywistości średnia nic nam nie mówi, bo kryją się za nią skrajnie różne zachowania pracowników.
Największy problem dotyczył w modelu nieograniczonego urlopu pracowników ani nie najlepszych, ani nie najgorszych. Dotyczył średniaków. Okazało się, że wielu pracowników w firmie w takiej sytuacji boi się korzystać ze swojego prawa w obawie, że zostaną posądzeni o nadużycie. I w efekcie urlopują jak najmniej (dużo mniej, niż wtedy, gdyby mieli zagwarantowaną określoną liczbę dni urlopu).
To trzeci i chyba najgorszy z efektów ubocznych (obok tego, że „pracusie” nie potrafią ocenić, ile powinni odpocząć, a „leniuszki” wypoczywają za długo). Jeśli pracownik zaczyna bać się pójścia na urlop – w obawie, że choć jest on formalnie nielimitowany, to w rzeczywistości przyczyni się do niższej oceny, braku podwyżki, zwolnienia – to rozwiązanie zaczyna przynosić efekty odwrotne od zamierzonych.

Nielimitowany płatny urlop rodzi… poczucie winy
Psychologowie biznesu odkryli jeszcze jedną rzecz. Gdy wiemy, że mamy w ciągu roku 20, 26 czy ileś-tam dni wolnego, to je planujemy. Nawet jeśli nie jest to prawdziwy urlop przeznaczony na regenerację, ale czas przeznaczony remont (nie od dziś wiadomo, że Polacy w czasie urlopów uwielbiają remontować), czy inną dodatkową pracę lub zajęcie. W każdym razie jesteśmy poza miejscem pracy i jako tako odświeżamy umysł.
Gdy nie ma zewnętrznego przymusu brania urlopu i firma nie może wymusić zaplanowania przysługującego pracownikowi urlopu w niekorzystnym dla niego terminie (o ile on sam tego nie zrobi na czas), to wielu pracowników nie czuje motywacji, by w ogóle zaplanować wypoczynek. A więc mamy już czwarty efekt uboczny nielimitowanego urlopu – mniejszą skłonność do planowania, a w efekcie – do wykorzystywania urlopu. Bo jeśli nie ma planu, to często nie ma też egzekucji.
Szefowie działu kadr Bolta (których dni są policzone, ale o tym później) zauważyli, że obawa przed utratą pracy, niższą oceną przełożonego, czy brakiem awansu dotyczyła nie tych pracowników, których powinna. Najrzadziej na urlop chodzili pracownicy na wyższych stanowiskach i bardziej wydajni, a częściej z nielimitowanego uprawnienia korzystali ci przeciętni.
Doszło więc do niekorzystnej z punktu widzenia firmy sytuacji, w której bardziej pracowici członkowie zespołu wykonywali obowiązki za tych, którzy bardzo do serca wzięli sobie zachętę do równoważenia stresu biurowego wypoczynkiem w sposób nieograniczony. W bardzo ograniczonym stopniu zadziałał czynnik mobilizacji przed niższą oceną jakości pracy.
Eksperyment z nielimitowanym urlopem w Bolcie przeszedł do historii. Teraz każdy pracownik tej firmy korzysta z czterotygodniowego płatnego urlopu, a prezes Ryan Breslow zapowiedział, że „współpracuje bezpośrednio z menedżerami, aby wspierać najlepszych pracowników, którzy nie w pełni wykorzystują swój urlop”. Prezes jest pewny, że rezygnacja z nielimitowanego urlopu usprawni funkcjonowanie firmy, bo każdy zatrudniony dokładnie wie, co mu się należy i nie będzie się czuł winny wypisując wniosek urlopowy.
To nie jedyne „usprawnienie”, jakie wprowadził prezes Bolta. Amerykański Newsweek donosi, że w zeszłym miesiącu firma ogłosiła likwidację działu kadr na rzecz „holistycznego podejścia do zarządzania zasobami ludzkimi”. „HR to niewłaściwa energia, format i podejście” – napisał Breslow na LinkedIn.
Firmom nieograniczony urlop pracowników opłaca się… finansowo
To nie był pierwszy tego typu eksperyment. W 2023 r. Microsoft, jedna z najbardziej wartościowych korporacji świata, ogłosił wprowadzenie nieograniczonych płatnych urlopów. Obserwatorzy zwrócili uwagę, że zbiegło się to w czasie z zapowiedzią likwidacji 10 000 miejsc pracy i miało uspokoić tych, którzy zostali – ale też pozwolić firmie na oszczędności budżetowe w przyszłości. Oszczędności? Ale jak to?
