Lubimy dodatkowe dni wolne od pracy poza „normalnymi” weekendami. A jeśli kalendarz sprzyja i tworzą się tzw. długie weekendy, to… marzenie. Choć wkrótce staniemy się 20. największą gospodarką świata, to wciąż słychać nawoływania przedsiębiorców, że mamy za dużo wolnych dni w roku. Niewykluczone, że coś w tym jest, bo nawet w jednym z najbardziej socjalnych krajów na świecie doszli ostatnio do wniosku, że z tymi wolnymi dniami trochę przegięli. I chcą… likwidować święta. My też powinniśmy?
Dla gospodarki jako całości każdy dzień roboczy jest ważny. Niektóre wskaźniki makroekonomiczne pokazujące dynamikę produkcji czy wzrostu gospodarczego uwzględniają liczbę dni wolnych od pracy, bo jeśli w statystyce pojawia się choćby jeden dodatkowy dzień wolny od pracy, od razu widoczna jest spora różnica w danych. Jeśli trafi się nietypowy miesiąc z dłuższym weekendem lub kumulacją dni świątecznych, trzeba dane wyrównywać, żeby stanowiły poprawny materiał do analizy.
- Osiem najważniejszych dylematów inwestycyjnych na najbliższą dekadę [POWERED BY CITIBANK HANDLOWY]
- Agenci AI, czyli rewolucja. Nie tylko w zakupach, ale też w płatnościach. Jak to zmienia przyszłość handlu? [POWERED BY VISA]
- Które spółki z branży oprogramowania nie przegrają z AI? Analitycy zrobili stress-testy. Czy po spadku wartości o 30% są już okazje inwestycyjne? [POWERED BY SAXOBANK]
A gdyby tak ograniczyć liczbę dni wolnych? Tego chce francuski premier François Bayrou, który w ramach oszczędności budżetowych zaproponował odjęcie z kalendarza dwóch dni świątecznych. Co na to Francuzi? No jak to Francuzi – nie chcą dłużej pracować, bo są na takim poziomie zamożności, że doceniają dni wolne i czas poświęcany na sprawy inne niż praca. Zresztą oni akurat mają argumenty – mogą pochwalić się bardzo wysoką wydajnością pracy, jedną z najwyższych w Unii Europejskiej.
Czy w Polsce taka propozycja byłaby przyjęta lepiej? Od wielu lat idziemy raczej w odmiennym kierunku. Dodajemy kolejne dni wolne, mimo ostrzeżeń ekonomistów, że to nas zuboży. Ostatni dodany dzień świąteczny to Święto Trzech Króli, którym cieszymy się od 2011 r. To święto funkcjonowało wcześniej do 1960 r., kiedy zostało usunięte. A ponieważ przypada 6 stycznia, to robi nam się piękny okres świąteczny trwający od 24 grudnia do 6 stycznia. W przyszłym roku dojdzie wolna Wigilia Bożego Narodzenia.
Czy przypadkiem nie powinniśmy wziąć przykładu z Francuzów? „Polacy są jednym z najbardziej przepracowanych narodów w Europie” – powiedzą krytycy cięcia liczby wolnych dni. „Mamy chyba najwięcej świąt w Europie, a pod względem wydajności pracy orłami nie jesteśmy” – powiedzą zwolennicy zmniejszenia liczby wolnych dni. Kto ma więcej racji?
Polska i Francja na jednym wózku. Francuzi chcą ciąć dni wolne!
Po propozycji premiera Francji rozległy się w tym pięknym kraju głosy: Jak to, naprawdę mamy aż tak wiele świąt państwowych i kościelnych? Ile takich świąt jest w innych krajach? Czy sytuacja gospodarcza jest już tak zła, żeby odbierać społeczeństwu takie niezbywalne zdobycze jak wolne dni usankcjonowane często setkami lat tradycji i regulacji państwowych?
François Bayrou wspomniał o potencjalnej likwidacji dwóch świąt – 8 maja (na pamiątkę pokonania hitlerowskich Niemiec w 1945 r.) i Poniedziałku Wielkanocnego. Oficjalny argument: konieczna jest poprawa sytuacji finansowej kraju, który zmaga się z coraz większymi deficytami budżetowymi i dynamicznie rosnącym długiem publicznym. Podobnie jak Polska, Francja od dwóch lat pozostaje w unijnej procedurze nadmiernego deficytu i powinna ograniczać swoje wydatki, by zmniejszać dziurę budżetową. Problem w tym, że jest to bardzo trudne, a dużych cięć wydatków nie akceptuje francuskie społeczeństwo.
