Rządzący przygotowują nas na to, że pieniędzy z Unii Europejskiej nie będzie. I że sami sfinansujemy krajowe inwestycje. Ale czy to jest wykonalne? I za jaką cenę? Liczę!

Rządzący przygotowują nas na to, że pieniędzy z Unii Europejskiej nie będzie. I że sami sfinansujemy krajowe inwestycje. Ale czy to jest wykonalne? I za jaką cenę? Liczę!

Na środkach z Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności, czyli KPO, można już chyba położyć krzyżyk. Prezes Jarosław Kaczyński oświadczył ostatnio, że Unia Europejska może zablokować też płatności dla Polski w ramach głównego budżetu. A prezes Adam Glapiński uspokaja, że wcale nam te pieniądze nie są potrzebne, bo w razie czego inwestycje sfinansujemy sami. Czy to możliwe? Analizuję

KPO opisuje nasze – czyli polskiego rządu – pomysły na to, jak wykorzystać pieniądze, które Unia Europejska wygospodarowała w ramach NextGenerationEU. To fundusz powołany do tego, by wspierać popandemiczną odbudowę europejskiej gospodarki, ale jednocześnie przestawić ją na bardziej nowoczesne tory – w zakresie energetyki i cyfryzacji.

Zobacz również:

Każdy kraj zgłaszał swoje projekty. Polska wymyśliła sobie 54 inwestycje i 48 reform – bo otrzymanie pieniędzy uzależnione jest nie tylko od złożenia wniosku, ale także od dokonania odpowiednich zmian w prawie (tak zwanych kamieni milowych). Które, przypomnę, sami zaproponowaliśmy. Jak te projekty mogłyby zmienić Polskę, opisywałem w tym artykule.

Polsce przypadło w udziale 158,5 mld zł, z czego dwie trzecie to dotacje, a reszta ma być wypłacona w preferencyjnych pożyczkach. To około 6% naszego PKB. Łącznie dla całej Unii przeznaczono 724 mld euro.

Jak idzie wydawanie tych pieniędzy? Nie najgorzej. W skali całej UE zatwierdzono już wypłaty prawie 80 mld euro w dotacjach i 33 mld euro w pożyczkach. Jak idzie Polsce? Chyba wszyscy słyszeli. Najpierw przez wiele miesięcy rząd nie chciał ustąpić w sprawie reform sądownictwa (których wymaga Komisja Europejska). Potem osiągnięto ponoć jakieś porozumienie, a premier Mateusz Morawiecki i przewodnicząca Komisji Ursula von der Leyen z pompą ogłosili, że jest zgoda na wypłatę funduszy.

Pieniędzy jednak jak nie było, tak nie ma. Na pozorowane zmiany w Sądzie Najwyższym nie udało się nabrać brukselskich urzędników, więc inwestycje i reformy sobie czekają. Ostatnie wypowiedzi prezesa Jarosława Kaczyńskiego można nawet odbierać jako rzucenie ręcznika w sprawie KPO.

Jeszcze rok temu wydawało się, że nie jest możliwe, żeby politycy byli tak bezmyślni i nieodpowiedzialni, by dla doraźnych wewnętrznych gierek rezygnować z tak gigantycznych funduszy na rozwój. Ale jesteśmy tu, gdzie jesteśmy.

Jak nie KPO, to co? Skąd wziąć pieniądze na inwestycje?

Antyunijny sentyment nie pojawił się w obozie rządzącym wczoraj. Już wcześniej pojawiały się zapewnienia, że bez środków unijnych sobie poradzimy. A jednym z pierwszych oficjeli, którzy przekonywali, że sami damy radę, był nie kto inny, jak nasz ulubiony prezes NBP Adam Glapiński. Już w październiku 2021 r. zapewniał, że sami damy radę.

Czy to rzeczywiście możliwe? I jak by to miało wyglądać? Potrzeby pożyczkowe Polski w tym roku zaplanowano na 222 mld zł. Z tego niecałe 164 mld zł przeznaczone jest na spłatę krajowego i zagranicznego długu, a 58 mld zł na pokrycie deficytu budżetowego.