Frances Di Meglio, znana menedżerka z azjatyckiej branży finansowej, na łamach branżowego serwisu HR Exchange Network zauważyła, że nieograniczony urlop to jedynie z pozoru ukłon w stronę pracowników. Z punktu widzenia finansów firmy to może być przemyślana strategia. Skoro nie ma narzuconej z góry liczby dni urlopowych, to pracodawca nie musi wypłacać ekwiwalentu za niewykorzystany urlop, gdy żegna się z pracownikiem z dnia na dzień, co jest w Stanach Zjednoczonych bardzo popularne.
Skoro, jak już powiedzieliśmy, przeciętny pracownik nie wykorzystuje przywileju, jaki daje mu nieograniczony urlop – a nawet „wakacjuje” krócej niż pracownik mający ustaloną liczbę dni wolnego – to pracodawcy częściej widzą pracowników za biurkiem, więc znów to oni są na koniec wygranym. Przynajmniej przez pryzmat statystyki, bo – jak już wcześniej napisałam – wewnątrz firmy powstaje duża nierównowaga między pracownikami.
Jeśli więc zastanawialiście się, jakie decyzje korporacji są przedstawiane jako korzystne dla pracowników, podczas gdy dłużą przede wszystkim interesom firmy, to Amerykanie dostarczają wielu przykładów. „Kultura pracoholizmu jest nadal powszechna w Stanach Zjednoczonych. Nawet jeśli coraz więcej Amerykanów opowiada się za lepszą równowagą między życiem zawodowym a prywatnym, nastawienie na konieczność wychodzenia poza swoje obowiązki pozostaje dominującym sposobem pracy. W rezultacie ludzie mogą być niechętni do faktycznego brania większej liczby dni wolnych” – podsumowuje wspomniana wcześniej Frances Di Meglio.

Czy czterodniowy tydzień pracy uszczęśliwi Polaków?
Czyli pracodawcy chcieli dobrze (a przynajmniej tak to przedstawili), a wyszło na opak? Na to wygląda. W Polsce nie ma pomysłu na nieograniczony urlop (choć być może są firmy, które takie rozwiązanie wprowadziły, dajcie znać). Za to będziemy sprawdzać, czy krótszy czas pracy przekłada się na większe zadowolenie pracowników, poprawi ich zdrowie, zwiększy wydajność. Ministerstwo Pracy i Rodziny zapowiedziało pilotaż czterodniowego czasu pracy.
Jego urzędnicy uważają, że w dobie technologii, sztucznej inteligencji i robotyzacji pracownik będzie tak cenny, że możemy sobie pozwolić na „oszczędzanie” jego pracy. Jeśli będzie mniej pracował, a zwiększy wydajność, to uzyskamy – jako kraj – kolejne narzędzie stymulujące firmy do inwestycji w innowacje (drugim jest coraz wyższa płaca minimalna).
Pojedyncze firmy już skracają czas pracy i traktują to jako element budujący ich przewagę w walce o lojalnych pracowników. Już kilka lat temu koleżanka, będąca wspólniczką dużej kancelarii prawnej powiedziała mi, że kierownictwo firmy wprowadziło sześciogodzinny dzień pracy, a wszystko ponad ten wymiar pracy jest traktowane jako nadgodziny. Zszokowała mnie ta informacja, bo w tamtym czasie skrócony czas pracy był postrzegany co najwyżej jako skandynawska fanaberia. System się sprawdza, bo działa do teraz.
Przykładów dostarcza też samorząd. Na skrócenie czasu pracy urzędników zdecydował się prezydent Włocławka Krzysztof Kukucki (polityk Lewicy, co nie jest bez znaczenia). Od 1 września 2024 r. urzędnicy pracują po siedem godzin dziennie. Samorządowcy przekonują, że nie skutkuje to skróceniem czasu obsługi mieszkańców, za to urzędnicy są bardziej zaangażowani i szukają sposobów, by jeszcze sprawniej wykonywać swoje zadania.
