W bankach jak grzyby po deszczu wyrastają oferty ekokredytów. Czym się różnią od zwykłych pożyczek gotówkowych? Sprawdzam, czy warto skorzystać z opcji dedykowanego finansowania na zielone inwestycje. I czym się kierować przy wyborze takiego kredytu?
O tym, że zielona energia się opłaca, nie trzeba nikogo przekonywać. Niedawno opublikowaliśmy na „Subiektywnie…” artykuł ze zdjęciem faktury, na której widać czarno na białym, jak zmieniły się rachunki za prąd po zainstalowaniu paneli słonecznych. Nawet niedowiarkowie byli w szoku. I nie bez powodu. Miesięczne opłaty spadły z 250 zł do 23 zł.
- Wymarzony moment, żeby inwestować w fundusze obligacji? Podcast z Pawłem Mizerskim [POWERED BY UNIQA TFI]
- Nowe funkcje terminali płatniczych. Jak biometria zmieni świat naszych zakupów? [POWERED BY FISERV]
- BaseModel.ai od BNP Paribas: najbardziej zaawansowana odsłona sztucznej inteligencji we współczesnej bankowości!? [POWERED BY BNP PARIBAS]
„To robi wrażenie, ale skąd wezmę kilkanaście tysięcy złotych na inwestycję?” – pytają zgodnym chórem nieprzekonani. I dodają: „żeby spadły rachunki za ogrzewanie, dom trzeba docieplić, wymienić okna, no i wyrzucić piec węglowy. To są ogromne koszty”
Skąd wziąć pieniądze na ich pokrycie? Odpowiedź jest wielowymiarowa. Dostępnych jest już kilka programów, które pomagają sfinansować instalacje fotowoltaiczne, wymianę ogrzewania z węglowego na czyste, gazowe, czy na docieplenie budynku. Ale trudno znaleźć taki miks dotacji, który pozwoliłby sfinansować 100% wydatków, zawsze jest jakiś „wkład własny”, który trzeba pokryć z własnej kieszeni.
Jeden z naszych czytelników policzył, że gdyby chciał kupić i umieścić w domu instalację fotowoltaiczną za 17.000 zł, to 5.000 zł dostanie od rządu z programu „Mój Prąd”, 3.690 zł odliczy sobie od podatku, ale ciągle zostaje 8.130 zł, które musi mieć. Skąd je wziąć? Albo się ma własne oszczędności, albo idzie się po brakującą kwotę do banku. Od jakiegoś czasu do banku można iść po specjalne, „zielone” pieniądze na inwestycje, czyli po ekopożyczkę. Czy warto?
Zielona energia? W badaniach jesteśmy „za”. A w domu?
Europejski Bank Inwestycyjny (czyli bank Unii Europejskiej, powołany do finansowania największych wspólnotowych projektów) sprawdza poziom zaangażowania obywateli UE w sprawy klimatu. Polacy wypadają w badaniu coraz lepiej. W najnowszej, opublikowanej w styczniu edycji 51% ankietowanych Polaków twierdzi, że chce korzystać z usług dostawców zielonej energii.
A według badania IBRiS-u z jesieni ub.r. już 65% z nas odpowiadało, że byłoby skłonnych ponieść dodatkowe koszty po to, aby zmniejszyć oddziaływanie na zmiany klimatu. Wyniki są budujące, ale – jak wiemy – deklaracje nic nie kosztują. Potem przychodzi czas ich realizacji, a w tej dziedzinie ciągle króluje rachunek ekonomiczny. Na szczęście, dzięki spadkowi kosztów i zwiększonemu dostępu do kapitału, ekonomia idzie w parze z ekologią. Dowód?
Polska jest być może już na czwartym miejscu w UE pod względem rocznych przyrostów nowych mocy fotowoltaicznych. I główna w tym zasługa drobnych inwestorów, czyli zwykłych Kowalskich, którzy montują na dachach swoich domów elektrownie słoneczne. Na koniec ub.r. takich pionierów było już 100.000. W tym roku przybędzie zapewne drugie tyle.
Mimo, że zielone kredyty dotyczą różnych przedsięwzięć i inwestycji, to siłą napędową rynku będą wydatki na fotowoltaikę. Wartość tego typu inwestycji to już ok. 4 mld zł. Tak przynajmniej szacuje renomowany Instytut Energetyki Odnawialnej.
Bez dawców kapitału rozwój zielonej i bezsmogowej energii (gaz, pompy ciepła, samochody i skutery elektryczne) nie byłby możliwy. W maju miną dwa lata od kiedy pierwszy przejrzeliśmy się ofercie ekokredytów. Wtedy sektor bankowy nie miał się za bardzo czym pochwalić. Wysokie prowizje, kiepskie warunki – więcej było w tym marketingu, niż wartości dodanej dla klienta. Ale od tamtego czasu sporo się zmieniło. Dziś ofertę „eko” mają największe banki. I to nie najgorszą.
Pada nas nas zielony deszcz pieniędzy. Czy warto łapać tę deszczówkę?
Oferty banków są trudne do porównywania między sobą. Jedyną klamrą spajającą jest fakt, że mają w nazwie „eko”. Na czym polegają różnice?
Po pierwsze – cel pożyczki. W przypadku ekopożyczek cel inwestycji musi być ściśle określony. I dzięki temu łatwiej jest przejść przez scoring, a okres spłacania rat może być dłuższy, niż przy zwykłej pożyczce gotówkowej. Choć przy tak długim okresie spłaty bank może wymagać dodatkowego zabezpieczenia (o ile również kwota kredytu jest wysoka).
