Zanim weźmiesz coś za darmo zastanów się czy ci się to… opłaca. Niedorzeczne? Na pierwszy rzut oka i owszem, bo jak może się nie opłacać coś, co dostaję za darmo? Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Jak dają, to się bierze. Bo jeszcze się rozmyślą. Tak to wygląda w teorii, a jaka praktyka? W praktyce na usłudze dostarczonej za darmo można całkiem sporo stracić. Setki albo i tysiące złotych. Wynika z konstrukcji promocji, którymi są objęte te darmowe usługi.

Jeden z moich czytelników jest klientem telewizji kablowej. Jakiś czas temu skończyła mu się terminowa umowa i automatycznie znalazł się w objęciach kontraktu bezterminowego. A więc takiego, który jest mu bardzo miły, bo w każdej chwili może odejść do tańszej konkurencji. Okres wypowiedzenia wynosi raptem jeden miesiąc. W kablówce nie lubią takich sytuacji, znacznie lepsza jest taka, w której mają zagwarantowany strumień przychodów na lata.

UPC i nowa umowa. Telefon za darmo, ale za to…

Przedstawiciele kablówki – a był to największy na rynku operator UPC – przybyli więc do mojego czytelnika na białym koniu i zaproponowali następujący deal: „podpiszmy umowę terminową na dwa lata, a w zamian dostaniesz, drogi kliencie, znacznie więcej usług w tej samej cenie. Zupełnie za darmo, a w zasadzie za bezgotówkową obietnicę lojalności”.

Dobry pomysł? Zły pomysł? „A ile by tych dodatków w gratisie miało być?” – przebiegle zapytał mój czytelnik, który do tej pory korzystał z telewizji w pakiecie Horizon Max z nagrywarką (czyli mnóstwo kanałów, VOD i możliwość oglądania telewizji z opóźnieniem), pakiet MyPrime (to takie dodatkowo płatne VOD) oraz internet Fiber Power 60 Mb/s (to dobra szybkość). Ci na białym koniu odparli, że dorzucą dwa razy szybszy internet (120 Mb/s zamiast dotychczasowych 60 Mb/s) i telefon stacjonarny („zupełnie za darmo, jak pan nie chce to po prostu pan nie będzie używał”). No i ciut obniżyli abonament.

Czytaj też: Kupowanie bez kupowania czyli UPC na tropie Wielkiego Graala

Mój czytelnik stwierdził: „dlaczego by nie?”. I zgodził się na podpisanie umowy. Z usług UPC jest w sumie zadowolony więc uznał, że jeśli będzie miał ich więcej za trochę mniejszą cenę, to ubija dobry interes. Dostał e-mailem nową umowę wraz z warunkami promocji, a tam znalazł coś, co sprawiło, że poczuł się jakby trochę… skrępowany. Warunki promocji zawierały bowiem nie tylko całkiem nowe usługi za zero, ale i całkiem nowe karty umowne – zupełnie nie za zero.

Łączna wartość „ulgi w okresie zobowiązania” wynosić będzie od teraz: za Pakiet Horizon 720 zł, za MyPrime 360 zł, za Fiber Power 1320 zł, za usługę „minuty do wszystkich” (czyli telefon stacjonarny) 1510 zł. Czyli jednak nie ma darmowych obiadów. Więcej usług – zwłaszcza jeśli są za darmo – to wyższe karty umowne gdyby klient nie chciał docenić darmochy i zerwał umowę wcześniej, niż za dwa lata.

„Za usługi niby nie płacę, więc rzecz jest bez znaczenia tak długo, jak długo trwa umowa. Ale życie pisze różne scenariusze. W przypadku wcześniejszego rozwiązania umowy punktem wyjścia do kalkulacji kary umownej staje się kwota prawie 4000 zł, czyli niemal o połowę wyższa, niż w poprzedniej umowie. Moim zdaniem jest to bezzasadne i stwarza sporą dysproporcję pomiędzy korzyściami jakie mam z nowej umowy, a korzyściami operatora w sytuacji gdybym rozwiązał umowę wcześniej”

– ocenił mój czytelnik. Niezwłocznie skontaktował się z usługodawcą i zaproponował zmiany w umowie – rezygnację z MyPrime i z telefonu stacjonarnego (wartość „ulgi”, jak nazywają tam karę umowną, wynosiłaby wtedy 2000 zł). Okazało się, że jest to jednak niemożliwe i nie da się usunąć z umowy usług, z których korzystał nie będzie, a które są darmowe.

