Od 22 lipca 2017 r. obowiązuje nowa ustawa o kredycie hipotecznym, która ma ułatwić życie klientów banków i sprawić, że proces udzielania kredytu będzie szybszy i bardziej klarowny. Jednym z elementów tej zmiany – wszystkie opisałem w jednym z poprzednich tekstów, zapraszam do lektury – jest skrócenie okresu niepewności klienta. Czyli czasu, w którym bank analizuje jego wniosek kredytowy, dokumentację i decyduje o udzieleniu kredytu lub nie. Dziś bank ma tylko 21 dni od złożenia kompletu dokumentów, by obwieścić klientowi decyzję.

Biorąc pod uwagę naszą polską naturę i to, że wszystko lubimy załatwiać na ostatnią chwilę, to są ważne zmiany. Bardzo często bowiem idziemy do banku z nożem na gardle i nie bierzemy pod uwagę, że procedury się mogą przedłużać. A bankowcy, widząc to, mogą nas „brać głodem”, czyli skłaniać do akceptacji gorszych warunków kredytowania w zamian za szybsze rozpatrzenie wniosku. W czasach hipotecznego boomu karierę na tym robił Open Finance, który naganiał klientów Getin Bankowi, rozpatrującemu wnioski szybko i pobierającemu najwyższą marżę kredytową.

Czytaj: To jakiś żart? Bank zażądał 3000 zł prowizji za kredyt, od którego klient odstąpił zgodnie z prawem

Nie wierzyłem, że po 22 lipca rzeczywiście coś się zmieni. Co z tego, że jest przepis zobowiązujący bank do 21-dniowego terminu rozpatrywania wniosków kredytowych, skoro – między Bogiem a prawdą – proste wnioski banki już wcześniej rozpatrywały szybciej, zaś te skomplikowane nadal mogą rozpatrywać w nieskończoność, stosując tylko jeden prosty trik? Nabiła się na ten pal pani Monika, która wystąpiła o kredyt do banku ING.

21 dni na rozpatrzenie wniosku? Zgódź się na więcej, albo… gumka nam pęknie

Pani Monika bardzo rzetelnie przygotowała się do procedury kredytowej. Jeszcze na początku lipca zgłosiła się do banku w celu określenia czy posiada zdolność kredytową w banku ING. Pracownica banku bardzo dokładnie policzyła, skonsultowała się z „górą” i wyszło, że owszem, zdolność kredytowa jest i to znacznie wyższa, niż apetyt na pieniądze. Pani Monika poprosiła o wykaz wszystkich dokumentów jakie trzeba przygotować. Przez tydzień je kompletowała, by zaraz po 22 lipca udać się do banku i złożyć kompletny wniosek kredytowy.

„Pani z banku dokumenty przyjęła, stwierdziła, że są kompletne i ze niczego nie brakuje. Pozostawało tylko czekać 21 dni na decyzję kredytową. W 15 dniu bankowi przypomiało się, że potrzebuje zestawienia przychodów za kolejny miesiąc, który w tzw. międzyczasie się skończył. Przesłaliśmy je do banku. Na dwa dni przed zakończeniem 21-dniowego okresu bank poprosił o opis techniczny inwestycji, rysunki elewacji i rzuty poziome. Skopiowaliśmy je i wysłaliśmy do banku. Następnego dnia bank poprosił o przyjazd i podpisanie jednego, ostatniego dokumentu”

– opowiada pani Monika. Doradca uspokajał, że chodzi o czystą biurokrację i że wniosek będzie rozpatrzony w terminie. Ale kiedy pani Monika pojechała do banku okazało się, że ten dokument to… „uzupełnienie wniosku o kredyt hipoteczny”. A w jego treści klient dobrowolnie oświadcza, że zgadza się, by 21 dni na rozpatrzenie wniosku liczyło się od dnia podpisania tegoż dokumentu. Klienci poczuli się oszukani. Dołożyli wszelkich starań, by złożyć kompletny wniosek, uczynili to, a teraz taki pasztet?

„Mało tego – nikt nie jest w stanie nam zagwarantować, że za następne 15 dni bank nie poprosi nas o skan np. schodów czy przekrój stropu. A więc zabawa w udzielanie nam kredytu może trwać – jak za starych czasów – w nieskończoność. A ustawą, która miała zmusić bank do szybkiej pracy, mogę sobie wytapetować mieszkanie”

– podsumowuje pani Monika. Sytuacja jest o tyle inna, że gdyby pani Monika chciała iść z bankiem na udry, to nie powinna podpisywać tego dodatkowego dokumentu, który ewidentnie miał cechy pistoletu przyłożonego do skroni. Bank powiedział: „podpisuj albo spadaj”. Grając va banque klient mógł powiedzieć: „spadam, a ty, banku, musisz mi w ciągu kilkunastu godzin pozostałych do upływu 21-dniowego terminu odpuścić dodatkowe fanaberie albo odrzucić wniosek z dokładnym uzasadnieniem”.

