24 września 2025

Prezydent USA ostro o rewolucji energetycznej. W finansach też zielono już było? Czy w epoce Trumpa przetrwają zielone finanse i ESG?

Prezydent USA ostro o rewolucji energetycznej. W finansach też zielono już było? Czy w epoce Trumpa przetrwają zielone finanse i ESG?

Przez ostatnie lata instytucje finansowe w świecie zachodnim przygotowywały się do wymogów zielonej gospodarki. To miały być prawdziwie zielone finanse nastawione na osiągnięcie zerowej emisji netto, a pomagać miały w tym nie tylko banki, ale też ubezpieczyciele i fundusze zarządzające aktywami na całym świecie. Pieniądze miały iść w zieloną stronę. Zerowa emisja netto to wciąż oficjalny cel Unii Europejskiej, ale czy w epoce Donalda Trumpa – który na forum ONZ oświadczył, że rewolucja energetyczna to ściema – to wciąż cel globalnych instytucji finansowych? I czy unijną gospodarkę będzie stać na zielony luksus?

Czy światowe instytucje finansowe wciąż są zainteresowane wsparciem dla walki ze zmianami klimatu (zmiana terminologii – nie chodzi już o „ocieplenie klimatyczne”) nawet kosztem swojego biznesu? W sferze ogólnych deklaracji w dużym stopniu tak. Za czasów Joego Bidena, poprzedniego prezydenta USA, było to łatwiejsze, mimo że Stany Zjednoczone nigdy nie były zbyt wielkim entuzjastą ograniczania mocy wytwórczych swojego przemysłu na rzecz nieco idealistycznie zarysowanych dalekosiężnych perspektyw ochrony planety przed nadciągającą katastrofą klimatyczną.

Zobacz również:

Co najmniej od początku prezydentury Donalda Trumpa pod względem poparcia dla finansowania czystej energii jest już znacznie gorzej. USA wycofały się ze wspierania zielonych celów w tych miejscach, gdzie ten kraj był jeszcze obecny. A wielkie instytucje finansowe, w obawie przed efektem Trumpa, zaczęły podążać za administracja amerykańską i stopniowo wycofywać się z wielu kluczowych porozumień na rzecz wsparcia dla redukcji emisji CO2. A USA wyznaczają jednak kierunki globalnym finansom.

Ostatnie porozumienie celne między UE a USA zakłada również wielkie inwestycje europejskie w amerykański przemysł (o ile znajdzie na to środki), a ten niekoniecznie będzie coraz bardziej zielony. To już nie są czasy Bidena, który setkami miliardów dolarów wspierał zielone inwestycje w swoim programie Redukcji Inflacji (IRA).

Hasłem wyborczym obecnego prezydenta było przecież wezwanie: „drill, baby, drill” i odbudowa przemysłu za wszelką cenę, nawet – za cenę powrotu do tradycyjnych tanich w warunkach amerykańskich i niezawodnych paliw kopalnych. Czy Unia ugnie się pod presją Waszyngtonu, a razem z nią rozbudowany może ponad miarę regulacyjną system ESG, który służy promowaniu zielonych finansów? Tu aktualne cele europejskiego ESG.

 Czytaj też: Zastanawialiście się kiedyś, ile śladu węglowego generuje Wasza firma? Warto wiedzieć, bo coraz częściej mogą Was o to pytać. Jak policzyć swój ślad?

Zielone finanse w bankach już były?

Kolejne etapy wsparcia instytucji finansowych dla zielonych finansów były wyznaczane przez wielkie spotkania organizowane przez ONZ ws. zmian klimatu. Kluczowe było oczywiście Porozumienie paryskie z 2015 r. znane również pod nazwą COP21. To w Paryżu nakreślono ramy polityki klimatycznej przy obopólnej zgodzie większości najważniejszych państw świata. Ale to było 10 lat temu i sporo się od tego czasu zmieniło. Na pewno zmieniła się – pogorszyła – pozycja Europy, która nie jest już kluczowym graczem geopolitycznym.

Ostatnim znaczącym spotkaniem z ONZ-owskiego cyklu był COP26 z 2021 r. w szkockim Glasgow. Spotkanie było tyleż zielone, ile krytykowane za to, że liderzy zielonych idei zjawili się tłumnie na klimatycznym szczycie setkami samolotów – rządowych i prywatnych, a do miejsca obrad ciągnęły długie kolumny limuzyn przewożących setki ważnych oficjeli i biznesmenów. Ważną rolę odgrywał na COP26 obecny premier Kanady, który w 2021 r. był specjalnym wysłannikiem ONZ ds. Działań na rzecz Klimatu i Finansów.

Tegoroczna konferencja COP30 odbędzie się jesienią w Brazylii. I będzie ciekawa, ponieważ jest to szczególny rok – rok z efektem Trumpa. Chodzi już nie tylko o pojedyncze głosy wahania czy sprzeciwu ze strony niektórych państw czy firm, ale o zdecydowany opór ze strony Stanów Zjednoczonych i wycofywanie się tego najważniejszego światowego gracza z porozumień klimatycznych. USA mają inne priorytety i na razie nie będą grać w globalnej grze klimatycznej.

Na przełomie tego roku sześć największych amerykańskich banków – Citigroup, Bank of America, Morgan Stanley, Wells Fargo, Goldman Sachs i jako ostatni JP Morgan – wycofało się z sojuszu bankowości zerowej emisji netto (Net Zero Banking Alliance, NZBA) wspieranego przez ONZ. Był to pierwszy efekt prezydentury Trumpa sceptycznej wobec wsparcia dla zielonych inwestycji.

