Bezrobocie jest coraz mniejsze, duża część z nas w ostatnich kilkunastu miesiącach otrzymała podwyżkę, a firmy zgłaszają rekordowo duże zapotrzebowanie na nowe etaty. To dla nas wymarzona okazja, by wycisnąć jak najwięcej z pracodawców. Dziś to oni potrzebują nas bardziej, niż my ich.

Czytaj też: Co czwarty specjalista chce rzucić papierami. Co trzeci da się ubłagać, ale… trzeba go poprosić

Podwyżka wynagrodzenia jest ważna nie tylko ze względu na to, że w domowym budżecie pojawia się więcej pieniędzy. Ma ogromne znaczenie dla budowania długoterminowych oszczędności. Jeśli więc należysz do grupy oszczędnych Polaków, to tempo wzrostu twoich oszczędności – a ono zależy m.in. od wysokości wynagrodzenia – może mieć fundamentalne znaczenie dla osiągnięcia celu pt. „wypełniony po brzegi mamoną fundusz spełniania marzeń”.

Jeden z moich prywatnych sposobów na bezbolesne oszczędzanie pieniędzy jest bowiem następujący – zawsze 5% swojego comiesięcznego wynagrodzenia przelewaj na oszczędności. Jeśli zarabiasz 1500 zł, to odkładaj miesięcznie 75 zł. Jeśli zarabiasz 5000 zł, to odkładaj 250 zł. Ścieżka kariery zwykle jest taka, że zarabia się coraz więcej, a to z kolei oznacza, że im dłużej pracujesz, tym szybciej gromadzisz oszczędności. I tym szybciej osiągniesz status osoby, która pracuje tylko dla przyjemności.

Podam przykład. Załóżmy, że przez całe życie zarabiam 2000 zł na rękę. Moja kariera zawodowa, dajmy na to, trwa jakieś 30 lat (to krótko, ale dla uproszczenia zakładam, że Prawo i Sprawiedliwość rządzi przez kolejnych 50 lat i przed każdymi wyborami obniża wiek emerytalny ;-)).

Przez te 30 lat, stosując zasadę 5%, zgromadziłbym w funduszu na spełnianie marzeń prawie 50.000 zł (o ile lokowałbym te pieniądze w banku ze średnią rentownością 2% rocznie). Gdybym jednak raz na kilka lat inkasował podwyżkę rzędu tylko 10%, to mógłbym zbliżyć się do kwoty 100.000 zł.

Nawet połowa wzrostu twojego wynagrodzenia może wynikać z… transferów

Jak często zmieniać pracę? Cameron Keng w 2014 r. napisał o tym bardzo często cytowany tekst na łamach Forbesa. Wysnuł w nim wniosek, że pracując ciągle w tej samej firmie na koniec kariery będziesz zarabiał tylko połowę tego, co twój kolega, który może i nie ma lepszych kwalifikacji, ale potrafi co jakiś czas zmienić pracodawcę. Ta połowa jest wartością optymistyczną, charakterystyczną dla stosunkowo krótkich karier. Im dłużej pracujesz, tym różnica in minus w wynagrodzeniu lojalnego pracownika w stosunku do pensji „skoczka” będzie większa.

Czytaj: Pełna wersja tego tekstu na stronach amerykańskiego „Forbesa”

Skąd ten wniosek? Ano stąd, że każdy transfer do innej firmy wiąże się ze wzrostem wynagrodzenia. W USA zmiana pracy oznacza przeciętnie skokową podwyżkę pensji o 10-20%. Oczywiście osoba, która nie zmienia pracyna taką ekstra-podwyżkę nie może liczyć. Ona otrzymuje tylko standardowy wzrost płacy, który realnie nie przekracza 2-3% rocznie. Ci, którzy zmieniają pracę, też taką podwyżkę dostają. Ale poza tym mają też skokowe bonusy wynikające z transferów.

Te bonusy wynikają w pewnej części z tego, że zmiana pracy jest zawsze ryzykownym przedsięwzięciem, może zaważyć na jakości życia, zdrowiu, przyszłości. Dlatego prawocnicy wyceniają to ryzyko dodatkowo, a pracodawcy się z tym godzą.

Autor tekstu podał przykład konkretnej osoby – niejaka Jessica Derkis, która zaczęła pracę z pensją godzinową 8 dolarów, (16.600 dolarów rocznie), po dziesięciu latach zarabiała 330% więcej – czyli 72.000 dolarów rocznie. Połowa tego wzrostu miała wynikać z „organicznego” wzrostu pensji, a druga połowa – z transferów, które podbijały punkt wyjścia do dalszego „organicznego” wzrostu.
Cytowani w tekście rekruterzy twierdzą, że co prawda zbyt częste zmiany pracy zmniejszają wartość rynkową pracownika, ale optymalna częstotliwość zmiany, dzięki której można maksymalizować wzrost pensji, to trzy-cztery lata.

