Byk w zagrodzie, czyli fatalne wyniki inwestycji w akcje giełdowych debiutantów. Wchodzą, by „ubrać” inwestorów w przewartościowane akcje?

Byk w zagrodzie, czyli fatalne wyniki inwestycji w akcje giełdowych debiutantów. Wchodzą, by „ubrać” inwestorów w przewartościowane akcje?

Na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie nastroje dość ponure. Stojący w holu głównym byk symbolizujący hossę trafił do kąta, smętnie ogrodzony barierką. Ciężko znaleźć dobry argument za tym, że w najbliższym czasie sytuacja miałaby się poprawić. Katastrofalnie wygląda zwłaszcza statystyka inwestycji w spółki, które ostatnio zadebiutowały na giełdzie. Ich wyniki są jeszcze gorsze niż średnia rynkowa. Czy na giełdę spółki wchodziły tylko po to, żeby „ubrać” drobnych inwestorów w przewartościowane akcje?

Ostatnich miesięcy warszawska giełda nie może zaliczyć do udanych. Właściwie ostatnich lat też nie za bardzo. WIG20, czyli indeks największych i najpłynniejszych spółek, od dekady porusza się w granicach 1500-2500 punktów (ostatnio zbliża się do dolnych widełek). To oznacza plus-minus 25% od środka przedziału. Całe pokolenie inwestorów nie widziało ani porządnej hossy, ani wyraźnej bessy.

Zobacz również:

Trochę lepiej radziły sobie wskaźniki średnich i małych spółek, które w zeszłym roku nieco poprawiły historyczne maksima – by za chwilę zwalić się o ponad 20%. W tej chwili indeksy są gdzieś znowu w przeciętności.

Fatalne wyniki inwestycji w akcje giełdowych debiutantów

Nie ma się więc co dziwić, że obroty także zdechły. Wiadomo, że zmienność przyciąga handlujących, więc okres pandemii był pod tym względem dla naszej giełdy korzystny. Średnia wartość dziennego handlu regularnie przekraczała 1 mld zł, co przed 2020 r. bywało raczej wyjątkiem. Marzec 2022 r. był rekordowy – 44 mld zł obrotów akcjami przez cały miesiąc, czyli średnio 1,9 mld zł na sesję. Ale dwa miesiące później było już prawie o połowę mniej.

Nędza panuje także na rynku IPO. Ostatni debiut z prawdziwego zdarzenia, czyli połączony z ofertą akcji, a nie tylko polegający na przeniesieniu notowań z NewConnect na parkiet główny, odbył się pół roku temu – w grudniu 2021 r.

Z danych KNF wynika, że na koniec marca aktywnych postępowań prospektowych było 13, jeśli chodzi o ofertę akcji spółek, które nie są notowane na rynku regulowanym. W całym zeszłym roku było 12 debiutów na GPW (i 4 przejścia z NewConnect). Szanse na pobicie wyniku są zatem mizerne – mało prawdopodobne jest, żeby wszystkie te postępowania zakończyły się pozytywnie, żeby żadna ze spółek się nie wycofała i na akcje każdej znaleźli się chętni.

Dlaczego? Bo ostatnie IPO nie dały za wiele zarobić. Z 12 spółek, które zadebiutowały w zeszłym roku, akcje tylko jednej są obecnie powyżej ceny emisyjnej: Big Cheese Studio. Do niedawna w tym zaszczytnym gronie było jeszcze Pepco, ale to już nieaktualne. Pozostałe spółki ciążą na portfelach tych inwestorów, którzy ciągle w nie wierzą. I przy takiej niechlubnej serii każdy zada sobie pytanie: czy inwestować na GPW w debiuty, skoro większość przynosi straty?

Wagoniki są, ale nie ma lokomotywy

Wśród notowanych obecnie spółek brakuje „lokomotyw”, które mogłyby pociągnąć całe indeksy. A więc jest to kwestia nawet nie tego, czy inwestować na GPW, ale w co? I tu ciężko znaleźć jakiś ciekawy sektor.