To był sygnał dla innych. Za amerykańskimi bankami poszły kanadyjskie odczuwające najwyraźniej więcej respektu wobec prezydenta amerykańskiego niż swojego nowego zielonego premiera. To pięć największych banków w Kanadzie – TD Bank, Bank of Montreal, National Bank of Canada, Canadian Imperial Bank of Commerce i Scotiabank.

Ważnym powodem były też obawy o działania polityków republikańskich na poziomie stanów. Wcześniej na jesieni 2024 r. głośne były pozwy przeciwko instytucjom finansowym i zarządzającym aktywami, np. BlackRock, które ogłosiły przyjęcie polityki proklimatycznej, żeby zmniejszyć uzależnienie od węgla. Zdaniem kilku stanów doprowadziło to do wzrostu cen energii. A jeszcze pod koniec 2024 r. w jednej z komisji w Kongresie rozpatrywano NZBA jako zmowę mającą na celu „narzucenie radykalnych celów ESG” amerykańskim firmom.

Po masowym exodusie kluczowych graczy z USA bankowy sojusz stracił sporo siły. Pozostały w nim jednak wszystkie bankowe giganty europejskie związane restrykcyjnymi regulacjami unijnymi i silnym poparciem większości rządów UE dla polityki klimatycznej. Wiosną 2025 r. sojusz wciąż gromadził ponad 140 instytucji finansowych i kontrolował ok. 40% globalnych aktywów bankowych, czyli 64 biliony dolarów. Mimo wielu deklaracji przedstawicieli ONZ, że sojusz działa niemal bez zmian, pojawiały się i takie głosy: „Odejście głównych instytucji finansowych stawia pod znakiem zapytania przyszłość działań na rzecz klimatu w sektorze finansowym”.

Czytaj też: ESG w inwestowaniu: po fali entuzjazmu przyszła weryfikacja. BlackRock mówi „pas”. Jak teraz będzie wyglądało inwestowanie ESG-style?

NZBA: jakie będą efekty odejścia od celów klimatycznych?

W kwietniu tego roku pozostali członkowie NZBA złagodzili wcześniejsze cele klimatyczne. Początkowo kluczową zasadą NZBA było to, aby banki dążyły do ograniczenia globalnego ocieplenia do 1,5°C powyżej poziomu sprzed epoki przemysłowej do 2100 r. i dążyły do przejścia na gospodarkę zerową netto do 2050 r. Taki cel miał przyświecać strukturze portfeli. I oto 15 kwietnia NZBA opublikował wersję swoich kluczowych zasad zgodnych z Porozumieniem paryskim z 2015 r., ale wymóg konkretnego celu 1,5°C został usunięty.

Zmiana daje bankom większą elastyczność w wyborze ścieżek redukcji emisji. Tak naprawdę jest to powrót do przedparyskiego celu maksymalnego wzrostu temperatury o 2°C zamiast 1,5°C i rezygnacja z celu osiągnięcia zerowej emisji netto do 2050 r. Jeśli ktoś spyta, jak duże znaczenie ma to 0,5 pkt proc., to… chyba trudno powiedzieć, tym bardziej że perspektywa jest bardzo odległa, a zmiany klimatyczne mogą przecież zaskakiwać, nie muszą następować linearnie, według ścieżek wyznaczonych dziś czy na którymś z poprzednich COP.

Jedno jest pewne: instytucje finansowe wyraźnie dały znać, że chcą nieco przystopować swoje zaangażowanie w pędzie do dyscyplinowania swoich biznesowych klientów, ale też w samoograniczaniu klimatycznym swoich działań, jeśli byłoby to niezgodne z celami biznesowymi. Złagodzenie celów nie powstrzymało jednak fali odejść z zielonego bankowego sojuszu. W lipcu swoje odejście z NZBA ogłosił brytyjsko-azjatycki gigant HSBC. Prawdopodobnie z czasem zrobią to również inne banki.

Bankowy sojusz sam w swoich ostatnich ekspertyzach przyznaje, że upieranie się przy celach Porozumienia paryskiego (wzrost temperatury o 1,5°C) obecnie jest nierealistyczne, bo średnia temperatura szybko rośnie. Scenariusz 2°C jest bardziej realistyczny i – zdaniem NZBA – zapewnia bankom „znacznie większą elastyczność”. Jakie to ma konsekwencje dla banków? Kluczowe ze względu na ich biznes:

„Bank, który zdecyduje się na realizację ambitnej (zgodnej z porozumieniem paryskim) strategii klimatycznej w otoczeniu, w którym decydenci wycofują się ze zobowiązań klimatycznych, może stanąć w obliczu szybko kurczącego się bilansu.”

NZBA zachęca więc swoich członków do zejścia z ambicjami klimatycznymi nieco bardziej na ziemię. Tym bardziej że banki, które wyznaczyły ambitne cele 1,5°C, a później musiały je zmienić z powodu zmian w otoczeniu zewnętrznym, mogą być narażone na różne ryzyka, np. w zakresie reputacji. Sojusz przytomnie zauważa, że „banki same nie są w stanie rozwiązać kryzysu klimatycznego” i że działają one tylko jako „część szerszego ekosystemu”.

Jednak, jak obawa się NZBA, „wyższy stopień elastyczności wiąże się z kosztami dla banków i całego społeczeństwa”. Odejście od ścieżki 1,5°C „znacząco zwiększa ryzyko fizyczne zmian klimatycznych”. Dlaczego? Tu bankowy sojusz powołuje się na obliczenia unijnego ośrodka Copernicus Climate Change Service. Otóż ten ośrodek badań zmian klimatu, znany pod skrótem C3S, poinformował wiosną 2025 r., że globalne ocieplenie osiągnęło już wzrost o 1,39°C w porównaniu z poziomami sprzed epoki przemysłowej.