W Polsce, mimo tego że też znaleźliśmy się w unijnej procedurze oszczędnościowej, wcale nie oszczędzamy. Nie zanotowaliśmy żadnej nadwyżki budżetowej przez ostatnie 35 lat, a deficyty budżetowe ostatnich dwóch lat są rekordowe w skali historii naszej gospodarki rynkowej po 1989 r. Tegoroczny deficyt to będzie już oszałamiająca kwota niemal 300 mld zł. Równie dynamicznie rośnie dług publiczny, który w tym roku może osiągnąć konstytucyjny (i unijny) limit 60% PKB. Jesteśmy zadłużeni na 2 biliony złotych i płacimy od tego 60-80 mld zł odsetek rocznie. Co dalej?
Takie samo pytanie musiał sobie zadać premier Francji. Francja co prawda już dawno przekroczyła próg zadłużenia 60% PKB, a nawet poziom 100% PKB i „cieszy się” teraz zadłużeniem na poziomie ok. 116% PKB (porównywalnym do długu USA), ale – w odróżnieniu od Polski – ma znacznie niższe koszty obsługi zadłużenia, czyli niższe rentowności obligacji skarbowych. A więc proporcjonalnie mniej wydaje na odsetki od pożyczonych na rynkach finansowych pieniędzy. Gdyby musiała płacić tyle co Polska… musiałaby na oślep ciąć różne wydatki, co wiązałoby się prawdopodobnie z dużym społecznym niezadowoleniem.
Obecnie rentowność 10-letnich obligacji francuskich wynosi ok. 3,3–3,4%, a polskich jakieś 5,5% (ale dwa lata temu było to ponad 8%). Rentowności obligacji polskich są bardzo niestabilne i potrafią mocno się wahać, co wpływa na duże obciążenie finansów publicznych kosztami obsługi długu. Rentowności długu francuskiego są raczej stabilne i nawet w czasie bardzo wysokiej inflacji 2–3 lata temu nigdy nie przekroczyły poziomu 3,5%. Przez wiele lat rentowność francuskiego długu wynosiła jednak poniżej 1% lub była wręcz ujemna w latach 2019–2021. To zachęcało rząd do zadłużania.
Tzw. luźna polityka fiskalna prowadzona przez wiele lat ma jednak swoje granice, nawet w tak stabilnym i niezwykle bogatym kraju. Francja na tle innych krajów strefy euro ma całkiem wysokie koszty obsługi zadłużenia. Daje o sobie znać napięta sytuacja budżetowa, która powoduje, że zaufanie rynków finansowych jest nieco mniejsze niż jeszcze przed wielkim kryzysem finansowym z lat 2008–2009 czy przed pandemią. Widać to również po ocenach ryzyka kredytowego najważniejszych agencji ratingowych. Francuski dług jest droższy niż np. hiszpański czy portugalski.
Ale jednak znacznie tańszy niż polski. Francja jest w koszyku najbardziej rozwiniętych gospodarek świata, Polska wciąż w grupie rynków wschodzących, czyli bardziej ryzykownych, więc ze strukturalnie wyższymi poziomami oprocentowania długu. Na grafice poniżej widać, że Polska i Francja to kraje jadące praktycznie na tym samym unijnym wózku… dynamicznego zadłużania się. Skala deficytów obu krajów jest bardzo duża i zamiast słabnąć ze względu na unijne procedury nadmiernego deficytu, rośnie. „Lepsza” pod tym względem jest tylko Rumunia, ale ona ma nieco niższy poziom długu publicznego – 55% PKB.

Dni wolne to świętość?
Po ogłoszeniu przez François Bayrou możliwej likwidacji dwóch świąt opozycja zarówno lewicowa, z Jeanem-Lucem Mélenchonem (LFI), jak i skrajnie prawicowa, z Jordanem Bardellą (RN), wyjątkowo zgodnie i błyskawicznie sprzeciwiła się temu pomysłowi. Cięcia kosztów? Impuls dla wyższego wzrostu gospodarczego? Tak, ale nie kosztem dni wolnych od pracy i zamachu na prawa pracownicze. Plany zostały zakwestionowane przez Sophie Binet, sekretarz generalną CGT (Francuskiej Generalnej Konfederacji Pracy). Czy w takim razie pomysł ma jakiekolwiek szanse powodzenia?
