Jaka jest przyszłość vibe coding, czyli tej techniki kodowania, która ostatnio wywołała popłoch wśród akcjonariuszy największych na świecie producentów oprogramowania? Kto może stać się największym beneficjentem zjawiska i jakie są plusy i minusy tego zjawiska? Z czytelnikami „Subiektywnie o Finansach” podzielił się swoimi przemyśleniami dr hab. Andrzej Sobczak, profesor warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej (SGH) kierujący Zakładem Zarządzania Informatyką
Mój rozmówca specjalizuje się w architekturze korporacyjnej, analizie biznesowo-systemowej i hiperautomatyzacji. Jest współzałożycielem inicjatywy Analityk Architekt Jutra (https://analitykarchitekt.pl). Ta rozmowa to kontynuacja analizy poświęconej wpływom AI w programowaniu na notowania akcji firm software’owych (produkujących oprogramowanie różnego rodzaju).
- Osiem najważniejszych dylematów inwestycyjnych na najbliższą dekadę [POWERED BY CITIBANK HANDLOWY]
- Agenci AI, czyli rewolucja. Nie tylko w zakupach, ale też w płatnościach. Jak to zmienia przyszłość handlu? [POWERED BY VISA]
- Które spółki z branży oprogramowania nie przegrają z AI? Analitycy zrobili stress-testy. Czy po spadku wartości o 30% są już okazje inwestycyjne? [POWERED BY SAXOBANK]
Vibe coding obudził obawy wśród inwestorów, których część widzi ryzyko, że za sprawą zdolności tworzenia kodów źródłowych za pomocą AI nawet przez najmniej ogarniętych w świecie IT, erozji ulegną zyski producentów oprogramowania. Przypisuje się temu ostatnią przecenę akcji m. in. Microsoftu, SAP, Salesforce, Palantira czy Oracle’a. Po producentach oprogramowania przyszła kolej na rzeź producentów gier komputerowych, potem na firmy doradcze i… zabawa w prognozy o wpływie AI na wielkie firmy dopiero się zaczyna.
CZYTAJ WIĘCEJ O RZEZI:
A może to doskonała okazja, żeby nadstawić koszyczek, kontrariańsko kupić przecenione akcje, żeby coś wpadło do portfela? Może my wszyscy przeceniamy znaczenie AI dla kształtowania marżowości firm? Czy vibe coding aż tak zmieni programowanie? Pracę programistów? Za co będzie się płaciło w branży IT? Ta rozmowa ma pomóc odpowiedzieć na to pytanie.
Marcin Kuchciak: Bez owijania w bawełnę, walnę od razu z grubej rury. Czy jest Pan sobie w stanie wyobrazić, że ktoś będzie miał na tyle dużo fantazji, iż postanowi stworzyć potężny informatyczny system zarządzania, klasy ERP – może podobny do najbardziej znanych produktów SAP – i odważy się na to, sięgając po vibe coding?

Andrzej Sobczak: Na początek musimy rozróżnić dwie fundamentalnie różne rzeczy. Pierwsza to vibe coding w rozumieniu Andreja Karpathy’ego, twórcy tego pojęcia. Karpathy opisał to obrazowo: rzucasz problemem w AI, akceptujesz wszystko, co ona wygeneruje, nie czytasz nawet różnic w kodzie, a gdy pojawia się błąd – kopiujesz go i wklejasz bez komentarza. Masz „vibe”, że to działa, nie musisz rozumieć kodu, nie musisz nawet dotykać klawiatury. To programowanie przez konwersację, gdzie człowiek staje się bardziej recenzentem efektu końcowego niż twórcą.
Czym innym jest natomiast profesjonalny proces wytwarzania oprogramowania wsparty przez AI – w szczególności podejście określane jako spec-driven development, gdzie sztuczna inteligencja jest potężnym narzędziem w rękach doświadczonego zespołu i zaczynamy od przemyślanej specyfikacji, a nie od promptowania z AI. To jak przyczepienie silnika rakietowego do samochodu, ale pod pełną kontrolą kierowcy, który wie, dokąd jedzie i jak hamować.