Jeśli ten trend ocieplenia się utrzyma, C3S szacuje, że przekroczymy granicę 1,5°C do czerwca 2029 r. Jest to zgodne z „zegarem węglowym”, który wskazuje, że w scenariuszu 1,5°C pozostało zaledwie 179 Gt CO2, co przy obecnym tempie emisji wystarczyłoby na około 4 lata i 2 miesiące. Natomiast w scenariuszu 2°C pozostało 929 Gt CO2, co mogłoby wystarczyć na 22 lata. Trendy pokazuje poniższa grafika, na której NZBA wylicza, jak szybko rośnie średnia temperatura. Gdyby wierzyć w tak prosty linearny wzrost, to już w 2029 r. cel 1,5°C byłby osiągnięty.

Czytaj też: Trump umie liczyć. Ale ci naukowcy twierdzą, że tym razem… źle policzył, mówiąc „drill, baby, drill”. Kiedy dekarbonizacja zaczyna się opłacać?

Co z innymi globalnymi sojuszami i koalicjami?

Poza bankami również ubezpieczyciele mieli wiele do powiedzenia w sprawie zielonych celów i wciąż mają, ale znacznie mniej. Jeszcze w 2024 r., przed wyborem Trumpa na prezydenta, politycy rządzący w stanach kontrolowanych przez Republikanów podważali ubezpieczeniowy zielony sojusz NZIA z powodów przepisów antymonopolowych. Zarzuty polegały na tym, że miało dochodzić do umawianiu się instytucji na wspólne zobowiązania klimatyczne. Zmowy ograniczające wolny rynek i konkurencję są tymczasem zakazane. W kwietniu 2024 r. NZIA upadła.

Założyciele ubezpieczeniowego sojuszu nie przemyśleli dokładnie konsekwencji składanych przez siebie deklaracji. Powstało Forum na rzecz Transformacji Ubezpieczeniowej do Zerowej Emisji. Ubezpieczyciele wyciągnęli wnioski z zarzutów antymonopolowych i ustalili bardziej elastyczne warunki uczestnictwa. Nie ma konkretnych celów ani obowiązkowego raportowania. Są za to doradcy, którzy mają dbać o przestrzeganie prawa antymonopolowego.

Powołana na COP26 w Glasgow globalna koalicja instytucji finansowych GFANZ formalnie nadal istnieje, ale została gruntownie przebudowana. Obecnie określa się jako niezależna „Grupa Dyrektorów”, która przeniosła swoją działalność z roli strażnika zerowej emisji netto na rolę pośrednika w finansowaniu transformacji energetycznej. To zupełnie inny cel niż pierwotnie zakładano, a to znacznie ogranicza rolę światowych instytucji finansowych w „pilnowaniu” zielonej transformacji. Byłaby to bowiem zmowa jakiegoś globalnego kartelu ścigana prawem.

Czy więc mogą spać spokojnie te sektory „brudnej” gospodarki w wielu krajach, które bały się zahamowania finansowania i braku wsparcia kredytowego? Trudno powiedzieć. Pokaże to praktyka. W Europie wciąż silny jest gorset regulacji ESG i zdecydowana presja polityków, żeby wyznaczać unijnemu rynkowi jak najambitniejsze cele klimatyczne. W dobie przyspieszenia przemysłowego i zbrojeń nie jest to zapewne dalekosiężna strategia, ale popierana przez część europejskich społeczeństw wychowanych w duchu „ostatniego pokolenia”.

Ciekawa jest koalicja banków centralnych. Teoretycznie te instytucje powinny być zupełnie niezależne od trendów w polityce, jednak zaangażowały się w działania klimatyczne. W 2017 r. powstała koalicja ośmiu chętnych banków centralnych z takimi mocarstwami jak Wielka Brytania, Francja i Chiny, ale nie Stany Zjednoczone. Po wyborze Joego Bidena w 2020 r. amerykański Fed zdecydował się dołączyć, ale wycofał się na początku tego roku, w związku z wejściem do gry Donalda Trumpa. To nieco zaskakujące wolty.

Inne banki centralne są teoretycznie zaangażowane i prowadzą swoje analizy nt. wpływu zmian klimatycznych na światowe finanse, stabilność banków, funkcjonowanie firm w różnych sektorach, perspektywy wzrostu gospodarczego i ryzyka dla wzrostu inflacji. Banki centralne teoretycznie nie mają wpływu na prowadzenie biznesu przez banki komercyjne i ubezpieczycieli, ale w praktyce jednak mogą sugerować pewne rozwiązania, jeśli np. z analiz wynika, że może dojść do jakiejś formy niestabilności finansowej tych sektorów.

Dodatkowo Stany Zjednoczone wywierają ciągłą presję na międzynarodowe organy regulacyjne, aby znacznie osłabiły swoje zaangażowanie we wsparcie działań związanych ze zmianami klimatu. Charakterystyczny jest np. niedawny komunikat Rady Stabilności Finansowej (globalnego sojuszu instytucji finansowych w Bazylei powstałego we współpracy z Grupą G20), w którym nie pojawiają się wytyczne klimatyczne, a mowa jest o dowolności wyboru celów.

Bardzo złagodził swoje wymogi wobec działań klimatycznych Bazylejski Komitet Nadzoru Bankowego pełniący funkcję sojuszu nadzorczego największych światowych gospodarek. USA zgłosiły nawet wniosek o rozwiązanie grupy zadaniowej ds. klimatu w tym sojuszu. Decyzja nie została podjęta, ale przedstawiciele USA demonstracyjnie ignorują to ciało, nie biorą udziału w posiedzeniach, więc skuteczność działań Komitetu w tym zakresie jest z automatu mocno osłabiona.