Czytaj: Bezpiecznie kupić mieszkanie na kredyt? W Polsce to często niemożliwe. Z jednego, prostego powodu

Czytaj też: Czy banki zbyt optymistycznie szacują naszą zdolność kredytową? Te liczby niepokoją

Dokumenty nieczytelne, a bank zapomniał o kartach

Pani Monika nie miała jednak ochoty grać va banque i podpisała dokument. Upłynęły kolejne dni, a sprawy zaczynały przybierać już nawet nie tyle dziwny obrót, co… śmieszny.

„Odebrałam telefon z prośbą o pilny przyjazd do banku z projektem budowlanym. Pojechałam i… okazało się, że dokumentacja, która została wysłana do banku jest nieczytelna dla analityka. Pani, która nas obsługiwała, zarzekała się, że to już długo nie potrwa, bo zdolność kredytowa została już przeanalizowana i jest wszystko OK, tylko….okres kredytowania zostaje wydłużony”

– to kolejny „kwiatek”, którego pani Monika się nie spodziewała. Wystąpiła zawczasu o zbadanie zdolności kredytowej, potem przyniosła wszystkie dokumenty i złożyła kompletny wniosek, a tu się okazuje, że pakiet dokumentów jednak nie był kompletny, że papiery były nieczytelne, że okres kredytowania trzeba będzie skrócić… Nie, to jeszcze nie koniec tej sagi.

„Dostaliśmy z banku informację, że musimy rodzinnie zlikwidować swoje karty kredytowe. Zamurowało mnie. Po pierwsze dlatego, że na początku lipca wg mieliśmy zdolność kredytową na 1,2 mln zł, a wniosek kredytowy był na 560.000 zł. Po drugie karty – z łącznym limitem 33.000 zł – mamy zawsze spłacane w 100% w okresie bezodsetkowym. Po trzecie jedna karta jest wydana przez ING, więc tym bardziej nie rozumiem tego ich strzału we własne kolano”.

Wygląda na to, że ustawa sobie, a życie sobie. Miało być szybciej, a jest jak zwykle. W banku nikt nie kontroluje procesu kredytowego – jeden pracownik potwierdza, że wniosek jest kompletny, inny twierdzi, że czegoś brakuje. Jeden – że dokumenty są czytelne, a drugi – że niekoniecznie. Jeden twierdzi, że klient ma zdolność kredytową na 1,2 mln zł, a drugi, że nie ma nawet na połowę tej kwoty z powodu… kart kredytowych z limitem 33.000 zł. Co tu jest grane?

Czytaj też: Tego jeszcze nie było. Klienci twierdzą, że bank… tylko udawał, że udzielił im kredytu! 

Czytaj też: Wzięli kredyt na mieszkanie, ale zostali oszukani. Spłacają raty, lecz bank przyszedł po… zastaw

Bałagan, nieśmiałość czy szantaż?

Daleki jestem od potępiania banku w czambuł za to, że szybciutko nie udzielił klientowi ponad półmilionowego kredytu na budowę domu. Tego rodzaju kredyty hipoteczne to ryzykowne dla banku sprawy. Jeśli dom z jakichś przyczyn nie powstanie, albo będzie inny, niż projektowano, będzie to rzutowało na stopień zabezpieczenia spłaty długu.

Natomiast jestem fanem przejrzystości i porządku. Jeśli klient składa komplet dokumentów, to niechże bank nie redefiniuje znaczenia słowa „komplet”. Jeśli ma 21 dni na rozpatrzenie wniosku, to niech go w tym czasie przyjmie lub odrzuci, nie podsuwając klientowi do podpisu „lojalek”. Jeśli szacuje zdolność kredytową na 1,2 mln zł, to niech się nie okazuje, że klientowi nagle brakuje zdolności do połowy kredytu. To jest niepoważne, nieprofesjonalne postępowanie, świadczące o tym, że w banku coś jest nie tak z procesami. Tylko dlaczego klienci mają ponosić tego konswekwencje?

Jeśli nie bałagan (by nie użyć mocniejszego określenia) to nieśmiałość (oni po prostu nie chcą udzielić tej klientce kredytu, tylo wstydzą się jej o tym powiedzieć) albo szantaż (to prowadzona z premedytacją akcja, na końcu której klient ma przyjąć postawę klęczącą i podpisać umowę kredytową z dowolnie rozbudowanym cross-sellingiem i znacznie wyższą marżą kredytową). Jak sądzicie, który scenariusz jest najbardziej prawdopodobny?

autorzy ilustracji: geralt, endlesswatts, thepixelman / Pixabay.com