Z KPO miało do Polski miało trafić do 2026 r. 158 mld zł. A więc, aby pokryć tę lukę, trzeba by pożyczyć (albo ściągnąć w podatkach) kwotę trzykrotnie większą niż roczne potrzeby pożyczkowe netto (czyli z wyłączeniem wykupu długu, który jest zazwyczaj rolowany). Czy rząd byłby w stanie tyle pożyczyć na rynku? Z pewnością tak. Ale pewnie musiałby zaproponować dużo większe odsetki. Dlaczego? Jest pięć powodów.

1. Głównym odbiorcą polskich obligacji są banki. A te ostatnio nie mają najlepszych humorów w związku z wprowadzonymi wakacjami kredytowymi. Chociaż oferta depozytów się poprawia, a nowych umów przybywa, to wartość pieniędzy, które mamy odłożone na rachunkach i lokatach, wcale mocno nie rośnie.

Realne płace już teraz spadają i zapowiadają się ciężkie czasy, w których nasze oszczędności będą się kurczyć – przewiduje to sam NBP. Tak więc do banków wcale nie będzie napływało na tyle dużo nowych pieniędzy, by miały za co zwiększać jakoś mocno zakupy obligacji.

2. Wyższe zadłużenie oznacza oczywiście więcej emisji obligacji. A więc ich podaż wzrośnie. Co oznacza tylko tyle, że rząd będzie musiał zaproponować niższą cenę inwestorom, żeby ich przekonać. A niższa cena, to wyższa rentowność. A te i tak mamy bardzo wysokie – choć trzeba przyznać, że ostatnio spadły – z ponad 8% w połowie czerwca do 5,5% obecnie.

Wyższe rentowności to wyższe koszty obsługi długu – a więc jeszcze więcej trzeba będzie w kolejnych latach wydawać na ten cel i więcej na niego się zapożyczać. Brzmi jak spirala zadłużenia? No właśnie. Dodatkowe 160 mld zł długu publicznego oznaczałoby dodatkowe odsetki w wysokości 10-13 mld zł rocznie. To tyle, ile kosztuje 14-ta emerytura. Albo jedna czwarta rocznych wydatków na 500+. Albo inaczej: dodatkowe 500-600 zł do spłaty na każdego pracującego tylko z powodu odsetek.

3. Może w takim razie dałoby się sięgnąć do kieszeni obywateli? Ale nie przez wyższe podatki, a przez obligacje detaliczne. Na depozytach bankowych gospodarstw domowych leży bilion złotych. Gdyby 15% tej kwoty Polacy pożyczyli rządowi, udałoby się dopiąć budżet KPO. Czy to możliwe?

Czerwiec był rekordowym miesiącem pod względem sprzedaży obligacji detalicznych. Polacy wydali na nie 14 mld zł. Wszystko dzięki wprowadzeniu nowej serii obligacji z oprocentowaniem powiązanym ze stopą procentową NBP. W „normalnym” miesiącu sprzedaż wynosi 2–3 mld zł, z czego zwykle 20–25% to zamiana, a z niej rząd nie ma nowych środków.

Obligacje 10-letnie z zeszłego roku są dzisiaj oprocentowane 16,5% ze względu na wysoką inflację. A ten sam instrument kupiony dzisiaj daje 6,75%, zanim za rok zacznie być indeksowany do inflacji. Jeśli to jest w stanie skłonić ludzi do wyłożenia rocznie 30–40 mld zł, to ciężko mi sobie wyobrazić, co musiałby zaproponować rząd, żeby wycisnąć drugie, trzecie i czwarte tyle. Kupon 30% od pierwszego roku? Dodatkowy dzień płatnego urlopu za każde wydane 1000 zł?

