To problem, który może dotyczyć każdego. Ni z gruszki ni z pietruszki dostajesz pismo od firmy windykacyjnej z informacją, że jesteś winny tyle a tyle, że dług wynika ze świadcznia jakiejś usługi, z której korzystałeś przed laty. I że większość tej kwoty to odsetki i koszty windykacji.

Firma windykacyjna grzecznie prosi o zwrócenie całości od razu lub w ratach, ale lepiej już dziś się zgodzić na proponowany układ, bo jak nie to silniki grzeją już sąd i komornik. Zajmą konto bankowe, wyniosą telewizor, a i przed sąsiadami nie da się ukryć tej przykrej historii. No i pojawią się dodatkowe koszty.

Czytając to w pierwszym rzucie wpadasz w panikę, zaczynasz przeszukiwać szuflady w poszukiwaniu papierów dotyczących rzekomego długu. Wydaje ci się, że wszystko zapłaciłeś, przez lata zresztą nikt się nie skarżył. Nic nie znajdujesz – kto trzyma w idealnym porządku papiery sprzed wielu lat?

Czytaj też: Miała groszowy dług, a każą jej oddać kilka stówek. Wszystko przez… adres.

Kredyt z 1999 r., a windykator teraz żąda 1400 zł

W dokładnie takiej sytuacji znalazła się jedna z moich czytelniczek, która niespodziewanie dowiedziała się, że… jest podopieczną firmy windykacyjnej Best. I że ma zapłacić szybciutko 1500 zł, bo jak nie to będzie bolało. O rzekomym długu oczywiście nic nie wie – do dziś żyła w przekonaniu, że nie ma żadnych przeterminowanych zadłużeń. Niestety, firma windykacyjna uważa inaczej.

„Rzecz dotyczy pożyczki z 1999 r., którą wzięłam w Citibanku – w tej chwili nawet nie pamiętam na jaką kwotę. To była umowa chyba na rok czy dwa lata – tego też już nie pamiętam. W okolicach 2019 r. dostałam pismo, że pożyczka nie została do końca spłacona i że muszę dopłacić, o ile dobrze kojarzę, ok. 300 zł. Poszłam do oddziału, zapłaciłam i sprawa wydawała mi się zamknięta. Z listu od firmy Best wynika, że mam do spłacenia kapitał – 0zł, odsetki – 440 zł i koszty – 970 zł”

Od razu trzeba powiedzieć, że podstawową rzeczą, o której warto pamiętać przy kończeniu pożyczkowej relacji z bankiem jest zaświadczenie o zamknięciu kredytu. Zawsze trzeba takie zaświadczenie z bankowców wycisnąć i pilnować jak oka w głowie. Właśnie po to, by po kilku, kilkunastu latach ktoś nie przyszedł po te pieniądze jeszcze raz.

Moja czytelniczka należy do tych twardzielek, które nie dają się łatwo sterroryzować, więc od razu zauważyła, że coś tu nie gra. Po pierwsze skoro spłaciła całą zaległość, to jakim prawem naliczono jakiekolwiek odsetki, nie mówiąc już o kosztach? Od kwoty głównej równej „zero” odsetki nie mogą być inne, niż zero. A od zerowych odsetek nikt nie powinien naliczać opłat. Ale to niejedyny punkt zaczepienia, który znalazła czytelniczka. Drugim była dokumentacja, która – jeśli ten dług istnieje – powinna znajdować się w rękach firmy windykacyjnej.

„Zadzwoniłam do Best i powiedziałam, że nie poczuwam się do spłacania żadnych odsetek, bo zaległy kapitał spłaciłam w oddziale banku zgodnie z wezwaniem i tam wtedy nikt o żadnych odsetek ode mnie nie chciał. Jeśli więc chcą ze mną rozmawiać to proszę o przesłanie listem poleconym pełnej dokumentacji, zwłaszcza dotyczącej kosztów i ich podstawy prawnej”

Jest też punkt trzeci – przedawnienie. Kredyt był z 1999 r., więc minął już 10-letni termin, po którym tego typu roszczenie się przedawnia (to najdłuższy termin przedawnienia w polskim prawie). Niestety, żeby skorzystać z przywileju przedawnienia, dłużnik musi pilnować momentu, w którym sprawa trafi do sądu i napisać wtedy pismo podnoszące ów zarzut przedawnienia.