I teraz odpowiadając wprost: czy wyobrażam sobie budowę systemu klasy SAP w czystym vibe codingu? Szczerze mówiąc – nie. To byłoby jak próba zbudowania elektrowni atomowej metodą „jakoś to będzie”. Systemy ERP to tysiące wzajemnie powiązanych procesów biznesowych, skomplikowana logika domenowa, integracje z dziesiątkami systemów zewnętrznych, wymogi bezpieczeństwa i zgodności regulacyjnej. Sam vibe coding tego nie udźwignie.
Ale tworzenie systemu ERP z intensywnym wsparciem AI? To już się dzieje – i to w Polsce. Doskonałym przykładem jest przedsięwzięcie Open Mercato. To open-source’owy system ERP/CRM nowej generacji, budowany od zera z wykorzystaniem najnowszych narzędzi AI do wspomagania wytwarzania kodu. Nie jest to jednak vibe coding – to świadome, kontrolowane wykorzystanie AI przez doświadczonych programistów, którzy dokładnie wiedzą, co robią i dlaczego.
Gdy patrzę na narrację, która panuje w mediach społecznościowych na temat vibe coding, to można odnieść wrażenie, że trafiliśmy do debaty o kryptowalutch, gdzie raczej mamy wymianę myśli między ewangelistami tokenów – którzy za nic nie chcą dostrzec niedostatków tych aktywów – z zapiekłymi krytykami – którzy odsądzają tę klasę instrumentów finansowych od czci i wiary. Może warto zachować bardziej umiarkowaną postawę w przypadku vibe codingu? Zróbmy mały bilans plusów i minusów. Zacznijmy od plusów. Dlaczego warto sięgać po vibe coding?
Andrzej Sobczak: Ma Pan rację z tym porównaniem do debaty o kryptowalutach – w mediach społecznościowych rzeczywiście dominują skrajności. Jedni ogłaszają koniec zawodu programisty, drudzy wyśmiewają vibe coding jako zabawkę dla amatorów. Prawda, jak zwykle, leży pośrodku. Skupmy się więc na konkretnych zaletach tego podejścia do budowy aplikacji.
Po pierwsze: rewolucja w prototypowaniu i walidacji pomysłów biznesowych. To dla mnie najważniejsza wartość vibe codingu. Jeszcze niedawno, żeby zweryfikować, czy pomysł na produkt cyfrowy ma sens, trzeba było czekać tygodnie, czasem miesiące na prototyp. Dzisiaj mówimy o dniach, a nierzadko o godzinach. I co kluczowe – biznes nie ogląda już statycznych makiet w PowerPoincie czy Figmie, ale dostaje praktycznie funkcjonalne rozwiązanie, które można klikać, testować, pokazywać potencjalnym klientom. To fundamentalnie zmienia dynamikę walidacji pomysłów biznesowych i poszukiwania nowych produktów cyfrowych.
Po drugie: demokratyzacja rozwiązywania punktowych problemów. W każdej organizacji istnieją dziesiątki, setki drobnych potrzeb biznesowych, na które duże zespoły IT nigdy nie miały czasu, budżetu ani po prostu atencji. Są to na przykład raport, który trzeba co tydzień składać ręcznie z trzech źródeł, prosty kalkulator dla handlowców, automatyzacja powtarzalnego zadania związanego z obsługą reklamacji lub delegacji. W rękach świadomych użytkowników – takich, którzy rozumieją podstawy technologii i znają dobre praktyki budowy systemów – vibe coding staje się narzędziem do samodzielnego adresowania tych potrzeb. To realnie wzmacnia wewnętrzną innowacyjność organizacji.