4. Rząd mógłby uznać, że skoro pożyczanie od inwestorów i banków komercyjnych jest za drogie, to spróbuje drogi, którą przetestował już na początku pandemii. Otóż Ministerstwo Finansów zdecydowało w kwietniu 2020 r., że zamiast przeprowadzać normalne, rynkowe aukcje sprzedaży obligacji, wyemituje kilka serii w formie „private placement”, czyli dla jednego wybranego nabywcy. Traf chciał, że tym nabywcą był państwowy BGK, od którego te obligacje odkupił od razu… NBP.

Konstytucja zabrania finansowania deficytu budżetowego przez bank centralny. I formalnie… do tego nie doszło. NBP nie kupował obligacji od MF, tylko na rynkowej aukcji w ramach prowadzonego skupu aktywów. I każdy bank komercyjny mógł złożyć ofertę, a że akurat NBP zdecydował się na kupowanie tych obligacji, które miał na sprzedaż BGK… no cóż, przypadki się zdarzają.

Tak jak przypadek, że akurat o tych „private placementach” MF nie poinformowało, choć miało taki obowiązek (tak twierdzi NIK), a do tego przez wiele miesięcy nie aktualizowało potem bazy danych obligacji. Z kolei szczęśliwym przypadkiem cała operacja wyszła na jaw dzięki dociekliwości dziennikarzy PAP Biznes i Bloomberga.

Skoro więc taki mechanizm został przetestowany, to właściwie droga do jego powtórzenia stoi otworem. Rząd (albo PFR, BGK czy inna agencja lub instytucja) emituje obligacje za 150 mld zł, a potem na przetargu, którego zasady co prawda nie zostają ujawnione, ale z pewnością są obiektywne, NBP kupuje wszystko na pniu.

Jeden drobiazg może stać na przeszkodzie w realizacji takiego scenariusza – poprzedni program skupu obligacji był prowadzony przy stopach procentowych bliskich zera. I miał na celu pobudzenie gospodarki, wpędzonej w recesję przez lockdowny. Teraz mamy główną stopę NBP na poziomie 6,5%. Ogłoszenie skupu obligacji w takim momencie wymagałoby niezwykłej wolty intelektualnej, by to uzasadnić.

5. Nie samym złotym żyje gospodarka. Do inwestowania w nowe technologie potrzebne są też euro i dolary, bo przecież własnych nie mamy, więc musimy je importować. Trzeba by było zatem zaciągnąć dług w walutach obcych – bo to jest główny sposób rządu na pozyskiwanie dewiz (skoro postanowił, że nie przyjmie euro z funduszy UE).

Zwiększanie zadłużenia zagranicznego to ryzykowna gra. Tym bardziej, że w tym scenariuszu odrzuciliśmy pieniądze z KPO, a inne kraje regionu, które mają jeszcze instynkt samozachowawczy, jednak korzystają z nich. A więc z punktu widzenia inwestora zagranicznego nasze obligacje wypadają bardzo ryzykownie w porównaniu z np. czeskimi czy rumuńskimi. Dlatego pewnie zażąda on odpowiednio wysokiej premii.

I wtedy przyjdzie nam trzymać kciuki za to, żeby złoty się nie osłabiał, bo wtedy z zadłużeniem państwa może stać się to samo, co z kredytami frankowymi.

No chyba że znajdziemy nabywców, którym przyświecał będzie nieco inny cel niż tylko wykalkulowany zysk. Na przykład Chiny mogłyby uznać, że łaskawie pomogą Polsce sfinansować inwestycje i kupią trochę naszych dolarowych, eurowych i juanowych obligacji – i to przy niższym oprocentowaniu niż ci chciwi kapitaliści z Zachodu. A wcześniej czy później odezwą się po jakąś przysługę…

Bez pieniędzy z Unii złoty pójdzie się… osłabiać

Samo zamieszanie związane z naszymi przepychankami z Komisją Europejską osłabia polską walutę. Światowi inwestorzy patrzą na Europę Środkowo-Wschodnią przez pryzmat nie tylko gospodarczy, ale też polityczny. Wojna toczy się za naszą wschodnią granicą, a Polski rząd zamiast chować się pod wspólny europejski parasol, odgraża się, że woli zmoknąć w imię… no właśnie ciężko wyjaśnić w imię czego.

