Ile można zarobić na… nic-nie-robieniu? W niektórych bankach nic-nie-robienie jest jedną z pełnoprawnych linii biznesowych, takich jak prowadzenie kont, udzielanie kredytów, czy przyjmowanie depozytów. Dział odpowiadający za dochody z nic-nie-robienia, jak sama nazwa wskazuje, zajmuje się generalnie zbijaniem bąków. Mimo wszystko jest jednak bardzo dochodowy, bo raz na jakiś czas przychodzi do niego zapytanie od klienta dotyczące wydruku historii zapłaconych rat. Albo prośba o jakiś wyciąg.

Nie ma znaczenia do czego klient potrzebuje tego zaświadczenia. Być może dla adwokata, który – z pomocą zaprzyjaźnionych matematyków – chce w oparciu o historię płatności ustalić wartość roszczeń klienta z tytułu „frankowości” kredytu. Być może dla urzędu podatkowego, by udowodnić wysokość spłat i udowodnić prawo do korzystania z jakiejś ulgi. Być może dla innego banku w związku z chęcią zrefinansowania kredytu. Albo z dowolnego innego powodu. Ważne, że klient przyszedł zajrzeć do systemu informatycznego, w którym gromadzone są informacje o tym kiedy i ile zapłacił bankowi w formie rat kredytowych.

Banki pobierają horrendalne prowizje za archiwalne wyciągi. Mają prawo?

W XXI wieku dane takie jak historia rachunku, wyciąg z konta – oraz kopie wszystkich transakcji – powinny być dla każdego klienta dostępne w internecie. Ale zdarzają się sytuacje szczególne. Jeśli jakiś bank został przejęty przez inny bank, to zwykle do systemów banku przejmującego są przenoszone tylko dane z kilku ostatnich lat. Starsze trafiają do archiwum, żeby nie zamulać stanu gry. Czasem klient zmienił bank i część jego historii znajduje się w tym „starym”. Czasem wreszcie bank zmienia system informatyczny i w ramach przenosin „odcina” klientowi historię za wcześniejszych kilkanaście lat, pozostawiając tylko tę najnowszą, kilkuletnią.

Każda z tych okoliczności uzasadnia istnienie działu nic-nie-robienia, bowiem klient – jeśli na bieżąco nie robił kopii potwierdzeń przelewów i nie przechowuje ich na swoim komputerze w formie pdf-ów – nie ma dostępu do historii przeprowadzonych przez siebie operacji. I można go obciążyć słoną opłatą za dostarczenie tych danych. Czy uzyskanie przez bank dostępu do nich rzeczywiście wymaga tak dużo zachodu, by wyceniać tę usługę na setki złotych? Żyjemy w erze systemów informatycznych, a nie papierowych archiwów, do diaska!

„Jako posiadacz wyłącznie kredytu hipotecznego w Getin Banku nie mam dostępu do bankowości internetowej tego banku, zaś oddział banku w Białymstoku nie jest w stanie dostarczyć mi historii moich wpłat. Bank w drodze korespondencji mailowej żąda ode mnie opłaty za historię moich własnych transakcji 150 zł. Czy bank nie ma obowiązku rozliczyć się ze mną z dotychczasowych wpłat bezpłatnie?”

– pisze pani Edyta, którą szlag trafił, że za przygotowanie dokumentu, który będzie zawierał informacje prawdopodobnie dostępne w banku „na jedno kliknięcie”, żąda się od niej 150 zł. W dodatku bank, jak już dostanie tę kasę, bynajmniej nie zabierze się do pracy bezzwłocznie. Dział nic-nie-robienia nie ma czegoś takiego w obowiązkach.

„Uprzejmie informujemy, że bank może przygotować historie spłat za cały okres kredytowania. Opłata za wydanie przedmiotowego dokumentu wynosi 150 zł. Dokument sporządzany jest w ciągu 14 dni roboczych”

– napisali bankowcy. Jeśli bank-kredytodawca nie jest w stanie dostarczyć klientowi dostępu internetowego do historii jego rachunku i żąda haraczu za dostarczenie danych – to źle. Jeśli zaś byłby w stanie dostęp internetowy przyznać, lecz nie poinformował o tym klienta, bo woli więcej zarobić – to bardzo źle.

Pani Edyta zżyma się na 150-złotową prowizję, ale patrząc na przypadek pana Przemysława, który również w Getin Banku ma kredyt obrotowy zabezpieczony hipoteką, można powiedzieć, że została potraktowana ulgowo. Gdy pan Przemysław poprosił swój bank o zestawienie spłat rat swojego kredytu obrotowego, dowiedzial się, że…

„Historia wpłat może być wydana w formie zaświadczenia ze szczegółowym rozbiciem kwot. Koszt takiego zaświadczenia wynosi 400 zł zgodnie z aktualną taryą opłat i prowizji. Istnieje możliwość przesłania zaświadczenia mailem pod warunkiem złożenia przez Pana oświadczenia, iż wyraża Pan zgodę na przesłanie wyciągów pocztą mailową, nieszyfrowaną, nie zabezpieczoną przez nieuprawnionym dostępem osób trzecich”

Pan Przemysław jest przedsiębiorcą, więc nie dotyczy go ochrona wynikająca z prawa konsumenckiego. Bank więc urządza sobie jego kosztem ostre strzelanie, pobierając 400 zł za dokument, którego sporządzenie nie zajmuje zapewne więcej, niż kilka, kilkanaście minut. Bo przecież żaden pracownik nie będzie siedział i liczył „na piechotę” kwot głównych i odsetek, tylko wyciągnie te informacje z systemu informatycznego.

Czy jest to rozbój w biały dzień? Owszem. Czy są okoliczności łagodzące dla banku? Niewielkie. Kwota 400 zł wynika zapewne z długiego okresu, którego ma dotyczyć zaświadczenie, opłata wynosi pewnie 50 zł za każdy rok lub coś w ten deseń (ale przecież uzależnianie prowizji od liczby kartek to głupota). Czy można coś w tej sprawie zrobić? Bardzo jestem ciekaw opinii tych z Was, którzy są prawnikami. Może da się wykorzystać przepisy o ekwiwalentności świadczeń w umowie wzajemnej?

W przypadku pani Edyty można, jak sądzę, żądać od banku uzasadnienia dotyczącego rzeczywistego nakładu pracy potrzebnego do sporządzenia dokumentu. Prowizja – o czym mówią orzeczenia UOKiK i wyroki sądowe – musi być adekwatna do wartości pracy potrzebnej do wykonania danej czynności. Co mógłby zrobić pan Przemysław? Ostrzegać wszystkich innych przedsiębiorców. Nie ma obowiązku korzystania z usług instytucji, w której najważniejszą linią biznesową prowadzi dział nic-nie-robienia ;-).

Prawo autorskie do zdjęcia tytułowego: lindrik/123RF

Share This

Zapisz się na mój newsletter

i otrzymaj prezenty

 

Zapisując się na mój newsletter otrzymasz kilka prezentów, a od czasu do czasu podeślę Ci najciekawsze wpisy na blogu.

Upewnij się, że nie przegapisz najciekawszym artykułów!

Gratulacje! Jesteś zapisany