Teoretycznie banki powinny zyskiwać na podwyżkach stóp procentowych. Pisaliśmy dużo o tym, że dzięki wysokiemu WIBOR-owi kasują one kredytobiorców na coraz wyższe raty, a jednocześnie bardzo niechętnie podnoszą oprocentowanie depozytów. Zyski powinny więc rosnąć, a wraz z nimi notowania, prawda?

Po części się to zgadza. Przez cztery miesiące tego roku sektor bankowy zarobił na czysto 9,2 mld zł, czyli więcej niż w całym ubiegłym roku. I notowania banków rzeczywiście szły w górę w drugiej połowie zeszłego roku. Jednak giełda wycenia przyszłość, a na banki spadają coraz to nowe obciążenia – w najbliższych latach może to być 80-100 mld zł. Od początku tego roku indeks WIG-Banki jest na prawie 30% minusie.

Z kolei branża, która przez kilka lat błyszczała, teraz całkowicie zgasła. O czym mowa? O grach wideo, oczywiście. Fatalna premiera gry Cyberpunk 2077 wydanej przez nasz „skarb narodowy”, czyli CD Projekt, była brutalnym przebudzeniem z pięknego snu. Spółka, która przejściowo była największą z polskich firm notowanych na GPW pod względem kapitalizacji, straciła przez półtora roku trzy czwarte swojej wyceny. Sentyment do pozostałych producentów gier, którzy na fali gamingowej hossy weszli na giełdę, zdecydowanie się załamał.

Czytaj też: Dzieje się w gamingu! Za nami najgorszy rok w historii polskich producentów gier. Czy już czas na odbicie? Czy warto kupować akcje przecenionych spółek?

Wysokie ceny surowców mogłyby sprzyjać firmom wydobywającym węgiel, ropę czy miedź. Ale w Polsce jest to sektor w przeważającej mierze pod kontrolą Skarbu Państwa. A rząd ma dużo różnych planów wobec swoich spółek – niekoniecznie związanych z generowaniem wartości dla mniejszościowych akcjonariuszy.

Czasy bardzo wysokiej inflacji i zmniejszającej się dramatycznie siły nabywczej konsumentów nie są najlepsze dla sektora handlu detalicznego. Do pewnego momentu rosnące ceny z pewnością cieszyły branżę odzieżową albo sieci marketów, jednak jest granica, której przekroczenie oznacza więcej kłopotów niż korzyści.

Gdzie szukać nadziei? Jakich jaskółek wypatrywać?

Giełda w swoim najbardziej podstawowym schemacie jest grą popytu i podaży. Jest takie popularne powiedzonko, że gdy indeksy spadają, to mamy „więcej sprzedających niż kupujących”. To nie ma oczywiście sensu, bo przecież zawsze transakcja ma dwie strony, ale wydźwięk jest jasny. Jeśli komuś bardzo zależy na pozbyciu się jakichś akcji, to musi zachęcić nabywcę odpowiednio niską ceną.

Do tego, by na GPW wróciły wzrosty, trzeba więc znaleźć więcej inwestorów, którzy będą zdeterminowani, by akcje kupować. Jak to zrobić?

Zagraniczne fundusze inwestycyjne uciekły z Polski – i innych rynków wschodzących – ze względu na gwałtowny wzrost ryzyka geopolitycznego. Pod tym zwrotem kryje się rzecz jasna barbarzyńska napaść Rosji na Ukrainę. Nie wiadomo, co się będzie działo? Lepiej mieć w portfelu więcej bezpieczniejszych aktywów, jak np. amerykańskich obligacji.

Nie pomaga także to, co dla reszty świata oznacza ta wojna. A oznacza prawdopodobnie silne spowolnienie wzrostu, długą i wysoką inflację, wysokie stopy procentowe i generalnie mniej pieniądza w obrocie. To nie zachęca do inwestycji na rynkach, które znajdują się niekomfortowo blisko od strefy działań wojennych.