To nie zachęca do lokowania pieniędzy w złotym – jeśli alternatywą jest np. stabilniejsza i bardziej przewidywalna czeska korona. Na naszą korzyść przemawiają za to wysokie rezerwy walutowe, które zgromadził Narodowy Bank Polski.

Rzecz w tym, że większość wzrostu tych rezerw wynika z napływu środków unijnych. Działa to tak, że Unia wysyła euro do naszego rządu, a ten, zanim przydzieli je beneficjentom, musi wymienić te fundusze na złote. Może to zrobić na rynku walutowym – ale kupowanie tak wielkich kwot mogłoby zaburzać notowania i prowadzić do nieuzasadnionego umocnienia naszej waluty.

Dlatego przez lata rząd wymieniał to unijne euro w NBP – a więc poza rynkiem finansowym. Korzyść była podwójna. Wartość złotego nie była zawyżona (co by mogło obniżać konkurencyjność naszego eksportu), a bank centralny to euro odkładał jako rezerwy na czarną godzinę.

Jeśli jednak pieniądze z Unii przestaną płynąć, to trend może się odwrócić. W handlu zagranicznym, po kilku dobrych latach znów Polska ma deficyt – a to oznacza, że jako cała gospodarka więcej kupujemy za granicą niż sprzedajemy. To oznacza, że waluty z Polski wypływają.

A gdy rezerwy zaczną się kurczyć, mniejsze będzie także zaufanie do złotego. To może doprowadzić do dalszej deprecjacji naszej waluty. Słabszy złoty to wyższe ceny importu – i wyższa inflacja. Słabszy złoty to wzrost zadłużenia denominowanego w walutach obcych – i tego prywatnego, i publicznego. Słabszy złoty to też mniejsza atrakcyjność polskich obligacji skarbowych dla zagranicznych inwestorów.

Być może prezes Glapiński i spece z rządu mają jakiś magiczny sposób na znalezienie 150 mld zł na sfinansowanie projektów z KPO własnymi siłami. Widzę trzy wyjścia. Albo rząd radykalnie podnosi podatki, żeby zdobyć nowe pieniądze. Albo obniża inne wydatki z budżetu np. drastycznie obniżając transfery socjalne. Albo zadłuża się na wysoki procent i ryzykuje osłabieniem złotego.

Jest też czwarta opcja, niestety – moim zdaniem – najbardziej prawdopodobna. Inwestycji zaplanowanych w KPO zwyczajnie nie będzie. I cała reszta Unii zrobi krok do przodu, a my zostaniemy z poczuciem: „to im pokazaliśmy”! Jakie macie z tego wnioski dla naszych portfeli?

 

Źródło zdjęcia: FrankWinkler/Pixabay

Subscribe
Powiadom o
29 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Ralf
1 miesiąc temu

Tyle szkół Redaktor pokończył, a nie wie. Toż odpowiedź zna nawet najgłupszy z ministrów, mój najpupilniejszy pupppil.
WYDRUKOWAĆ!
Wbijcie se wreszcie to do łba! Jak brakuje gotówki to się ją drukuje.
Gotówka pochodzi z drukarni, tak jak mleko pochodzi z Biedronki!

Mariusz
1 miesiąc temu
Reply to  Ralf

Teraz to jest prostsze bo nie trzeba drukarki tylko zmienia się w komputerze ilość zer w bilansach danych instytucji. Gotówka to niewielki procent transakcji detalicznych i nikt nie będzie na paletach woził 150 mld pln w papierze.

jsc
23 dni temu
Reply to  Mariusz

(…)Gotówka to niewielki procent transakcji detalicznych i nikt nie będzie na paletach woził 150 mld pln w papierze.(…)
Skoro tak to dlaczego inflacja wywaliła w kosmos?

Marcin
1 miesiąc temu
Reply to  Ralf

Niestety Panie Ralf, to Pan edukacją swoją lub bystrością się nie popisał, bo opisywany przez Redaktora łańcuch zakupu obligacji z BGK i NBP w roli głównej to właśnie jest owo wydrukowanie pieniędzy.