Prawdopodobnie wielkich szans nie ma. Zbyt duży jest opór społeczny. Problemem jest jednak to, że państwo potrzebuje reformy finansów publicznych, a najbardziej reformy państwowych wydatków. Te są od wielu lat za wysokie, a Francja – mimo że jest jednym z kilku najbogatszych państw świata – i tak żyje jeszcze ponad stan i wciąż ma braki finansowe. Za kłopoty budżetu francuskiego w dużej części odpowiadają bardzo wysokie wydatki na cele społeczne. Te wydatki rosły przez wiele powojennych dekad, kiedy Francja przezywała dynamiczny wzrost gospodarczy.
Niestety okres bardzo szybkiego wzrostu już się zakończył, a wydatki społeczne, które co roku trzeba waloryzować, żeby urealniać ich wysokość, pozostały. Jest też ogromny dług publiczny, bo duża część wydatków była ustanawiana na kredyt, na koszt kolejnych pokoleń. W czasach dynamicznego przyrostu budżetowych dochodów dług miał proporcjonalnie maleć w relacji do PKB, jednak przy słabszym wzroście, a taki notuje Francja w XXI w., relacja długu do PKB rośnie. Wydatki socjalne należą do najwyższych w Unii Europejskiej.
O tym pisałem tu: Francja miała demograficznego Świętego Graala. Dzietność nad Sekwaną była dumą rządzących, ale coś się psuje. Czerwony alert dla… polskiego rządu
Wielką próbą podreperowania francuskich finansów publicznych było podwyższenie wieku emerytalnego. Ta zmiana została przeprowadzona kilka lat temu przez prezydenta Emmanuela Macrona przy żywiołowym sprzeciwie społecznym połączonym z falą gwałtownych manifestacji na ulicach francuskich miast. Reforma „udała się” tylko dlatego, że prezydent był zdeterminowany do tego stopnia, że w procesie legislacyjnym postanowił pominąć… parlament i przeprowadzić zmiany przy użyciu własnego dekretu. Spowodowało to jednak duży spadek poparcia dla prezydenta i rządu, co widoczne jest do dziś.
O francuskiej reformie emerytalnej można przeczytać tu: Francuzi protestują, bo rząd chce im podnieść wiek emerytalny, ale na emeryturze spędzają… najwięcej czasu w Europie. Bo długo żyją! Jaki jest ich sekret?
Reforma emerytalna pokazała jednak, że państwo może przeprowadzić niepopularne zmiany, jednak rząd, który to robi, musi liczyć się z załamaniem poparcia społecznego. Taka sytuacja miała miejsce w Polsce. Reforma emerytalna wprowadzona przez poprzedni rząd PO-PSL w roku 2012 (podwyższenie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn do 67 lat) spowodowała gwałtowny spadek poparcia dla rządu, stała się jednym z głównych tematów kampanii wyborczej w roku 2015 i ostatecznie została odwrócona w roku 2017 przez rząd Zjednoczonej Prawicy.
We Francji udało się na razie zachować reformę, ale tylko dlatego, że po wyborach sprzed dwóch lat rząd wciąż pochodzi z politycznego centrum firmowanego przez prezydenta. Prawa i lewa strona francuskiego parlamentu obiecują, że kiedy tylko dojdą do samodzielnej władzy, natychmiast odwrócą wciąż kontestowane przez dużą część społeczeństwa podwyższenie wieku emerytalnego. Prawa pracownicze to świętość, a świętości nie wolno ruszać. A co z dniami wolnymi?
Ile tak naprawdę państwo oferuje i potrzebuje dni świątecznych?
Dni świąteczne wynikają z historii kraju i są nie tyle zdobyczą pracowniczą jak wolne soboty, ile efektem stuleci tradycji. Podobno w średniowiecznej Europie dni świątecznych wynikających ze świąt religijnych było tak dużo, że potrafiły przypadać niemal co tydzień. Nie było wtedy co prawda wolnych sobót, ale było wystarczająco dużo świąt kościelnych. Potem były one sukcesywnie zdejmowane z kalendarza, bo gospodarki potrzebowały rąk do pracy i coraz większej liczby dni roboczych. Jednak w tym samym czasie zaczęły wchodzić do kalendarza wolne soboty.