Potrzeba matką wynalazków. Przed Starostwem Powiatowym stanął już „urzędomat”, czyli urządzenie, z którego przez cała dobę można odebrać dokumenty. Zmniejsza to ruch petentów w urzędzie w sprawach, które są na tyle proste, że nie wymagają udziału urzędników. Podobne urządzenia chciałby prezydent Włocławka sprezentować również urzędnikom miejskim. Nota bene, gdy podobne urządzenia zainstalowano w sądach – zrobił się niezły dym.
Czytaj więcej o tym tutaj: „Banknot prawnym środkiem płatniczym w Polsce? Nie w sądzie. Nie masz karty płatniczej lub konta bankowego? Będzie trudniej o sprawiedliwość”
Drogą Włocławka poszły urzędy w Ostrzeszowie, Świebodzicach czy Lesznie. Nie mam niestety informacji jak zmienił się poziom satysfakcji mieszkańców tych miejscowości z obsługi. Bo – jak można się domyślać – urzędnicy są zadowoleni. Inna sprawa, że w urzędach skracanie czasu pracy jest stosunkowo łatwe, bo zwykle obsługa mieszkańców nie jest prowadzona w trybie 24/7.
Firmy dostaną pieniądze na eksperyment z krótszym czasem pracy
To jednak wszystko eksperymenty na niewielką skalę. Testowanie krótszej pracy za te same pieniądze na większą skalę rozpocznie się lada dzień. W ramach pilotażu czterodniowego tygodnia pracy pracodawcy mogą wdrożyć krótsze dniówki przy jednoczesnym zachowaniu dotychczasowego wynagrodzenia. Firmy, które wezmą udział w programie, otrzymają dofinansowanie, które może zostać spożytkowane dwojako.
Po pierwsze – na opłacenie badań czy ekspertyz dotyczących oczekiwań pracowników w temacie skróconego tygodnia pracy. Pieniądze mogą zostać wydane również na promocję, koordynację i rozliczenie projektu. Maksymalna wartość wsparcia na jeden projekt pilotażowy to aż milion złotych. Koszt projektu w przeliczeniu na jednego pracownika objętego pilotażem nie może przekroczyć 20 000 zł.
Niższym wymiarem czasu pracy musi zostać objęta co najmniej połowa pracowników, a firma zobowiązuje się do niepogarszania warunków pracy przez cały czas trwania pilotażu. Nabór wniosków do programu rozpocznie się 14 sierpnia i potrwa do 15 września 2025 r. Do końca grudnia urzędnicy Ministerstwa Pracy podpiszą umowy ze wszystkimi firmami, które zgłoszą się i spełnią warunki projektu. Przez cały 2026 rok pracownicy tych firm będą pracować krócej, a najpóźniej w maju 2027 r. nastąpi podsumowanie programu.
Każda firma może skrócić czas pracy tak, by nowy system wpisywał się w jej specyfikę. „Pracodawcy nie muszą ograniczać się do jednego typu rozwiązania – celem pilotażu jest różnorodność podejść i wspólne poszukiwanie najbardziej efektywnych modeli. Pracodawcy mogą zaproponować autorskie projekty skróconego czasu pracy, obejmujące m.in. czterodniowy tydzień pracy, skrócenie dniówki, dłuższy urlop czy elastyczne godziny rozpoczęcia pracy” – czytamy w ministerialnym komunikacie. Będzie więc też opcja dłuższego – choć nie nielimitowanego – urlopu.
Każdy pracownik ma teraz nadzieję, że jego szef okaże się na tyle postępowy, że zgłosi firmę do udziału w programie. Pracować krócej za te same pieniądze – kto by nie chciał. Czy na dłuższą metę jest to realne? Jeśli posłuchać przedstawicieli polskich firm – nie. „Nie wyobrażam sobie czterodniowego tygodnia pracy. Gospodarka nie jest na to przygotowana z wielu powodów, chociażby ekonomicznych. Nie mamy ludzi do pracy, sztuczna inteligencja tak szybko się jeszcze nie rozwija, robotyzacji nie mamy” – powiedział Roman Rogalski z Nadwiślańskiego Związku Pracodawców Lewiatan. Pytanie czy to wszystko kiedyś będzie poprawione, jeśli nie będzie wymuszone nowymi regułami gry…
Więcej wiary w zmiany ma Karolina Serwańska, dyrektor ds. HR w S&A HR Group. W rozmowie z serwisem prawo.pl powiedziała, że skrócenie czasu pracy może się udać w sektorach opartych na wiedzy i projektach – jak IT, marketing, doradztwo czy HR. Tyle, że w wielu tego typu firmach jest już na dużą skalę wykorzystywana praca zdalna, która de facto pozwala pracownikom na czterodniowy tydzień pracy.