Czytaj też: CuNiCoLi, czyli rywalizacja o minerały krytyczne nabiera rumieńców. Nadchodzą wojny surowcowe? Sprawdzam, jak na nich skorzystać

Bank Pekao: trzeba pogodzić cele klimatyczne z biznesowymi

A co nowego z celami klimatycznymi i ESG w Europie? Czy Unia Europejska jest w stanie złagodzić swoje restrykcyjne, tworzone z zapałem przez ostatnie 10 lat, wymogi i pójść w zgodzie z najnowszym trendem wyznaczanym – czy chcą tego unijni urzędnicy, czy też nie chcą – przez trumpowską administrację? Z tym nie jest tak łatwo, bo cele klimatyczne są silnym spoiwem łączącym urzędników UE z krajami członkowskimi. Ale i tutaj mogą pojawić się zmiany. O tym piszą np. analitycy Pekao SA w najnowszym raporcie: „Dokąd zmierza ESG?”.

Dokąd więc? Czy Europa (w części unijnej) pozostanie najbardziej zielonym kontynentem na świecie, czy zdoła ocalić swoje priorytety ESG w czasie powrotu USA na ścieżkę ponownego uprzemysłowienia i czy będzie miała na tyle siły, żeby przekonać do działania resztę świata? Również Europa będzie zmierzać w bardziej przemysłową stronę, np. w związku z planami większej produkcji uzbrojenia, więc z obecnymi „ambitnymi” celami klimatycznymi może jej być coraz bardziej nie po drodze. Jak ocenia to raport Banku Pekao?

„Wobec ostrzejszej konkurencji międzynarodowej i większych napięć wewnętrznych Unia Europejska ma mniej przestrzeni do altruizmu. Oznacza to, że politykę ESG czeka rewizja i zawężenie priorytetów”.

Raport zawiera sporo bardzo szczegółowych obserwacji obecnego stanu realizacji ESG i zaawansowania transformacji europejskiej energetyki, natomiast chyba najciekawsze są początkowe diagnozy i końcowe prognozy perspektywy długofalowych zmian polityki klimatycznej UE. Bo, że powinna się ona zmienić, to chyba nikt nie ma wątpliwości. W ostatnich latach z pełną determinacją Unia wdrażała politykę „Zielonego Ładu”, dziś przyszedł czas na refleksję i korektę kursu.

W jakim kierunku może pójść zielona polityka UE, o ile pozostanie zielona? Analitycy Banku Pekao uważają, że zmiany są tylko kwestią czasu. Co stanie się w niedalekiej przyszłości? Główny wniosek: UE będzie starała się pogodzić swoje cele klimatyczne i środowiskowe z wymogami konkurencyjności. Dodatkowo poważnym zadaniem będzie dla unijnych urzędników lawirowanie między coraz bardziej przemysłowymi Stanami Zjednoczonymi a Chinami, które będą działać pod presją wojny handlowej z USA.

Wcześniej sporo słyszeliśmy o tym, że w Europie zielona energia przyczyni się do wzrostu konkurencyjności krajowych gospodarek, stanie się tanią i czystą alternatywą dla energii z brudnego węgla (tu głównie występuje Polska jako chłopiec do bicia, chociaż ogromne ilości energii z węgla brunatnego produkują też Niemcy) i innych paliw kopalnych. Na razie to nie nastąpiło. Trudno nie zgodzić się z analitykami Banku Pekao w następującej diagnozie obecnego stanu zielonej transformacji:

  1. Zielone technologie nie stały się konkurencyjne względem szarych technologii. Rozpowszechnienie OZE nie doprowadziło do spadku cen energii. Zielona stal jest dużo droższa od zwykłej stali, a samochody elektryczne od spalinowych. Przykłady można mnożyć.
  2. Polityka klimatyczna stała się bardziej kosztowna ze względu na wzrost stóp procentowych na świecie. Wymaga ona bowiem dużych nakładów inwestycyjnych o często bardzo odległej stopie zwrotu.
  3. Pojawiły się nowe wyzwania, które odwracają uwagę polityków i społeczeństw od wyzwań klimatycznych. Państwa są obecnie bardziej nastawione na konkurencję niż kooperację – zarówno w relacjach handlowych, jak i militarnych. Bezpieczeństwo dostaw energii i surowców krytycznych się zmniejszyło.

Skoro tyle spraw się nie udało, to… może trzeba zawrócić? Ale dokąd? Odwrotu nie ma, jest za to konieczność podjęcia kolejnego wyzwania, czyli wejścia w drugi etap transformacji. Celem nie będzie już zwiększanie produkcji OZE, bo tej energii jest już dużo. Tak dużo, że potrafi ona w sprzyjających warunkach pogodowych zapewnić nawet 100% zapotrzebowania na energię. Jeśli tak jest, to inwestowanie w nowe moce produkcyjne w tym zakresie tracą wartość biznesową, a nowe inwestycje raczej się nie zwrócą.

Wysokie ceny energii w Europie w większości zależą od ceny gazu, który przez 55% czasu dopełnia cały system energetyczny, a te ceny są wysokie. Ale w sprzyjających warunkach pogodowych cena może zależeć głównie od OZE i wtedy może być znacznie niższa. Problemem jest jednak to, że nie zawsze warunki pogodowe sprzyjają OZE. Co zrobić, żeby ustabilizować podaż energii, a co za tym idzie – trwale obniżyć ceny, żeby stały się nie tylko znośne dla gospodarstw domowych i biznesu, ale żeby stały się konkurencyjne w skali świata?