Dopóki więc bomby spadają na Ukrainę, dopóty nie ma co liczyć na masowy powrót zagranicznych inwestorów na nasz rynek. Również zacieśnianie polityki przez amerykańską Rezerwę Federalną skłania raczej do trzymania pieniędzy w dolarach.

To może gracze krajowi coś pomogą? Tylko kto może liczyć na nowe pieniądze do wydania? Z polskich TFI klienci wycofują swoje środki, widząc ujemne stopy wzrostu. Może nie świadczy to najlepiej o naszej edukacji inwestorskiej – mówił o tym w naszym podcaście Michał Duniec, prezes fimy Analizy Online – ale taka jest rzeczywistość. Dopiero gdy fundusze akcyjne zaczną pokazywać zyski, indywidualni inwestorzy pomyślą o kupowaniu ich jednostek. Koło się zamyka – bez wzrostów nie ma nowych pieniędzy, bez nowych pieniędzy nie ma wzrostów.

Czy PPK mogłyby uratować giełdę?

Jest jednak jedna kategoria funduszy, która notuje ciągłe napływy. Jaka? To PPK. Ci, którzy się na tę formę oszczędzania zdecydowali, regularnie co miesiąc przesyłają na swoje rachunki część pensji, więc zarządzający regularnie co miesiąc dokupują akcji i obligacji w imieniu klientów.

I w krótkim, i w długim terminie naszemu rynkowi finansowemu nie zaszkodziłoby zwiększenie partycypacji w PPK. Nawet jeśli PPK nie są produktem idealnym, to dla przeciętnego człowieka ciężko znaleźć lepszy produkt inwestycyjny. Rząd interweniuje już w tak wielu aspektach gospodarki, że aż prosi się o dorzucenie jakiegoś bonusu dla uczestników i skoordynowanie akcji edukacyjnej i promocyjnej razem z TFI.

Najważniejsze jednak byłyby debiuty nowych, znanych spółek. Ale nie takie jak w ostatnich latach, gdy giełda służyła akcjonariuszom spółek wchodzących na parkiet jako „droga ewakuacyjna”: skoro już nikt nie chciał odkupić od nich udziałów, to przygotowywali prospekt emisyjny, sprzedawali akcje na giełdzie i „ubierali” w przewartościowane papiery drobnych ciułaczy. Nie tak to powinno wyglądać.

Na zdjęciu byk w holu głównym budynku GPW

Subscribe
Powiadom o
6 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
bbt
3 miesięcy temu

panstwo już nic nie prywatyzuje przez giełde,
także na zyski po debiucie nie ma co liczyc 😉

Marcin Staly Czytelnik
3 miesięcy temu

Na gpw rzeź. W USA rzeź. Coraz bliżej czas zakupow i budowania bogactwa 🙂

Adam S.
2 miesięcy temu

I to jest właściwe podejście a nie panikarskie 🙂

trigo
3 miesięcy temu

Mnie fascynowało to jak TFI dobierają te debiuty do portfeli funduszy. Allegro rozeszło się jak świeże bułeczki. Co z tego wyszło każdy wie. Nawet przy założeniu że fundusze dostały te akcji znacznie taniej to i tak wtopa niesamowita. Podobnie z innymi IPO, które lądowały w funduszach i potem traciły na wartosci.

Adam S.
2 miesięcy temu
Reply to  trigo

Niektórzy muszą dobierać. Trzeba czytać prospekty funduszy.

Adam S.
2 miesięcy temu

Szukać nadziei zawsze należy w Panu!

PAN będzie cię strzegł od wszelkiego zła;
on będzie strzegł twojej duszy.
PAN będzie strzegł twego wyjścia
i przyjścia, odtąd aż na wieki.
Księga Psalmów 121:7-8

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!