Po trzecie: niski próg wejścia. Osoby bez formalnego wykształcenia informatycznego mogą wreszcie materializować swoje pomysły. Analityk biznesowy, specjalista od marketingu – każdy z nich może teraz stworzyć działającą aplikację, która rozwiązuje jego konkretny problem, bazując na jego wiedzy dziedzinowej. To ogromna zmiana w stosunku do sytuacji sprzed zaledwie kilku lat.
Z jakimi ryzykami tworzenia kodu źródłowego powinni liczyć się użytkownicy narzędzi VC?
Andrzej Sobczak: Ryzyk jest sporo i warto je znać, zanim wpadniemy w zachwyt nad możliwościami vibe codingu. Po pierwsze i najważniejsze: podatności bezpieczeństwa. Kod generowany przez AI często zawiera luki, które doświadczony programista wyłapałby od razu (albo zrobiłoby to za niego przeznaczone do tego narzędzie) – niezabezpieczone połączenia z bazą danych, brak walidacji danych wejściowych, przechowywanie haseł w sposób umożliwiający ich odczytanie. Dla amatora te rzeczy są niewidoczne, a konsekwencje mogą być bolesne.
Dług technologiczny to kolejna pułapka. Wyjaśnię to pojęcie, bo nie każdy musi je znać. Dług technologiczny to sytuacja, w której wybieramy szybkie, prowizoryczne rozwiązanie zamiast właściwego. Działa tu i teraz, ale z czasem generuje narastające koszty – kod staje się coraz trudniejszy do modyfikacji, poprawienia błędów, rozbudowy. To jak budowanie domu bez fundamentów – na początku idzie szybko, ale potem wszystko zaczyna pękać. Vibe coding, z natury nastawiony na szybki efekt, generuje taki dług w ogromnych ilościach.
Problemy z architekturą tworzonych rozwiązań są równie istotne. AI generuje kod, który „działa”, ale często nie uwzględnia standardów architektonicznych obowiązujących w danej firmie, wzorców projektowych, zasad czystego kodu. Powstaje coś, co można porównać do domu, w którym każdy pokój budował inny wykonawca bez wspólnego projektu – niby stoi, ale instalacje się nie zgadzają, a rozbudowa graniczy z cudem.
I wreszcie kwestia fundamentalna, o której zapominają entuzjaści: zbudowanie aplikacji to zaledwie 30% całej pracy. Potem trzeba zapewnić jej utrzymanie, rozwój, wsparcie użytkowników, aktualizacje bezpieczeństwa, dostosowanie do zmieniających się wymagań. A tych aspektów vibe coding już nie zaadresuje lub zaadresuje je fragmentarycznie. Tu potrzebna jest systematyczna praca i kompetencje, których nie zastąpi konwersacja z AI.
W obiegu mamy sporo aplikacji generatywnej sztucznej inteligencji (GAI), z których najczęściej korzystamy, poczynając od kolejnych wersji ChatGPT, czy Claude, Gemini lub Perplexity, nie mówiąc o chińskich ich odpowiednikach w postaci choćby osławionego DeepSeeka czy mniej znanych Kimi K2, Qwen i GLM. Są to jednak narzędzia o zastosowaniu ogólnym, czyli teoretycznie do wszystkiego. Wiele mediów branżowych prześciga się w tworzeniu różnych rankingów, których celem jest wykazanie przewagi jednej aplikacji AI nad pozostałymi. Które z ogólnych GAI nadają się najbardziej do kodowania?
Andrzej Sobczak: Przyznam szczerze, że mogę nie być w tej kwestii obiektywny, bo mam swoje preferencje ukształtowane codzienną praktyką. Od dłuższego czasu pracuję głównie z Claude od Anthropic. Szczególnie cenię mechanizm artefaktów – to funkcja, która pozwala w trakcie rozmowy tworzyć i natychmiast uruchamiać miniprogramy, interaktywne wizualizacje, proste aplikacje webowe. Dla kogoś, kto chce szybko stworzyć narzędzie ułatwiające codzienną pracę, to bardzo praktyczne rozwiązanie.