Przedawnienie to oczywiście sprawa kontrowersyjna. Jeśli dług jest – jak w przypadku mojej czytelniczki – wątpliwy, to skorzystanie z tej ścieżki jest dobrym pomysłem. A jeśli dług rzeczywiście istnieje? Od przedawnienia nie przestanie istnieć i wierzyciele nadal mogą utrudniać nam życie, np. wpisując nasze nazwisko do baz nierzetelnych płatników. Tyle, że bez naszej zgody nic nie wyegzekwują. Jestem zwolennikiem poglądu, że długi trzeba płacać, niezależnie od tego czy się przedawniły, czy nie.

Czytaj też: Wreszcie nagrodzą nas za uczciwe płacenie rachunków? Będzie jedna, wspólna laurka dla rzetelnych?

„Sprawa na razie do sądu nie trafiła. Dokumentów Best nie przesłał do dziś. Za to od ponad miesiąca ich ludzie wydzwaniają do mnie przez sześć dni w tygodniu od 7 rano do 21. Nie odbieram telefonów i blokuję numery, ale mają ich dużo. Jak się bronić przed takim nękaniem?”

Nie wiadomo czy dług istnieje, ale postraszyć odsetkami karnymi nie zawadzi

Zamiast dokumentów potwierdzających istnienie roszczenia firma Best przesłała bardzo sprytnie skomponowane papiery – dokumenty do przeczytania i podpisania. W pierwszym z nich Best przypomina, że „wielokrotnie podejmował próby ugody”, i że „odsuwanie przez Panią decyzji o spłacie spowodowało wzrost zobowiązania”, i że „dług powiększa się o odsetki karne”. Firma proponuje „spłatę w niskich ratach od 20 zł i zatrzymanie naliczania odsetek”.

Tutaj od razu rodzi się wątpliwość czy Best ma prawo naliczać jakiekolwiek karne odsetki. Windykatorzy nie mogą naliczać żadnych kwot przekraczających wysokość długu, który przejęli. Choć w tym przypadku mogłoby chodzić o odsetki od przeterminowanego długu, nie zaś o oplaty windykacyjne. Zacytuję tu fragment poradnika, który jest na stronach Federacji Konsumentów:

„Firma Windykacyjna nie może powiększać sumy zadłużenia o koszty prowadzonych czynności windykacyjnych. Między firmą windykacyjną a konsumentem-dłużnikiem istnieje stosunek zobowiązaniowy jaki istniał między cedentem i dłużnikiem. Jest to jednak obowiązek zapłaty określonej kwoty pieniężnej, która może być powiększona jedynie o odsetki liczone do dnia spełnienia świadczenia, nie zaś obowiązek ponoszenia kosztów prowadzenia czynności windykacyjnych przez zewnętrzną firmę”

W tym przypadku kwota główna długu wynosi zero – co przyznaje nawet sam Best – więc naprawdę trudno powiedzieć jakimi odsetkami może straszyć firma windykacyjną klientkę. Do tego dziwnego pisma Best załączył drugi dokument, który nazwał „Planem postępowania”, w którym przedstawia etap polubowny (zapraszając do kontaktu) oraz sądowo-komorniczy (tu straszenie kolejnymi kosztami).

Najbardziej interesujące jest trzecie pismo, które wysłał Best. Rzecz nazywa się „Wnioskiem w sprawie rozłożenia zadłużenia na raty i wstrzymania naliczania odstek karnych”. W pierwszym zdaniu czytam: „Wniosek dotyczy mojego zaległego zobowiązania wynikającego z umowy pożyczki z dnia (…). Aktualna wysokość mojego zadłużenia wobec funduszu Best II NSFiZ wynosi (…), które w całości uznaję”.