Rafał
1 miesiąc temu

Mam nadzieję, że tę nieudolność rządu skutecznie wykorzysta opozycja. Czy jest możliwe, że te środki zostaną odblokowane po wyborach i wykonaniu tych kroków milowych, czy będzie już po ptakach?

Ppp
1 miesiąc temu
Reply to  Rafał

Kto ma to wykorzystać? Podobno najinteligentniejszy Donald Tusk biega i pokrzykuje – myśl strategiczna w jego działaniach nie gości. Podobnie z pozostałymi.
Pozdrawiam.

E.G
1 miesiąc temu
Reply to  Rafał

Rezygnacja znaczy rezygnacja .

Grzegorz
1 miesiąc temu
Reply to  Rafał

Nasza opozycja, nie jest zdolna do najprostrzej refleksji nad swoją nędzą i jej przyczynami a co dopiero wykorzystać potknięcia rządu. No chyba, że komentarz był ironiczny i nie załapałem.

jsc
23 dni temu
Reply to  Rafał

Skoro nie potrafili wykorzystać zagłady Odry do chociażby powołania Komisji Śledczej to dla tego kraju nie ma już ratunku… sami się wykończymi i bez Putina.

jsc
23 dni temu
Reply to  Rafał

Skoro nie potrafili wykorzystać zagłady Odry* do chociażby powołania Komisji Śledczej to dla tego kraju nie ma już ratunku… sami się wykończymi i bez Putina.

* Po tym numerze chyba już nikt nie uwierzy, że dostaniemy jakiekolwiek KPO.

Przemek
1 miesiąc temu

Panie Redaktorze, gdyby nasi polityce rozkładali swoje decyzje na czynniki pierwsze i analizowali scenariusze rozwoju tak jak w artykule to bylibyśmy w innym miejscu 😉 a tymczasem mamy ludzi tłumaczących że nas stać żeby nas nie było stać na to co mogłoby było nas stać… sick !!!

Nadmienię tylko że kwalifikowalność poprzedniej perspektywy zaraz się kończy tj. większość ostatnich projektów do 31.12.2022 – przy braku kontynuacji mamy małą falkę zwolnień w instytucjach finansujących etaty z źródeł UE. Ehhh….

Admin
1 miesiąc temu
Reply to  Przemek

Mamy takich polityków, jakich sobie wybraliśmy. Widać wolimy, żeby nic nie liczyli albo nie umieli policzyć

Sławek
1 miesiąc temu

Ominie nas kolejny „plan Marshalla”. Chyba możemy już obniżyć przyszłoroczne PKB o 1%

piotr
1 miesiąc temu

w dzisiejszym wydaniu Gazety Prawnej jest bardzo dobry artykuł autorstwa Marcina Kędzierskiego, który pisze o tym, że nie zobaczymy pieniędzy z KPO, dopóki rządzi pis. Artykuł jest wartościowy również z tego względu, że autor przedstawia (małą) rolę Polski w europejskiej polityce i że w zasadzie po ewentualnym przejęciu władzy przez inną partię sytuacja się nie zmieni. Polecam

jsc
23 dni temu
Reply to  piotr

(…)w dzisiejszym wydaniu Gazety Prawnej jest bardzo dobry artykuł autorstwa Marcina Kędzierskiego, który pisze o tym, że nie zobaczymy pieniędzy z KPO, dopóki rządzi pis.(…)
Po zagładzie Odry nawet ta gwarancja upadła…

Dociekliwy
1 miesiąc temu

Panie Redaktorze, my się teraz lepiej zastanówmy, skąd wziąć pieniądze na odszkodowanie dla Niemiec za zatrucie Odry… Bo oni raczej PLN nie przyjmą.

Tyriusz
1 miesiąc temu

Unia nie wyłoży kasy na zbędne badziewie od Niemców. Chyba się popłaczę. Ze szczęścia.

Laszlo Kret
1 miesiąc temu

Tośmy wstali z kolan.