W Polsce fala likwidacji dni wolnych od pracy wynikających ze świąt religijnych nastąpiła w latach 50. i 60. XX w. Z kolei od lat 90. XX w. trwa proces odwrotny – przywracania niektórych zlikwidowanych świąt. W 1992 r. został przywrócony dzień wolny 15 sierpnia (Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny i jednocześnie Dzień Wojska Polskiego związany ze zwycięstwem w Bitwie Warszawskiej w 2020 r.). A całkiem niedawno, w roku 2011 został przywrócony dzień wolny w Święto Trzech Króli. Od tego roku będzie też wolna Wigilia.
Nie tylko święta kościelne powróciły w latach 90. XX w. Po upadku PRL do kalendarza powróciły dwa dni wolne związane z najważniejszymi wydarzeniami naszej historii. To święto Konstytucji 3 Maja oraz Dzień Niepodległości 11 Listopada. Zniknęło za to święto obchodzone w PRL – 22 lipca. Utrzymane zostało Święto Pracy 1 Maja, co daje polskim pracownikom nieustającą szansę na planowanie pierwszych dłuższych wyjazdów w ciągu roku dzięki długiemu weekendowi – Wielkiej Majówce.
W sumie pod koniec istnienia II Rzeczypospolitej w późnych latach 30. XX w. mieliśmy 15 dni wolnych (ale nie było oczywiście wolnych sobót), z czego większość to były święta religijne. W PRL w latach 60. XX w. było 12 dni wolnych od pracy (zlikwidowano 6 stycznia i 15 sierpnia oraz 3 maja i 11 listopada, wprowadzono za to 1 maja i 22 lipca). Obecnie jest 14 dni świątecznych (realnie 13 dni wolnych, bo Wielkanoc przypada zawsze w niedzielę) razem z nowym dniem wolnym od 2025 r. – Wigilią Bożego Narodzenia. Padają też propozycje dodania do tego zestawu jeszcze Wielkiego Piątku.
Włączenie Wigilii do dni wolnych od pracy może być z jednej strony ułatwieniem dla pracowników, zwłaszcza dla kobiet, które przygotowują tego dnia kolację wigilijną (tak brzmiał jeden z głównych argumentów pomysłodawców zmian w tym zakresie). Z drugiej strony, może to być dla gospodarki narodowej pewien problem. Spójrzmy na obecny rok. Wigilia przypada w środę, potem mamy dwa dni świąteczne w czwartek i piątek, a zaraz potem dwa dni weekendowe. W sumie 5 połączonych dni wolnych. To sporo. W kolejnym tygodniu czwartek jest znów wolny, bo to Nowy Rok. Potem – kolejny wtorek, bo to 6 stycznia. Dużo osób może skorzystać z okazji i wziąć wolne w piątek i poniedziałek. Biorąc dwa dni urlopu, uzyskujemy 6 dni wolnych.
Jeśli dzień świąteczny przypada w Polsce w niedzielę (w tym roku to Wielkanoc i Zielone Świątki 8 czerwca) pracownik nie otrzymuje żadnej rekompensaty. Jeśli jednak przypadnie w sobotę (w tym roku to 3 maja i 1 listopada), pracownikom przysługuje wolne w inny dzień roboczy. Jest to efekt wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 2012 r. Termin nowego dnia wolnego w dużych firmach i instytucjach ustala pracodawca. W mniejszych firmach może to być porozumienie między pracodawcą a pracownikiem wynikające z indywidualnych preferencji tego ostatniego.
Według Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) średnia globalna liczba rocznych świąt państwowych w krajach najbardziej rozwiniętych wynosi od 11 do 13 dni, więc Polska mieści się – prawie – w normie, z lekką górką. Jednak nie przesadźmy z tym wskaźnikiem, co daje dobry argument wszystkim zwolennikom dodawania do tego rejestru kolejnych dni.
W Unii Europejskiej Francja, z 11 świętami religijnymi i państwowymi jako dniami wolnymi od pracy, plasuje się nieco poniżej średniej. Gdyby plan Bayrou się zrealizował, Francja dołączyłaby do Danii, Niemiec i Holandii na ostatnich miejscach w rankingu z zaledwie dziewięcioma świętami państwowymi. Inni sąsiedzi Francji, Belgia i Włochy, mają odpowiednio 10 i 11 takich dni w roku. Z 15 dniami świątecznymi w europejskim rankingu prowadzi Cypr, tuż za nim są Bułgaria, Rumunia, Słowacja, Chorwacja, Malta i Hiszpania – po 14 dni.