Analitycy Pekao uważają, że przełomem może stać się oparcie energetyki na jednym z dwóch rozwiązań. Albo magazyny energii dla OZE, albo upowszechnienie energii jądrowej. Na razie barierą jest cena inwestycji w takie powszechne rozwiązania, ale tylko one uniezależniłyby energetykę unijną od wahań i kaprysów pogody. Nawet bowiem okres letni, jak pokazuje pogoda w Polsce w czasie wakacji 2025 r., nie gwarantuje np. wystarczającej ilości energii słonecznej, ale z kolei wiosną 2025 r. były dni, kiedy było takiej energii aż za dużo.

Obecne uzależnienie europejskich cen energii od cen gazu nie zapewni konkurencyjności z gospodarką amerykańską. Pokazuje to poniższy wykres na podstawie danych MFW benchmarkowych cen gazu w Europie i USA:

Czytaj też: Elektryka da się naładować tak szybko jak auto benzynowe? BYD pokazał nową technologię. Zwiastun nowej rewolucji? Jak w to zainwestować?

Polityka klimatyczna UE będzie mniej zielona?

Zdaniem analityków Pekao głównym celem polityki klimatycznej UE będzie przez kolejne lata obniżanie cen energii. Bez tego gospodarka UE straci konkurencyjność, a unijne społeczeństwa nie będą mogły dalej się bogacić. Przy czym ceny energii powinny jak najszybciej stać się atrakcyjne w porównaniu z cenami w USA i Chinach, żeby powalczyć o konkurencyjność gospodarki. Na razie Europie to nie grozi, najwyższy czas jednak na działanie.

W jakich miejscach Unia powinna być w najbliższym czasie aktywna? Wszędzie tam, gdzie będzie to sprzyjać przemysłom strategicznym. Przez dekady Europa chwaliła się tym, że ma coraz mniej przemysłu, a coraz więcej usług. Dzięki temu też spadała emisyjności gospodarki europejskiej jako całości. Ale przyszedł czas, kiedy Europa potrzebuje przemysłu i będzie to przemysł – niestety – mniej zgodne z celami klimatycznymi. Na te sektory urzędnicy z Brukseli spojrzą prawdopodobnie łaskawszym okiem.

Chodzi głównie o rolnictwo, które z racji użycia nawozów sztucznych i maszyn spalinowych nie stanie się tak łatwo, o ile w ogóle, zielone. Ale bezpieczeństwo żywnościowe jest na tyle istotne, że Bruksela nie powinna tu dociskać. A ponieważ ma zacząć obowiązywać umowa handlowa z krajami Mercosur, to ostrzejsze obowiązki dla europejskiego rolnictwa pozbawiłyby rolników np. z Polski czy Francji możliwości konkurowania z rolnikami południowoamerykańskimi. Czy ktoś w Unii odważy się jednak, żeby w imię klimatu narzucić społeczeństwom inny model konsumpcji żywności?

„Najskuteczniejsza byłaby zmiana diety Europejczyków na bardziej roślinną, ale trudno się takiej spodziewać, a próby jej wymuszenia byłyby bardzo niepopularne (zarówno wśród konsumentów, jak i rolników).”

Poza trudnym do zazielenienia rolnictwem inne sektory ważne strategicznie dla unijnej gospodarki to np. sektor chemiczny, stalowy, cementowy, zbrojeniowy. One również powinny być traktowane ulgowo, mimo że w ostatnich latach były pod ostrzałem klimatycznym. Jeśli samochody, to elektryczne, jeśli transport, to raczej zbiorowy. Nadchodzi czas kompromisów. Również dla konsumentów. Stąd wezwanie do budowy gospodarki obiegu zamkniętego, do pełniejszego recyklingu odpadów, a nawet… do – po prostu – ograniczenia się w tym, co kupujemy w sklepach.

„Aby przeciwdziałać narastającemu globalnemu kryzysowi odpadów, konieczna jest znaczna redukcja konsumpcji.”

W ostatnich 10 latach, czyli od czasu Porozumienia paryskiego, Unia Europejska zbudowała wielki gmach regulacji środowiskowych i klimatycznych. Teraz nadszedł czas na… deregulację. Unia powinna odejść od tworzenia nowych przepisów na rzecz ich upraszczania i urealniania pod kątem spójności z warunkami gospodarczymi. To już pozostawmy unijnym urzędnikom. Jeśli tego nie zrobią, Unia pogrąży się w bezsensownym piętrzeniu regulacji, które nie będą sprzyjać rozwojowi naszego kontynentu.

Jeśli w tym miejscu Czytelnicy zatrzymają się na chwilę i spytają: no dobrze, ale po co sami siebie mamy ograniczać w rozwoju, w imię celów klimatycznych, jeśli inni pędzą do przodu, to analitycy Pekao mają odpowiedź. Unia uwierzyła w swoją dziejową misję uratowania planety. OK. A co jeszcze?

 „Nie tylko poczucie misji trzyma Unię Europejską przy zielonej transformacji, lecz także pragmatyka (brak własnych paliw kopalnych) i pewien zakład biznesowy, że przynajmniej część zielonych technologii okaże się konkurencyjna względem dotychczasowych i stanie się standardem.”

Z tym „zakładem” jest jednak trochę jak z XVII-wiecznym zakładem Pascala. Francuski matematyk i filozof dowodził w swoich „Myślach”, że człowiekowi bardziej opłaca się wierzyć w Boga niż nie wierzyć. Takie rozumowanie jest bowiem wynikiem prostego zakładu. Po prostu, wybierając Boga, człowiek zyskuje życie wieczne, a to się bardziej opłaca. Wybierając życie bez Boga człowiek, zyskuje tylko krótkie i przelotne życie doczesne, może utracić jednak coś znacznie ważniejszego. Jaki będzie wynik zakładu Unii, na razie nie wiemy.