Gemini od Google ma swoje mocne strony, zwłaszcza w projektowaniu front-endu (robi go bardzo fajnie) i integracji z ekosystemem Google. Polecam zwłaszcza AI Studio od Google. Co do modeli open source – DeepSeek, Qwen, Llama – są naprawdę dobre jakościowo i dla wielu zastosowań wystarczające. Ale trzeba pamiętać o jednym: jeżeli chcemy wyjść poza sferę eksperymentów i operacyjnie z nimi pracować na własnej infrastrukturze, wymagają dość mocnych maszyn. To generuje koszty, które trzeba wkalkulować (powtarzam, chyba że mówimy o środowisku uruchamianym dla jednej-dwóch osób).
CZYTAJ TEŻ W HOMODIGITAL:
Poza ogólnymi systemami AI mamy również całkiem dużo rozwiązań specjalistycznych. Zostały one wymyślone właśnie z myślą o vibe codingu. Które z nich najbardziej się wyróżniają? Z jakiego powodu tak się dzieje? Czy specjalistyczne narzędzia do vibe codingu są rzeczywiście lepsze niż uniwersalne modele GAI?
Andrzej Sobczak: Rynek specjalistycznych narzędzi do vibe codingu rozwija się niezwykle dynamicznie i rzeczywiście oferują one coś więcej niż uniwersalne modele. Na pierwszym miejscu postawiłbym Claude Code od Anthropic i Antigravity od Google. Przy czym od razu zaznaczę – to narzędzia dla nieco bardziej zaawansowanych użytkowników. Nie znaczy to, że są trudne, ale mogą odstraszać na początku interfejsem tekstowym, terminalowym. Pracujemy w linii poleceń, nie w ładnym okienku z przyciskami. Ale gwarantuję – warto się przełamać. Możliwości, jakie dają te narzędzia, są nieporównywalne z tym, co oferują typowe narzędzia do vibe codingu.
Z innych rozwiązań polecam Lovable – europejski startup, który zdobył sporą popularność – oraz Replit. Te platformy wyróżnia coś bardzo istotnego: dostarczają kompleksowy ekosystem usług, nie tylko generator kodu. Mamy tam od razu bazę danych, mechanizmy logowania i autoryzacji użytkowników, integrację z systemami płatności, hosting aplikacji. Dla osoby nietechnicznej to ogromna różnica – nie musi się martwić, gdzie postawić aplikację, jak skonfigurować serwer, jak podłączyć płatności. Wszystko jest „w pudełku”, gotowe do użycia. To realnie obniża barierę wejścia.
Czy specjalistyczne narzędzia są lepsze od uniwersalnych modeli? To zależy od celu. Jeśli chcemy szybko zbudować i wdrożyć działającą aplikację – zdecydowanie tak. Ekosystem robi różnicę. Ale jeśli potrzebujemy pomocy w zrozumieniu fragmentu kodu, rozwiązaniu konkretnego problemu programistycznego czy nauce – uniwersalny Claude w zupełności wystarczy.

Źródło: APP Machina
Spróbujmy teraz uchwycić wątek finansowy. Śledzę od lat sektor biofarmacji w wydaniu innowacyjnym. I tam zachodzi zjawisko klifu patentowego, który polega na tym, że po upływie wielu lat firma sprzedająca innowacyjny lek traci wyłączność na to. A wówczas do gry wchodzą producenci preparatów generycznych i biopodobnych. W zależności od wskazania medycznego i liczby nowych konkurentów da się na bazie historii oszacować, jak znacząco straci udział rynkowy dotychczasowy monopolista w pewnym segmencie. Zastanawiam się, w jaki sposób można spróbować skwantyfikować potencjalny ubytek sprzedaży firm produkujących oprogramowanie, jeżeli we znaki da się im upowszechnianie vibe codingu.