Jednak kraje, które są rekordzistami w liczbie dni świątecznych, niekoniecznie oferują dużo płatnego urlopu. W Bułgarii, Rumunii i Chorwacji to 20 dni, w porównaniu do 25 we Francji. Jeśli więc spojrzymy na łączną liczbę dni wolnych od pracy (dni urlopowe i dni świąteczne), Francja z 36 dniami wyprzedza Cypr o jeden dzień. Najwięcej dni wolnych od pracy mają Malta i Hiszpania, z wynikiem 44 dni. Po odjęciu 2 dni Francja zostałaby bardziej w tyle z wynikiem 34 dni wolnych poza weekendami.
W reportażu telewizji publicznej TF1 dziennikarze przeprowadzili unijną sondę i spytali przechodniów, jak oceniają propozycje premiera. Opinie nie były aż tak negatywne, ale pod warunkiem że… odebranie tych dni byłoby dodatkowo płatne. Propozycja zakłada jednak utrzymanie wysokości wynagrodzeń, mimo statystycznie dodatkowych 2 dni przepracowanych w roku. Nie zawsze byłyby to dni w środku tygodnia, czasem 8 maja przypadłby w weekend. Jednak z oczywistych powodów taki kształt propozycji nie przypadł przechodzącym ulicami Nicei Francuzom do gustu.
W sondzie wzięli też udział restauratorzy i hotelarze, którzy obawiali się, że skasowanie dwóch dni wolnych negatywnie wpłynie na ich dochody. Dni wolne są często okazją do wyjścia na miasto w gronie rodziny czy znajomych, co wiąże się najczęściej ze zjedzeniem lunchu czy kolacji, a także do wyjazdów, a Francuzi najczęściej odbywają podróże po własnym kraju. Tym bardziej byłoby to dotkliwe, że trzeba by dodatkowo pracować o takiej porze roku, która najbardziej zachęca do spacerów i podróży.

Ile kosztują gospodarkę dni wolne?
Według francuskiego urzędu statystycznego INSEE każdy dzień wolny od pracy w dni powszednie powoduje stratę ok. 1,5 miliarda euro, czyli 0,06 punktu procentowego PKB Francji. W skali roku, jeśli podliczymy wszystkie dni wolne poza weekendami i urlopami, „ubytek” PKB można oszacować na niemal 7 mld euro. To nie jest co prawda strata, ale to mógłby być potencjalny zysk dla gospodarki, gdyby te dni były normalnymi dniami roboczymi. Czy każdy dzień jest sobie równy, jeśli chodzi o wagę w wypracowywanym potencjale gospodarczym? Niekoniecznie.
Wpływ świąt państwowych na gospodarkę różni się według francuskich statystyków w zależności od dnia, w którym przypada dane święto. Np. jeśli przypada na początku lub na końcu tygodnia, firmy mogą się łatwiej zorganizować, a straty są ograniczone. Jednak jeśli taki dzień wolny przypada na środek tygodnia, a tak było w tym roku we Francji 8 maja, to podobnie jak w Polsce taka sytuacja sprzyja pomostom – pracownicy wydłużają sobie czas wolny od pracy, a pracodawcy mogą odczuwać problemy z zapewnieniem ciągłości pracy. Cierpi na tym produktywność.
Trzeba jednak pamiętać, że problemy problemom są nierówne. Kłopoty z produktywnością dotyczą głównie sfery produkcyjnej, w tzw. wielkim przemyśle, który oparty jest na cyklach i liniach produkcyjnych oraz skomplikowanej i precyzyjnie odmierzonej logistyce dostaw części, podzespołów i realizacji zamówień. Sektor hotelarsko-gastronomiczny i oparty na udziale w kulturze i rozrywkach skorzysta na większej liczbie dni wolnych, ale pod warunkiem, że pracownicy tych branż związanych z czasem wolnym nie będą… świętować. Oni muszą być w pracy i trzeba im za to więcej zapłacić.
INSEE zwraca uwagę, że ogólnie konsekwencje świąt religijnych i państwowych nie są całkowicie negatywne. Takie dni stymulują konsumpcję w niektórych sektorach, zwłaszcza w turystyce i gastronomii. Francuzi wykorzystują długie weekendy, aby podróżować, jeść na mieście lub odwiedzać obiekty kulturalne. Według Związku Zawodowego Przemysłu Hotelarskiego (UMIH) sektory te odnotowują w tych okresach wzrost aktywności o 15–20%. Oczywiście pod warunkiem dobrej pogody.