Warto, żeby się udało i żeby wielki wysiłek unijnych społeczeństw włożony w transformacje energetyki i gospodarki nie poszedł na marne. Faktem jest, że po wielu latach zmian kraje unijne są na zupełnie innym etapie energetycznym i gospodarczym niż jeszcze 10 lat temu. Paliwa kopalne w Europie nie są ani tanie, ani łatwo dostępne. Widzieliśmy gigantyczny kryzys w ich podaży po inwazji Rosji na Ukrainę w 2022 r., a Ameryka nie miała tego problemu. Chiny zaopatrują się w paliwa na swój strategiczny sposób.

Jaka będzie przyszłość ESG i finansowania biznesu? Pekao prezentuje w raporcie ciekawe zestawienie historii działań klimatycznych od CSR (społeczna odpowiedzialność biznesu) do ESG (środowisko, społeczna odpowiedzialność, ład korporacyjny). Zestawienie głównie na szczeblu amerykańskim i unijnym. Ciekawe i pouczające zestawienie. Na pewno nadchodzi czas przegrupowania, jak wojsk na froncie. Czy możliwa będzie… ucieczka do przodu?:

Na pewno Europie nie pomagają ideologiczne działania w rodzaju tych podjętych w ostatnich latach w Niemczech, kiedy z krajobrazu energetycznego zniknęły wszystkie elektrownie jądrowe. Samo ESG musi się również się zmienić z nieco ideologicznego zbioru życzeń, ignorującego warunki biznesowe działania firm, w zasady, które pomagają łączyć różne cele i nie wywracają do góry nogami opłacalności poszczególnych kluczowych sektorów.

Czytaj też: Szczyt NATO zdecydował: aż 5% PKB na zbrojenia. Jaką więc rolę w długoterminowym portfelu inwestycji powinna stanowić „zbrojeniówka”?

Zobacz też rozmowę o zielonych finansach po nowemu:

Źródło zdjęcia: Li-An Lim/Unsplash

Subscribe
Powiadom o
28 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Nshh
6 miesięcy temu

Bardzo dobry tekst. Czyli od OZE nie ma odwrotu.

Admin
6 miesięcy temu
Reply to  Nshh

Dzięki za dobre słowo. W Europie chyba nie ma odwrotu, bo nie mamy skąd wziąć taniej energii.

Rafal
6 miesięcy temu
Reply to  Maciej Samcik

Mamy. Wystarczy odejść od zielonego ładu, zlikwidować ETS, nie wprowadzać ETS2, który dla polskiego konsumenta będzie zabójczy i energia natychmiast zrobi się tania. W Azji wszelkie zielone polityki mają gdzieś. Pora uczyć się od lepszych.

Admin
6 miesięcy temu
Reply to  Rafal

ETS2 już jest chyba trupem. ETS natomiast chyba jest dobrze pomyślany, o ile się rozumie jak to „chodzi”. Firmy energetyczne płacą za emisję i wliczają to w rachunki, ale pieniądze uzyskane w ten sposób są rozdzielane między rządy (Polska dostała w ciągu ośmiu bodaj lat ze 100 mld zł) na transformację energetyczną. Alternatywą byłoby po prostu uwolnienie cen energii i wtedy firmy energetyczne po prostu wpisałyby w rachunki koszt budowy nowych źródeł energii. Bo my je i tak musimy zbudować. I i tak to Polacy muszą za to zapłacić w rachunkach. Pytanie czy to pójdzie przez ETS czy inaczej jest… Czytaj więcej »

mrn
6 miesięcy temu
Reply to  Maciej Samcik

Panie Macieju, czy mógłby Pan napisać, dlaczego wg Pana musimy zbudować alternatywne źródła energii? Żebym zrozumiał o co Panu chodz w tym sformułowaniu?

Admin
6 miesięcy temu
Reply to  mrn

Musimy zbudować nowe (OZE, atom) źródła energii, bo na poziomie europejskim nie mamy tyle surowców (ropy, gazu), ile potrzebujemy i musimy je kupować od Ruskich, Arabów lub Amerykanów, przez co tracimy niezależność energetyczną i konkurencyjność.
Na poziomie polskim dlatego, że kończy nam się węgiel, ten który mamy jest głęboko nieopłacalny w wydobyciu (dzisiaj dużą część spalanego węgla ściągamy z RPA, albo z Australii). Nie „według mnie” tak jest, tylko według ogólnodostępnej wiedzy 😉

Rafal
6 miesięcy temu
Reply to  Maciej Samcik

ETS2 nie jest trupem. Trwa proces wygaszania wielkich pieców w hutach w Krakowie czy Dąbrowie Górniczej (powód zbyt wielkie koszty energii spowodowane zieloną polityką UE), Bosch właśnie odwołał plany budowy fabryki pomp ciepła ( przewidywany brak zbytu na te urządzenia i oczywiście koszty energii), europejskie hutnictwo i inne branże energochłonne za chwilę przestaną istnieć i stal do budowy wiatraków będziemy sprowadzać z rejonów, gdzie nie przejmują się zieloną polityką. Będziemy przemysłową pustynią ale za to będziemy neutralni klimatycznie. Można i tak.