Andrzej Sobczak: To bardzo trafna analogia z klifem patentowym, choć zjawisko, które obserwujemy w branży software’owej, ma nieco inną dynamikę. W farmacji wiemy dokładnie, kiedy patent wygasa – można się przygotować. Tutaj zmiana przychodzi falami i uderza nierównomiernie w różne segmenty rynku.
Podam konkretny przykład z polskiego podwórka. W grudniu 2025 roku rozmawiałem z właścicielem software house’u, który przez ostatnie kilka lat świetnie sobie radził w bardzo konkretnej niszy: realizował prototypy dla startupów z USA. Model był prosty i dochodowy – amerykańska firma pozyskiwała finansowanie od inwestorów, a następnie zlecała budowę prototypu polskiemu zespołowi, korzystając z różnicy w kosztach pracy. Klasyczny przykład offshoringu. I co się stało? To źródło przychodów spadło praktycznie do zera. Startup, który dawniej płacił kilkadziesiąt tysięcy dolarów za prototyp, teraz robi go sam w Replit.
Oczywiście to tylko jeden przypadek, ale ilustruje szerszy trend. Nie oszukujmy się – narzędzia vibe codingowe realnie zmniejszają zapotrzebowanie na to, co branża czasem brutalnie nazywa „klepaczami kodu”. Mam tu na myśli programistów, których praca polegała głównie na implementacji stosunkowo prostych, powtarzalnych rozwiązań według gotowej specyfikacji. To spora grupa ludzi w Polsce – przez lata byliśmy hubem taniej, ale dobrej jakościowo pracy programistycznej dla zachodnich klientów.
Jak to skwantyfikować? Szczerze mówiąc, precyzyjne oszacowanie jest dziś niemożliwe – za dużo zmiennych, za krótki horyzont obserwacji. Ale pewne kierunki widać wyraźnie. Segment prototypowania i MVP dla startupów – mocne uderzenie, już teraz. Proste aplikacje biznesowe, wewnętrzne narzędzia – stopniowa erozja, bo firmy będą je budować samodzielnie.
Natomiast złożone systemy enterprise, rozwiązania wymagające głębokiej integracji, specjalistyczne oprogramowanie – tu wpływ będzie znacznie mniejszy, przynajmniej w perspektywie kilku najbliższych lat. Raport Gartnera mówi o 40% enterprise software tworzonego z wykorzystaniem vibe codingu do 2028 roku. Ale uwaga na słowo „z wykorzystaniem” – to nie znaczy „wyłącznie przez vibe coding”. To oznacza, że AI będzie elementem procesu, niekoniecznie że zastąpi zespoły programistyczne. Różnica jest zasadnicza.
Akcje wielu gigantów software’owych straciły ostatnio na fali narracji, że gałąź, na której siedzą, poderżnie vibe coding. Specjalizują się one w spersonalizowanych rozwiązaniach, które często są wyrafinowane, co może wiązać się wysokim skomplikowaniem, i wymagają regularnych aktualizacji. Intuicja podpowiada, że vibe coding raczej może mieć negatywny wpływ na mniejszych producentów softu niż olbrzymów typu Microsoft, SAP, Oracle czy IBM. Słusznie szepce intuicja do ucha, czy jednak warto jednak ją zignorować?
Andrzej Sobczak: Rzeczywistość okazuje się skomplikowana – i paradoksalnie bardziej niebezpieczna właśnie dla gigantów, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Dlaczego giganci są zagrożeni, skoro wydawałoby się, że mają wszystkie atuty? Odpowiedź leży w tym, co analitycy z AlixPartners nazywają „wielkim ściskiem” – big squeeze. Z jednej strony naciskają zwinne, AI-natywne startupy, które potrafią replikować funkcjonalności za ułamek kosztów. Z drugiej – klienci korporacyjni zaczynają budować własne rozwiązania wewnętrznie. Klarna publicznie ogłosiła, że rezygnuje z Salesforce i Workday na rzecz własnych aplikacji AI. To nie jest pojedynczy przypadek – to sygnał zmiany paradygmatu.