„W innych firmach wymagałoby to głębokich zmian technologicznych i organizacyjnych. Niezależnie od branży, warto obserwować zagraniczne przykłady i testować rozwiązania w skali mikro, zanim zapadną decyzje systemowe. Bo choć skrócony tydzień pracy nie rozwiąże wszystkich problemów rynku pracy, może być jednym z elementów nowoczesnego modelu zatrudnienia – bardziej ludzkiego, elastycznego i efektywnego”.
Wyrobione zdanie na ten temat mają HR-owcy z firmy Herbapol, która pierwsze eksperymenty z czterodniowym tygodniem pracy rozpoczęła w 2023 r. Firma odnotowuje rekordowe wyniki finansowe (choć nie wiadomo w jakiej części wynika to z wyższej wydajności pracowników), a znacząco zmniejszyła się rotacja i absencje pracownicze.
Czytaj też: Francuzi protestują, bo rząd chce im podnieść wiek emerytalny, a i tak pracują najkrócej w Europie
Brytyjczycy zadowoleni z pilotażu krótszego czasu pracy
Krótszy tydzień prac to nie jest polski pomysł, możemy szukać odpowiedzi na pytania o sens takich działań za granicą. Wielka Brytania pilotaż skróconego czasu pracy przeprowadziła w latach 2022-2023. Objął on blisko 3 000 pracowników zatrudnionych w 61 firmach. Pracownicy przychodzili do pracy cztery dni w tygodniu i zachowali pełną pensję.
Zwolennicy skrócenia tygodniówki mieli powody do zadowolenia. Po roku od eksperymentu aż 89% z tych firm nadal utrzymuje czterodniowy tydzień pracy, a 51% uczyniło go stałym rozwiązaniem. Z raportu opublikowanego po pilotażu wynika, że zadowoleni byli i pracownicy, i ich przełożeni. Zatrudnieni zgłaszali, że cieszą się lepszym zdrowiem fizycznym i psychicznym, mniejszym zmęczeniem, większą równowagą między życiem zawodowym a prywatnym.
Ktoś powie, że to wszystko naciągane, bo prawie połowa z 61 organizacji, które wzięły udział w badaniu przeprowadzonym w 2022 r., działa w branży marketingu i reklamy, usług profesjonalnych oraz sektora non-profit – czyli to praca przy biurku, koncepcyjna. Można w nich ograniczać czas pracy poprzez eliminację niepotrzebnych spotkań, których liczba w niektórych firmach rozrosła się do monstrualnych rozmiarów.
To jednak nie jest pełny obrazek, bo wśród eksperymentujących z krótszym czasem pracy były też firmy budowlane, handlowe i przychodnie. I tam też się udało. „Badanie jasno wykazało, że czterodniowy tydzień pracy nie jest tylko chwilową ciekawostką. Firmom w Wielkiej Brytanii udało się z sukcesem 'utrwalić’ ten model” – napisano we wnioskach.
Czy przykład brytyjski to dowód na to, że skrócony czas pracy musi się przyjąć niezależnie od branży? Nie, bo to jednak był eksperyment ograniczony w czasie, o umiarkowanej skali. Można zakładać, że do pilotażu zgłosiły się firmy nowoczesne, otwarte na nowinki i wsłuchujące się w potrzeby pracowników. Było im łatwiej wymyślić nowe schematy pracy. Czy wyniki polskiego pilotażu będą bardziej miarodajne? Ministerstwu pozostaje mieć nadzieję, że na rynku działa na tyle dużo firm, które chcą przełamywać schematy, że będzie można przeprowadzić wiarygodny test.
O krótszym tygodniu pracy pisaliśmy kilkakrotnie. Tu opisujemy, czy Polskę w ogóle stać na ustawowe skrócenie czasu pracy.
CZYTAJ WIĘCEJ O PRACY:
OBEJRZYJ WIDEOFELIETONY O PRACY:
zdjęcie tytułowe: Pixabay, Canva