Admin
6 miesięcy temu
Reply to  Rafal

Te wszystkie rzeczy wynikają chyba bardziej z tego, że w Polsce energia jest z węgla, który kopiemy głęboko i który jest nieopłacalny, a nie z tego, że Unia Europejska nam coś zabroniła. Państwo może przekazywać pieniądze z uprawnień CO2 tym hutom, z jakichś przyczyn woli dotować coś innego

Rafal
6 miesięcy temu
Reply to  Maciej Samcik

Polska jest tylko drobnym trybikiem w procesie zamieniania Europy w przemysłową pustynię i przenoszenia miejsc pracy w miejsca gdzie nikt się nie przejmuje zielonym ładem. Sprowadzanie stali jest bardziej opłacalne z takich miejsc jak Chiny, Wietnam, Egipt, Iran niż produkowanie jej w europejskich hutach zabijanych zieloną polityką.

https://www.wnp.pl/przemysl/hutnicy-straca-prace-przez-europejski-zielony-lad-tego-sie-obawiaja,830948.html

Admin
6 miesięcy temu
Reply to  Rafal

Myślę, że w Brukseli już zrozumieli, że tak dalej nie można

kamel
6 miesięcy temu
Reply to  Rafal

Zielony ład w Europie miał sens gospodarczy – bo mamy nieproporcjonalnie mniej swoich kopalin, niż reszta świata. Zatem gdybyśmy przekonali świat, żeby przestał wykorzystywać swoje, to zmniejszyłaby się ich przewaga konkurencyjna. Żeby innych przekonać trzeba było wyjść przed szereg – i przez pewien czas wydawało się, że działa, ale najwyraźniej inni się połapali… Problemem jak zwykle są politycy – ci nasi uwierzyli we własną bajeczkę i odpłynęli. Bo mówiąc prawdę też można manipulować. Fakty znane są takie, że: klimat się ociepla, działania człowieka mają istotny wpływ na proces ocieplania się klimatu (to na prawdę można policzyć), Natomiast fakty pomijane, to:… Czytaj więcej »

Paweł
6 miesięcy temu
Reply to  kamel

„Wszystko zatem sprowadza się do prostego człowieczeństwa i solidarności z innymi ludźmi kontra „moje jest mojsze” i nie będę sobie odmawiał schabowego, żeby świat był lepszy dla innych.” Wszystko sprowadza się do tego, że trzeba znaleźć chętnych którzy sobie tego schabowego odmówią. I żeby to miało szansę zadziałać to chętnych musi być wielu. To jest wizja utopijna bo zawsze będzie się opłacało wyłamać: lepiej zjeść schabowego niż nie zjeść, a jak jeden zrezygnował to zawsze ktoś chętnie zje dwa. Mam tu na myśli wyłamywanie się zarówno pojedynczych osób jak i całych państw. Czy to znaczy że mamy nic nie robić?… Czytaj więcej »

kamel
6 miesięcy temu
Reply to  Paweł

Zgadza się. Te mechanizmy opisywane są od dawna w teorii gier (dziedzina matematyki).
W momencie, gdy USA się wycofało, nie ma sensu forsować w UE – bo każdy schabowy, którego my sobie odmówimy, zostanie w ramach „powiększonego limitu” przerzuty za granicą. Szczególnie idiotyczny był eksport zanieczyszczeń w postaci udawania, że fabryka zamknięta w UE zmniejsza emisje, gdy tę samą stal wyprodukować musi chińska huta, która jest zupełnie poza naszą kontrolą (a lokalne można przynajmniej monitorować).

To właśnie miałem na myśli pisząc, że nasi politycy odpłynęli.

TomR
6 miesięcy temu
Reply to  kamel

W kontekście możliwości produkcji w UE na rynki zewnętrzne to ekopolityka doprowadziła do tragedii. Jak fabryka jest w UE to musi produkować wg norm UE. A na zewnątrz, na rynkach eksportowych (np. w Nigerii, Brazylii) są normy inne niż normy UE, luźniejsze, pozwalające na tańsze produkty. Tak więc nie ma sensu ekonomicznego produkować w UE na eksport do krajów mających tańsze normy, lepiej postawić fabryki w krajach z tańszymi normami (kraj fabryki nie musi być krajem klienta, chodzi o to aby w kraju fabryki normy nie były droższe niż w kraju klienta – kierunek w dół), żeby produkować na rynki… Czytaj więcej »

Marco
6 miesięcy temu

Mega robota (artykuł). Nie wiem co o tym wszystkim myśleć, a tym bardziej jak na tym zarobić xD

Admin
6 miesięcy temu
Reply to  Marco

Dziękujemy ;-). A o tym jak na tym zarobić pewnie niedługo napiszemy 😉

Maciej
6 miesięcy temu
Reply to  Marco

Sam poszedłem po linii najmniejszego oporu i w styczniu kupiłem ETF na spółki przemysłu uranowego, wierząc, że ma to swoją przyszłość. Niedługo po tym Trump zaczął „opowiadać swoje” i tak jestem już 70% do przodu. Subiektywnie uważam, że atom przeżyje jeszcze swój renesans (chyba, że okaże się, że fuzja jądrowa jest możliwa na skalę przemysłową to wtedy klapa).

Admin
6 miesięcy temu
Reply to  Maciej

Ja też siedzę na ETF-ach „uranowych”. Od jakiegoś czasu najlepsza rzecz w portfelu

Marco
6 miesięcy temu
Reply to  Maciej

Moja strategia nie przewiduje takich ruchów :-/ Ale niedawno długo myślałem czy się nie złamać i nie zrobić precedenu na uran i Orlen. Nie złamałem się. W ramach portfela ostanio ładnie strzeliła mi tylko PL i XAU, a tak reszta powoli do przodu (małą łyżeczką). Bez emocji, których gadzi mózg cały czas szuka. Powodzenia, hej!