BOŚ Bank oferuje „Pożyczkę Przejrzystą” do 100.000 zł na docieplenie, źródło ogrzewania lub zakup paliwa do ogrzewania. W PKO BP mają „Ekokredyt” do 50.000 zł na fotowoltaikę. Podobnie w BNP Paribas – również pożyczą na fotowoltaikę i to do 60.000 zł (w tym banku pożyczki są dostępne we współpracy z określonymi dostawcami sprzętu). Swoich ekokredytów nie mają już Eurobank i Alior Bank (a miały).
W Pekao, który właśnie wystartował z ekokredytem, możliwości finansowania jest sporo: jest to fotowoltaika, źródło ogrzewania, termomodernizacja, a nawet sfinansowanie samochodu elektrycznego lub hybrydowego albo skutera – oczywiście „elektryka”. Podobnie szeroką ofertę „przedsięwzięć”, które można sfinansować specjalnym ekokredytem ma ING.
——————————————
ZAPROSZENIE:
Instalacja paneli fotowoltaicznych na dachu, kupno elektrycznego samochodu, wymiana węglowego kotła centralnego ogrzewania, instalacja w domu pompy ciepła, wymiana okien i drzwi: wszystkie te cele można zrealizować z nową pożyczką Banku Pekao. Z jej preferencyjnych warunków może skorzystać każdy, nie tylko dotychczasowi klienci. Decydując się na ofertę banku, można otrzymać od 5.000 zł do 50.000 zł pod warunkiem, że co najmniej 80% tej kwoty przeznaczone zostanie na zakup lub instalację jednego z poniższych celów ekologicznych:
- odnawialnych źródeł energii: kolektorów słonecznych, paneli/ogniw fotowoltaicznych,
- kotłów centralnego ogrzewania (z wykluczeniem kotłów węglowych),
- pomp ciepła,
- okien, drzwi i materiałów do ocieplenia domu,
- samochodów osobowych z napędem elektrycznym lub hybrydowym oraz motocykli i skuterów z napędem elektrycznym.
Szczegóły „pekaowskiej” propozycji znajdziecie pod tym linkiem. Do końca czerwca nie ma prowizji za udzielenie kredytu, a RRSO dla reprezentatywnego przekładu wynosi 8,3%.
——————————————
Bank sprawdzi, czy pieniądze poszły na zbożny cel
Banki, udzielając nam ekopożyczki, nie robią tego na ładne oczy – oprócz standardowego sprawdzenia zdolności kredytowej będziemy musieli udokumentować zakup albo poniesioną inwestycję (np. przedstawiając fakturę/paragon). Dobra wiadomość jest taka, że preferencyjna pożyczka nie musi być w całości przeznaczona na termomodernizację. Czasem (tak jest w Pekao) do 80% może być przeznaczone na cele eko, a reszta – na cel dowolny. W PKO BP – 85%, a w ING – całość.
Oprocentowanie – zawsze jest poniżej 10%, ale nie ta wartość powinna nas obchodzić najbardziej. Prawdziwy koszt pożyczki banki upychają gdzie indziej. Zwykle w prowizji i w dodatkowym ubezpieczeniu. Bywa, że niektóre instytucje biorą – oprócz standardowej prowizji – także opłatą przygotowawczą – 2% już za samo rozpatrzenie wniosku. Zdarza się, że banki, pod pewnymi warunkami, obiecują pobrane prowizje zwrócić.
Ubezpieczenie. Ubezpieczenia dołączane do kredytu dają poduszkę finansową w sytuacji wypadku losowego: śmierci kredytobiorcy, czy utraty pracy. Czasem mogą się przydać, czasem nie. Ale zawsze są dla banku źródeł dodatkowej marży, która podnosi koszt pożyczki. W przypadku kredytów eko sytuacja jest inna. W zamian za preferencyjne warunki bank, może zobowiązać nas do ubezpieczenia tego, co kupujemy – głównie fotowoltaiki, która jest narażona na gradobicie, czy zerwanie przez porywy wiatru. Akurat w tym przypadku takie doubezpieczenie nie jest głupim pomysłem, bo w razie nieszczęścia zostaniemy z kredytem i bez sprzętu. Ale uwaga – dołożenie ubezpieczenia powoduje, że koszty pożyczki rosną do wartości dwucyfrowych.
Dodatkowe warunki. Przy okazji udzielenia kredytu bank może żądać założenia konta i zobowiązać nas do zasilania tego ROR-u określoną kwotą (nie jest to standard, ale wciąż się zdarza, czasem oferta „z kontem” ma niższe oprocentowanie lub prowizję). Warto szukać takich ofert, które nie stawiają dodatkowych warunków.
Podsumowując – ekokredyt niejedno ma imię. Nie w każdym banku można dostać od ręki 50.000-60.000 zł, a tyle mogą nas kosztować ekoinwestycje. Ale z drugiej strony bank przychylniej spojrzy na nasz wniosek jeśli zobowiążemy się przeznaczyć pieniądze na konkretny cel. Jeśli trafimy na promocję, możemy ściąć koszty prowizji do zera i uzyskać względnie tani kredyt na wiele lat. Co wybrać? Wszystko zależy od potrzeb, ale nie jest już tak, jak dwa lata temu, kiedy kredy gotówkowe wydawały się prostszym rozwiązaniem.
————————————————–
Artykuł powstał w ramach nowej rubryki tematycznej „Co słychać?”, której Partnerem jest m.in. Bank Pekao
źródło zdjęcia: PixaBay