Dalej jeszcze ciekawiej: „Mając na uwadze, że w przypadku zawarcia ugody, na podstawie niniejszego wniosku zostaną poczynione sobie wzajemne ustępstwa i dojdzie do porozumienia na dogodnych i preferencyjnych warunkach, niniejszym oświadczam, że nie będę w przyszłości korzystać z zarzutu przedawnienia”. A potem już tylko formularz z danymi osobowymi, zadeklarowaną kwotą comiesięcznej spłaty i prośba o przesłanie harmonogramu i numeru konta, na który przesyłać kasę.

Czytaj też: Gdy bank ma zadatki na złego windykatora. I w sprawie kredytu dzwoni co twojego pracodawcy

Czytaj też: Windykatorzy reklamują się w TV. Co zrobić jeśli dostaniesz ten list?

Windykator uderza poniżej pasa, czyli trik z przedawnieniem

Przyznam, że ten ostatni kwit wbił mnie w fotel. Toż to manipulacja jakich mało! Kupowanie kota w worku, zakładania sobie pętli na szyję. Pomijam już nawet pierwsze zdanie, w którym moja czytelniczka miałaby się zobowiązać do uznania całego długu w sytuacji, gdy poprosiła o dokumenty potwierdzające, że ten dług w ogóle istnieje.

Wymuszanie na kliencie zrzeczenia się możliwości korzystania z przedawnienia jeszcze przed uzgodnieniem warunków ugody to szachrajstwo. Żaden podopieczny tej oraz innych firm windykacyjnych takiego zobowiązania w ciemno nie powinien podpisywać. Niezłe debeściaki pracują w tym the Best ;-).

„Podesłany mi przez Best papier idealnie odzwierciedla próbę firmy do zmanipulowania „dłużnika” do podpisania dokumentów uniemożliwiających skorzystania przedawnienia”

– tak interpretuje sytuację moja czytelniczka. I ma rację. Nawet przy założeniu, że dług rzeczywiście byłby bezsporny, że nie byłoby wątpliwości co do „karnych odsetek od zera” i przy założeniu, że dłużnik chciałby go spłacić mimo możliwości korzystania z przedawnienia (bo przecież długi trzeba spłacać) – podpisywanie zrzeczenia się z prawa do przedawnienia to negocjacyjne samobójstwo.

Firma windykacyjna, mając w ręku taki papier, może wszystko. Pacjent uznał dług w całości, zrzekł się podnoszenia zarzutu przedawnienia, więc z jakiego powodu z nim w ogóle negocjować? Można go wycisnąć jak cytrynę. Co innego, gdybym podpisał – owszem – ten kwit, ale wykreślając (i parafując przy tym wykreśleniu) fragmenty mówiące o uznaniu długu w całości i o zrzeczeniu się z prawa do podniesienia zarzutu przedawnienia.

Potem siadam z windykatorem do stołu negocjacyjnego i każda strona ma argumenty. Próba wkręcania zaś klienta w sytuację bez wyjścia, gdy będzie trzymany pod pistoletem, jest co najmniej nieeetyczna. I nie ma nic wspólnego z rzetelnością kupiecką. Pamiętajcie – jeśli firma windykacyjna przesyła Wam jakieś papiery do podpisu, dokładnie je przeczytajcie. Nawet jeśli składacie podpis, to możecie wykreślić fragmenty, z którymi się nie zgadzacie albo które osłabiają Waszą pozycję negocjacyjną.

zdjęcia: kadry z filmu „Kiler”

 

Share This

Zapisz się na mój newsletter

i otrzymaj prezenty

 

Zapisując się na mój newsletter otrzymasz kilka prezentów, a od czasu do czasu podeślę Ci najciekawsze wpisy na blogu.

Upewnij się, że nie przegapisz najciekawszym artykułów!

Gratulacje! Jesteś zapisany