Jest jednak prawdą, że różne segmenty rynku są zagrożone w różnym stopniu. Systemy ERP – rdzeń biznesu SAP i Oracle – są relatywnie bezpieczne w krótkim terminie. Dlaczego? Koszty zmiany są astronomiczne, integracja z dziesiątkami innych systemów tworzy efekt uwięzienia klienta, a wymagania regulacyjne i compliance’owe wymagają certyfikowanych rozwiązań. Vibe coding nie zaadresuje GDPR, SOX czy HIPAA.
Natomiast wąskie, wyspecjalizowane aplikacje SaaS – to one są na pierwszej linii ognia. Proste narzędzia do zarządzania zadaniami, dashboardy, systemy raportowania, aplikacje do komunikacji wewnętrznej – to wszystko można już dziś zbudować wewnętrznie za pomocą Lovable czy Replit. Paradoks polega więc na tym: najwięksi gracze są zagrożeni nie dlatego, że ktoś zastąpi ich systemy ERP vibe codingiem, ale dlatego, że ich modele wycen zakładały ciągły wzrost przychodów z chmury. Gdy ten wzrost zwalnia – bo klienci zaczynają część potrzeb zaspokajać sami – inwestorzy natychmiast korygują oczekiwania. I to właśnie obserwujemy w notowaniach.
Średnie firmy software’owe – te z przychodami poniżej 10 mld dolarów – są w najtrudniejszej sytuacji. Nie mają ani skali gigantów, ani zwinności startupów. Według analizy AlixPartners, odsetek szybko rosnących firm w tym segmencie spadł z 57% w 2023 do 39% w 2024 roku. Wiele z nich stanie przed egzystencjalnym zagrożeniem w ciągu najbliższych 24 miesięcy.
CZYTAJ TEŻ W HOMODIGITAL:
Gdy przygotowywałem się do naszej rozmowy zasięgnąłem języka w sieci. Rzucił mi się w oczy jeden z klipów, na którym tak na oko dwudziestolatek, zachęcał do szkoleń z dziedziny kodowania, co zachwalał tym, że w ciągu roku stworzył 90 aplikacji za pomocą VC. Takiemu nie podskoczysz – pomyślałem. Jakie kroki, poza korzystaniem ze szkoleń mniej lub bardziej oświeconych, a nie nastawionych wyłącznie na wydębienie kasy od łatwowiernych zainteresowanych, powinien podjąć Pana zdaniem ktoś, kto chce się zagłębić w kodowanie wibracyjne?
Andrzej Sobczak: Dziewięćdziesiąt aplikacji w rok brzmi imponująco, ale od razu nasuwa mi się pytanie: ile z nich działa do dziś? Ile ma użytkowników? Ile przeszło choćby podstawowy audyt bezpieczeństwa? Bo wyprodukować coś, co „jakoś działa” na prezentacji, to jedno. Stworzyć rozwiązanie, które rzeczywiście rozwiązuje problem i można je utrzymać – to zupełnie inna historia. Nie chcę być złośliwy wobec tego młodego człowieka, ale w branży technologicznej obserwuję niepokojący trend „portfolio ilościowego” – im więcej projektów na GitHubie, tym lepiej, niezależnie od ich jakości czy sensowności.
Co poradziłbym osobie, która chce świadomie wejść w świat vibe codingu? Po pierwsze: zacznij od realnego problemu, nie od narzędzia. Największy błąd, jaki widzę u entuzjastów, to podejście „mam młotek, szukam gwoździa”. Znajdź konkretny problem w swojej pracy, hobby, otoczeniu – coś, co naprawdę Ci przeszkadza i co chciałbyś rozwiązać. Aplikacja bez problemu do rozwiązania to tylko ćwiczenie techniczne.