„W sytuacjach podbramkowych takie dodatkowe 2000 zł kary może nieźle człowieka uwiązać. Poza tym podejrzewam, że mechanizm, który opisałem – czyli dorzucenie czegoś do pakietów usług i wpisywanie tego, już nie jako wartości zerowej, do kar umownych – może być też stosowany w innych sytuacjach i może dotyczyć wyższych kwot. Warto po prostu analizować rozmaite scenariusze i podejmować decyzję świadomie”

– uczula wszystkich czytelników „Subiektywnie o finansach” mój interlokutor. Święte słowa. Darmowość niejedno ma imię. Nawet jeśli dostajemy coś za friko, to może się okazać, że „płacimy” za to dużo bardziej restrykcyjnym przywiązaniem do kaloryfera. Gwoli ścisłości: mój czytelnik jest gościem, któremu niełatwo dmuchać w kaszę, więc skorzystał z prawa odstąpienia od umowy zawartej na odległość.

Każdy ma takie prawo w ciągu 14 dni. Mój czytelnik odstąpił, bo – jak twierdzi – taką miał fanaberię. A naprawdę: bo poczuł, że święty spokój jest ważnejszy, niż znoszenie postawy nie fair operatora, który nie chciał negocjować jakości nakładanych klientowi kajdanek.

Czytaj też: A to spryciarze! Wymuszają na klientach wzrost abonamentu? Nie chcesz płacić więcej? Musisz poprosić.

T-Mobile udziela klientowi ulgi. 28.288 zł. Czy to karta SIM ze złota?

Problem z kajdankami miał też pan Piotr, który przez długi czas walczył sam przeciwko wielkiej firmie T-Mobile, a w końcu postanowił do mnie napisać. Sprawa zaczęła się we wrześniu 2014 r. kiedy mój czytelnik chciał przenieść numer do konkurencyjnej sieci Play i ogłosił ten zamiar swojemu dotychczasowemu operatorowi. Udał się do salonu Play i podpisał umowę. Po jakimś czasie dostał pismo od firmy T-Mobile, iż została nałożona na niego kara umowna w wysokości 736 zł za rozwiązanie umowy przed jej zakończeniem.

Pan Piotr postąpił świadomie zrywając umowę przed terminem i narażając się na karę, bo do końca poprzedniej umowy zostało mu tylko 19 dni. Zakładał, że skoro to tak krótki okres, to i odstępne będzie już symboliczne, najwyżej kilkudziesięciozłotowe. Niestety, kwota pobrana przez T-Mobile za uwolnienie się z kajdanek na 19 dni przed końcem umowy wynosiła dokładnie 736 zł. mniej więcej 37 zł za każdy dzień nielojalności.

Czytaj też: Bank T-Mobile pokazał nową bankowość internetową. Są wodotryski! Technologiczna pierwsza liga?

Pan Piotr poszedł do salonu sieci T-Mobile w celu wyjaśnienia skąd wzięła się tak wysoka kwota. Niestety żaden z pracowników nie był w stanie udzielić mu takiej informacji. Dopiero w odpowiedzi na oficjalne pismo do biura obsługi klienta dostał informację, iż przy podpisywaniu umowy została mu udzielona… ulga w wysokości 28.288,50 zł. Ulga przysługiwała – jak twierdzi operator – za podpisanie długiego kontraktu. Pan Piotr wyliczył, że abonament bez ulgi kosztowałby 1200 zł miesięcznie ;-).

„Poprosiłem o informację jaka jest podstawa prawna do tych wyliczeń, jednak nie uzyskałem dalszych informacji. Zgodnie z ustawą Prawo telekomunikacyjne oraz orzecznictwem sądów, podstawą do wyliczenia kary umownej jest wysokość ulgi udzielona przy podpisywaniu umowy. Tymczasem firma T-Mobile w umowie zawartej ze mną nie informowała w ogóle o wysokości udzielonej ulgi”

– zeznaje pan Piotr. Po tym jak skierował wniosek o zajęcie się sprawą do prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej, T-Mobile zmniejszyło mu karę do 82,19 zł. Ale pan Piotr walczy dalej, bo uważa, że skoro firma nie wpisała do umowy żadnej karty umownej, to nie ma  też żadnej podstawy do wyliczania jakichkolwiek kwot za przedterminowe zerwanie umowy.

Czytaj też: Bankierzy czy piraci? Jedna płatność za bilet, trzy przewalutowania i kilkaset złotych dodatkowych kosztów!

Wiem, że są orzeczenia sądów dotyczące sporów o kary umownej, w których operatorzy przegrywają, ponieważ nie potrafią określić kwoty udzielonej ulgi. Pan Piotr kary nie zamierzam płacić i czeka aż sprawa trafi do sądu, Pan Piotr ma chęci, by walczyć o swoje, ale ile osób taką wyssaną z palca karę zapłaci?

autor zdjęcia tytułowego: skeeze