Twarde dane to nie wszystko. Co np. z pozytywnym efektem większego dobrostanu ludzi w związku z tym, że dni spędzone w okresie świątecznym w relaksującej atmosferze z rodziną i znajomymi wpływają pozytywnie na zdrowie i samopoczucie? To również ważne aspekty gospodarcze, bo długofalowo wpływają na ograniczenie absencji w pracy z powodów zdrowotnych. INSEE podkreśla, że zachowanie równowagi między pracą a wypoczynkiem to także istotny składnik francuskiej kultury i nie da się Francuzów zapędzić do niewolniczej pracy.
W Polsce przez długi czas po transformacji gospodarki panował nieco inny model pracy. W mediach mieliśmy obrazki pozytywnych bohaterów, którzy poświęcali się dla pracy, a postawa pracoholika była tą, którą należało pochwalić. Dni wolne były marnotrawieniem czasu. Teraz już nieco inaczej podchodzimy do pracy. Polska wzmocniła swoją odporność gospodarczą, choć wciąż jest tzw. krajem na dorobku, więc – teoretycznie – powinniśmy pracować więcej niż Francuzi. Na pewno pracujemy dłużej w ciągu dnia, ale liczbę dni urlopu czy dni świątecznych mamy większą (we Francji 25 dni urlopu, w Polsce – 20 dni do 10 lat pracy, potem 26 dni).
W Polsce Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej szacuje, że w 2025 r., dni wolne (świąteczne) już razem z nowym dniem wolnym (Wigilią) odejmą od gospodarki kilkadziesiąt miliardów zł. Koszt dnia wolnego można oszacować na ok. 6–8 miliardów zł, z tym że w Wigilię dzień pracy był często skracany do ok. 6 godzin. Polski PKB ma wynieść w tym roku ok. 3,88 biliona zł. Trudno oczywiście traktować dzień świąteczny jako stratę, bo większość dni wolnych była od dawna i nie były one brane pod uwagę w rozwoju potencjału gospodarki. Relatywnie największy problem, jak to już opisywał INSEE, to potencjalne pomosty.
W związku z propozycją swojego premiera Francuzi masowo zainteresowali się tym, czy naprawdę mają aż tak dużo dni świątecznych na tle innych krajów UE. Poniżej grafika telewizji TF1 przygotowana w ramach debaty nad propozycją francuskiego premiera, która podsumowuje dni wolne. Po likwidacji dwóch dni Francja dołączyłaby do krajów zaznaczonych na żółto. Ale moim zdaniem to się raczej nie uda. Natomiast Polska jest w gronie państw z największą liczbą dni wolnych i nie wiem, czy w tym zakresie powiedzieliśmy już ostatnie słowo. Pozostaje jeszcze sprawa Wielkiego Piątku…

Jeśli np. polska gospodarka miałaby ponieść stratę ok. 0,1–0,2% polskiego PKB w związku z dniem wolnym w Wigilię, to warto dodać, że taki wolny dzień może być korzystny dla handlu, drobnych usług i gastronomii. Bilans jest niejednoznaczny, bo ten dzień i tak w wielu sektorach nie był wykorzystywany efektywnie. Widać jednak, że w Polsce jesteśmy w zupełnie innym miejscu, jeśli chodzi o strukturę czasu pracy. Polska stara się skrócić czas pracy i wydłużyć czas wolny, podczas gdy we Francji trend może być odwrotny, o ile oczywiście udałoby się zrealizować pomysł z obcięciem dwóch dni wolnych.
———————————————
Więcej o kondycji polskiej gospodarki i stanie budżetu państwa w rozmowach w ramach podcastu „Finansowe Sensacje Tygodnia”:
>>> z Michałem Dybułą, głównym ekonomistą BNP Paribas Bank Polska
>>> z Jarosławem Janeckim z Towarzystwa Ekonomistów Polskich i Szkoły Głównej Handlowej
>>> z Piotrem Arakiem, głównym ekonomistą VeloBanku, a wcześniej szefem Polskiego Instytutu Ekonomicznego
>>> z Ludwikiem Koteckim, członkiem Rady Polityki Pieniężnej, wcześniej wiceministrem finansów.
Źródło zdjęcia: Ryan Ancill/Unsplash