Po drugie: naucz się podstaw, zanim zaczniesz je omijać. To może brzmieć paradoksalnie w kontekście vibe codingu, ale uważam to za kluczowe. Nie musisz zostać programistą, ale powinieneś rozumieć, czym jest baza danych, jak działa API, co to jest frontend i backend, jakie są podstawowe zasady bezpieczeństwa. Bez tej wiedzy będziesz jak kierowca, który nie wie, gdzie jest hamulec – jakoś pojedziesz, ale pytanie dokąd i jakim kosztem.
Po trzecie: dokumentuj swój proces. Zapisuj, jakie prompty działają, jakie nie, gdzie AI się myli, co musiałeś poprawiać ręcznie. To buduje Twoją intuicję i pozwala uczyć się na własnych błędach. Z czasem zaczniesz rozumieć, jak „myśli” model i jak z nim efektywnie współpracować.
Po czwarte: testuj, testuj, testuj. Nie akceptuj bezmyślnie tego, co wygeneruje AI. Testuj edge case’y – czyli sytuacje graniczne, nietypowe. Co się stanie, gdy użytkownik wpisze pustą wartość? Bardzo długi tekst? Znaki specjalne? AI ma tendencję do generowania kodu, który działa na „szczęśliwej ścieżce”, ale sypie się w nietypowych sytuacjach.
A co do szkoleń – owszem, są wartościowe oferty na rynku, ale też sporo cynicznych prób wyciągnięcia pieniędzy od osób zafascynowanych nową technologią. Czerwona flaga to obietnice w stylu „zostań programistą w weekend” lub „zarabiaj miliony na aplikacjach AI”. Jeśli ktoś obiecuje cuda, prawdopodobnie sprzedaje iluzję, nie wiedzę.
CZYTAJ TEŻ W HOMODIGITAL:
Vibe coding ma wiele atutów, które mogą sprawić, że zmieni się charakter pracy programistów. Spece od kodowania należą do grupy społecznej, która chyba godziwie zarabia. W jakim kierunku wyewoluuje sfera zatrudnienia wśród ekspertów od IT i jaki wpływ to może mieć na poziom zarobków? Pan jako wykładowca akademicki z SGH jest zapewne najlepszym źródłem informacji na ten temat.
Andrzej Sobczak: To pytanie słyszę regularnie od moich studentów, więc pozwolę sobie odpowiedzieć dość obszernie, bo temat jest zbyt ważny na uproszczenia. Zacznijmy od tego, co obserwujemy już dziś. Według najnowszych danych, ponad 40% juniorów przyznaje się do wdrażania kodu wygenerowanego przez AI, którego w pełni nie rozumieją. To niepokojąca statystyka, która sygnalizuje realne ryzyko – nie dla AI, lecz dla tych programistów. Jednocześnie 92% amerykańskich deweloperów korzysta z narzędzi AI codziennie. Technologia weszła do mainstreamu i nie ma odwrotu.
Czy to oznacza koniec zawodu programisty? Absolutnie nie. Ale oznacza fundamentalną zmianę tego, za co programiści będą wynagradzani. Spada wartość umiejętności „klepania kodu” – mechanicznego przekładania specyfikacji na linie programu. To właśnie tę pracę AI wykonuje coraz lepiej. Natomiast rośnie wartość kompetencji, których AI nie zastąpi – i tu dochodzimy do sedna mojej odpowiedzi.
Po pierwsze: wiedza domenowa, czyli biznesowa. AI wygeneruje kod, ale nie powie Ci, czy rozwiązujesz właściwy problem. Czy ta funkcjonalność rzeczywiście jest potrzebna klientom? Czy proces biznesowy, który automatyzujesz, w ogóle ma sens w obecnej formie? Programista, który rozumie branżę, w której pracuje – czy to finanse, logistyka, medycyna, czy produkcja – będzie nieporównanie cenniejszy niż ten, który tylko koduje według instrukcji. Paradoksalnie, im więcej AI w wytwarzaniu oprogramowania, tym większa wartość ludzi, którzy rozumieją, co i dlaczego budować.