Możesz zarobić 1000 zł więcej tylo dlatego, że masz dobrą strategię zmian pracodawcy

Portal Wynagrodzenia.pl sprawdził czy ta zasada sprawdza się na rzeczywistych danych o pensjach Polaków. I przygotował matrycę, na którą nałożył zmiany wynagrodzenia osób, które zmieniały pracę częściej lub rzadziej, w zależności od ich stażu pracy. Innymi słowy porównał średnie wynagrodzenie racowników o tym samym stażu pracy, ale innych doświadczeniach dotyczących zmian pracodawców.

Co się okazało? Że Keng ma rację, ale tylko do połowy. Częste zmiany pracy nie służą karierze i zarobkom. Osoby zmieniające pracę co dwa lata lub częściej zarabiały w przeszłości mniej niż pozostali badani. Z drugiej strony również pracownicy lojalni jednemu pracodawcy należeli do najskromniej wynagradzanych. Po 20 latach pracy najwyższy przeciętny poziom zarobków osiągnęli ci, którzy w swojej karierze zmieniali pracę średnio co 4 do 6 lat. A więc trochę rzadziej, niż w modelu przyjętym przez Kenga.

Czytaj też: Polak-hedomista. Na co wydaje pieniądze? I jak widzi przyszłość?

Rozpiętość między zarobkami „skoczków” i lojalnych pracowników jednego pracodawcy w ciągu pierszych 10 lat kariery w polskich warunkach jest jednak skromniejsza od tej, którą podaje Keng. Nie przekracza 500 zł miesięcznie, a kiedy mamy już 20-letni staż na rynku pracy to sięga – 1000 zł.

Gdy wszyscy zaczynali mniej więcej od 3000 zł miesięcznie, to po dziesięciu latach jedni zarabiali 4000 zł (ci nie zmieniający pracy lub zmieniający ją bardzo często), a drudzy – umiarkowani „skoczkowie” – już po 4500 zł. Po kolejnych dziesięciu latach najsłabsza grupa nadal zarabiała 4000 zł, a najlepsza – już 5000 zł.

Czytaj też: Oto lista najlepszych zajęć na świecie. Jak się nie zmęczyć, nie zestresować, a dobrze zarobić?

Pamiętajmy, że to tylko średnia z ankiet 10.000 zbadanych przez Wynagrodzenia.pl przypadków. Były wśród nich zapewne przypadki ludzi, którzy z tytułu zmiany pracy inkasowali znacznie większe niż przeciętna „premie”.  Widać jednak, że wzrost wynagrodzenia osób zmieniających pracę nie jest na tyle wysoki, by już po 10 latach mówić o tym, że zarabiają statystycznie dwa razy więcej, niż ci, którzy są wierni jednemu pracodawcy.

W sektorze publicznym, czyli wszędzie tam, gdzie pracodawcą jest państwo lub samorząd, relacje układają się ciut inaczej. W dalszym ciągu nie opłaca się być wiernym jednemu pracodawcy, ale optymalna częstotliwość zmiany pracy wynosi 2-4 lata, a więc jest mniejsza, niż dla ogółu pracowników. Innymi słowy – żeby zmaksymalizować sobie zarobki pracując u państwowego pracodawcy trzeba zmieniać pracodawców częściej, niż u prywatnego.

Moim zdaniem może to oznaczać, że sektor prywatny w większym stopniu potrafi docenić rosnące wraz ze wzrostem stażu pracy kompetencje pracownika. Wiadomo, że nie wyceni ich aż tak wysoko, jak w przypadku transferu, ale wykazuje większą elastyczność, niż „prywaciarze”.

Zmieniasz pracę? Wyceniaj „premię za ryzyko”

Co do wektorów jedne i drugie statystyki potwierdzają ten sam trend – że siedzenie przez całe życie w jednej firmie niekoniecznie się opłaca (bo ta firma nie docenia skarbu, który posiada, a pracownik nie inkasuje „premii za ryzyko”), zaś zmienianie pracy częściej niż co cztery lata nie sprzyja dobremu wizerunkowi pracownika, który jest uznawany za „skoczka”. Cóż, za piłkarza na krótkoterminowym kontrakcie też płaci się znacznie mniej, niż za takiego na czteroletnim, gdy jest większa szansa na zdobycie z nim jakiegoś tytułu lub pucharu.

Życzę wszystkim podwyżki. To przede wszystkim. Nieważne czy u starego pracodawcy, czy u nowego, ale podwyżka musi być. Tym, którzy przygotowują się do transferu rekomenduję natomiast, żeby wyceniając swój kowy kontrakt wzięli pod uwagę nie tylko realną wycenę swojej pracy (czyli własną wartość rynkową), ale też „premię za ryzyko”. Za ryzyko, że nowa praca okaże się chaszczami na ścieżce kariery.

źródła zdjęć: frugo/123RF, jarmoluk/Pixabay

 

Share This

Zapisz się na mój newsletter

i otrzymaj prezenty

 

Zapisując się na mój newsletter otrzymasz kilka prezentów, a od czasu do czasu podeślę Ci najciekawsze wpisy na blogu.

Upewnij się, że nie przegapisz najciekawszym artykułów!

Gratulacje! Jesteś zapisany