TomR
6 miesięcy temu

„Chodzi głównie o rolnictwo, które z racji użycia nawozów sztucznych i maszyn spalinowych nie stanie się tak łatwo, o ile w ogóle, zielone. […] „Najskuteczniejsza byłaby zmiana diety Europejczyków na bardziej roślinną ” Rolnictwo w części związanej z produkcją roślin w naszym klimacie jest nieekologiczne m.in. dlatego, że pole pobiera CO2 i produkuje tlen tylko przez część czasu gdy jakaś pszenica czy kukurydza rośnie, podczas gdy np. las iglasty przy obecnych zimach prawie bez śniegu może pobierać CO2 i produkwać tlen przez większą prawie cały rok. W tym kontekście łąki, na których pasą się krowy są ekologiczniejsze od pól ze… Czytaj więcej »

Paweł
6 miesięcy temu
Reply to  TomR

Rolnictwo pojawiło się kilka-kilkanaście tysięcy lat temu pozwalając na łatwiejsze wyżywienie rosnącej populacji. I jak by nie patrzeć cała idea rolnictwa polega na przekształcaniu pewnych elementów środowiska tak aby dostarczały nam pokarmu. Te przekształcone elementy tracą naturalny charakter, w mniejszym lub większym stopniu zaburzona jest tam naturalna równowaga. Można więc powiedzieć że rolnictwo już z samego założenia nigdy nie było zupełnie ekologiczne, nawet gdy trzeba było wyżywić 20-osobową wioskę. Wymaganie aby stało się ekologiczne żywiąc jednocześnie miliardy ludzi jest moim zdaniem absurdem.

TomR
6 miesięcy temu
Reply to  Paweł

Z punktu widzenia i rozwoju cywilizacji i gospdoarki tylko nie ma potrzeby żywienia tak dużej liczby ludzi jak teraz, ale jest to wręcz szkodliwe – średni iloraz inteligencji na świecie jest rzędu 85, a to 85 to jest mniej więcej granica przydatności człowieka dla cywilizacji lub gospodarki. Czyli połowy ludzkości można się od razu pozbyć – z ogromnym zyskiem dla środowiska przez zmniejszenie szkód od rolnictwa czy też zwykłego zanieczyszczenia śmieciami, z zyskami dla gospodarki – mniej kosztów socjalnych, mniejsza presja na zasoby rzadkie to ich niższe koszty, mniej kosztowych błędów popełnianych przez pracowników poniżej standardów, z zyskami dla cywilizacji… Czytaj więcej »

Stef
6 miesięcy temu

USA ma 2 wyjścia
1. Dalej byc w 100% uzależnioną od ropy i Arabów
2. Atom i własny przynajmniej gaz. Ten drugi wybór próbowano wprowadzić pod pozorem ekologii. Trum właśnie go skierował do kosza.

Admin
6 miesięcy temu
Reply to  Stef

USA ma znacznie większą niezależność energetyczną, niż Europa – mają ropę, mają gaz, mają atom, mają OZE (które głupio chcą haltować, odwrotnie niż Chińczycy).

kamel
6 miesięcy temu
Reply to  Maciej Samcik

Tym bardziej komunikacja w UE nawaliła – zamiast argumentu zależnego od poglądów (nie chcę nazwać go ideologicznym, bo jednak zmiany klimatu to fakt obiektywny – ale już ocena tego jest osobniczo-zależna, bo np. ludzie bezdzietni mogą powiedzieć „a co mnie obchodzą przyszłe pokolenia, niech się smażą”) należało od zawsze używać argumentu gospodarczego: INWESTUJEMY w przyszłą niezależność, żeby nie wyrzucać setek miliardów euro rocznie na zakupy źródeł spoza UE. Ale to by wymagało nałożenia dodatkowych warunków: skoro chcemy tych euro nie wydawać za granicą, to wszystkie dotacje (z pozyskanych z ETS-u pieniędzy) mogą być wydawane wyłącznie na produkty wykonane w powiedzmy… Czytaj więcej »

Admin
6 miesięcy temu
Reply to  kamel

Zgadzam się, trzeba rozwinąć narrację i potwierdzić ją faktami, iż rewolucja energetyczna daje miejsca pracy, niezależność i bezpieczeństwo.

TomR
6 miesięcy temu
Reply to  Stef

W USA chodziło także o to, że jakość i parametry ekoproduktów były niższe niż ich poprzedników. Np. Amerykanie są przyzwyczajeni do cylki prania trwających 30 min – 1 godziny co nie jest możliwe bez dużego zużycia wody i energii, podczas gdy np. ekologiczne europralki piorą typowo w 2 godziny. Wprowadzenie ekoproduktów było powodem narzekań konsumentów w USA, że np. eko-WC nie potrafią spłukać zawartości. Republikanie wygrali wybory m.in. dlatego, że walczyli z ekonormami w celu zapewnienia tańszych, niezawodniejszych i o lepszej wydajności (kosztem m.in. zużycia energii) produktów przez propozycje szeregu ustaw, np. Stop Unaffordable Dishwasher Standards Act, the Liberty in… Czytaj więcej »

TomR
6 miesięcy temu

W Unii Europejskiej nie prowadzono żadnej polityki klimatycznej, tylko stosowano spychologię emisyjną, spychanie odpowiedzialności za zmniejszenie emisji na poziom niżej. Tzn. UE przyjmowała jakieś normy zmniejszające emisje „macie zmniejszyć emisję bo jak nie to kara”, potem to było spychane na państwa członkowskie, które spychały to na swoje firmy, swoich obywateli „macie zmniejszyć emisję, bo jak nie to kara, zakaz, drogie podatki ETS, drogie podatki ETS2”. W wyniku tego to de facto nie UE i nie państwa, ale firmy i ludzie, w tym producenci, konsumenci końcowi, właściciele itp. byli obciążani wykonaniem prawdziwych prac nad zmniejszeniem emisji, które UE i państwa członkowskie… Czytaj więcej »

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Kontrast

Rozmiar tekstu