Po drugie: zarządzanie zmianą w organizacji. Wdrożenie systemu informatycznego to w 30% technologia i w 70% ludzie. Opór przed zmianą, szkolenia, przekonywanie interesariuszy, zarządzanie oczekiwaniami – tego AI nie zrobi. Specjalista IT, który potrafi przeprowadzić organizację przez transformację cyfrową, będzie na wagę złota.
Po trzecie: umiejętności komunikacyjne. Brzmi banalnie, ale obserwuję to codziennie: świetni technicznie ludzie, którzy nie potrafią wytłumaczyć zarządowi, dlaczego projekt wymaga dodatkowych trzech miesięcy. Albo nie potrafią zebrać wymagań od użytkowników, bo nie umieją słuchać. Vibe coding tylko zwiększa znaczenie tej kompetencji – bo teraz musisz precyzyjnie komunikować się nie tylko z ludźmi, ale i z AI.
Po czwarte: wiedza o architekturze systemów i zasadach dobrego programowania. To jest absolutnie kluczowe i często niedoceniane przez osoby zafascynowane vibe codingiem. Rozumienie wzorców projektowych, zasad SOLID, architektury mikroserwisów, kwestii skalowalności i bezpieczeństwa – to fundament, który pozwala ocenić, czy kod wygenerowany przez AI jest dobry, czy jest tykającą bombą. Programista bez tej wiedzy jest jak redaktor, który nie zna gramatyki – może coś napisać, ale nie odróżni poprawnego tekstu od błędnego.
Moja rada dla młodych ludzi jest więc następująca: tak, idźcie na studia informatyczne, ale nie po to, żeby nauczyć się składni Pythona – tę składnię AI zna lepiej niż wy kiedykolwiek będziecie. Idźcie po to, żeby zrozumieć fundamenty: algorytmikę, struktury danych, architekturę systemów, inżynierię oprogramowania jako dyscyplinę. Równolegle rozwijajcie wiedzę biznesową i umiejętności miękkie. Ta kombinacja – głębokiego rozumienia technologii z biznesową i ludzką wrażliwością – będzie przepustką do kariery w świecie, gdzie AI pisze kod, ale to ludzie wciąż decydują, co warto zbudować.
Co do zarobków – spodziewam się polaryzacji. Specjaliści łączący kompetencje techniczne z biznesowymi będą zarabiać więcej niż kiedykolwiek. Natomiast „klepacze kodu” bez głębszych kompetencji – ci rzeczywiście mogą odczuć presję na wynagrodzenia. Rynek nie zniknie, ale się przeformułuje. I ci, którzy zainwestują w odpowiednie kompetencje dziś, będą beneficjentami tej zmiany, a nie jej ofiarami.
Dziękuję za rozmowę.
—————————–
CZYTAJ TEŻ:

———————————-
ZAPISZ SIĘ NA NASZE NEWSLETTERY:
>>> W każdy weekend sam Samcik podsumowuje tydzień wokół Twojego portfela. Co wydarzenia ostatnich dni oznaczają dla Twoich pieniędzy? Jakie powinieneś wyciągnąć wnioski dla oszczędności? Kliknij i się zapisz.
>>> Newsletter „Subiektywnie o Świ(e)cie i Technologiach” będziesz dostawać na swoją skrzynkę e-mail w każdy czwartek bladym świtem. Będzie to podsumowanie najważniejszych rzeczy, o których musisz wiedzieć ze świata wielkich finansów, banków centralnych, najpotężniejszych korporacji oraz nowych technologii. Kliknij i się zapisz.
———————————
zdjęcie tytułowe: Pixabay