E.G
1 miesiąc temu

Prof. Strzembosz stwierdził że rezygnację Polski z funduszy KPO można nazwać zdradą narodową. W pełni się zgadzam , od siebie dodam że wygląda na to, że polityka polska jest pisana cyrylicą.

Mariusz
1 miesiąc temu

Kaczyński realizuje strategię uzgodniona na szczycie eurosceptyków Orban Kaczyński Le Pen Salvini, aby zburzyć UE i w ten sposób wejść w łaski Putina co do gwarancji dostawy tanich surowców, które zostaną wykorzystane do zwiększenia konkurencyjności gospodarek tych państw i dodatkowym plusem będzie możliwość dostępu do rynków wschodzących krajów BRiCS. W cieniu zwiększającej się wrogości między USA i Chinami produkty i usługi z USA będą na cenzurowanym w Chinach co daje szansę krajom europejskim jako neutralnym na zwiększenie eksportu do krajów BRiCS. Putin osiągnie swój cel odbudowy ZSRR z Polską Węgrami na czele krajów satelickich w Europie, z przychylna Francja pod… Czytaj więcej »

Marcin
1 miesiąc temu

A mnie zastanawia jedna rzecz. Dlaczego pieniądze z Unii mają być uzależnione od poziomu praworządności w Polsce? I w ogóle jaka jest korelacja między poziomem praworządności a środkami z Unii? Ktoś widzi związek?

Admin
1 miesiąc temu
Reply to  Marcin

Tak, bo jak nie ma praworządności to nie można skutecznie kontrolować czy pieniądze zostały właściwie wydane, czy też np. ukradła je partia rządząca i, dajmy na to, zbudowała za nie dwie wieże dla swojego prezesa. Przypominam, że 60 mld zł, które dostaliśmy na przebudowę energetyki, „rozpłynęło się” w budżetowej mgle, więc jesteśmy krajem, w którym takie pieniądze bywają rozwalane

Tomek
28 dni temu
Reply to  Marcin

Bruksela czytaj Berlin, mają w czterech literach praworządność.
Rzecz idzie o sprawowanie kontroli nad tubylcami danego regionu.
Mieszkam 16 lat na „Wielkim Zachodzie” i praworządności niech pierw sami się nauczą.

weres
1 miesiąc temu

Artykuł jest nieuczciwy intelektualnie, po pierwsze 1/3 kpo to pożyczki, tak więc i tak musimy spłacać te pożyczki, dotacje to 2/3 ale z tych 2/3 trzeba odliczyć to ile wydamy na naszą składkę. dodatkowo musimy wprowadzić podatek od plastiku który kosztuje 1.7 mld złotych skoro mamy spłacać kpo do 2058 to łącznie będzie to olbrzymia kwota. Dodatkowo pieniędzy z kpo nie wydamy na co chcemy tylko na to unia chce w kamieniach milowych a to oznacza import technologii i środki z kpo wypłyną za granicę a nie będą tworzyć wartości dodanej w kraju. To ile realnie stracimy, bo szczerze mówiąc… Czytaj więcej »

Admin
1 miesiąc temu
Reply to  weres

A czytał Pan zestaw projektów, które mają być finansowane z KPO?

weres
1 miesiąc temu
Reply to  Maciej Samcik

Projekty które mają być finansowane z kpo muszą wypełniać kamienie milowe, tak więc przykładowo z kpo miano sfinansować zakupy zeroemisyjnych autobusów dla miast powyżej 100 tysięcy mieszkańców, w sytuacji w której KJ szacuje, że mamy 14 milionów wykluczonych komunikacyjnie polaków wydawanie kilkunastu milionów złotych na 1 autobus jest kuriozalne. Inny wydatek to pompy ciepła, w sytuacji w której polski system energetyczny funkcjonuje na granicy blackotu dodawanie kilkuset tysięcy pomp to samobójstwo. Białe słonie i betonowe koła ratunkowe…

Admin
1 miesiąc temu
Reply to  weres

W ciągu kilku lat system energetyczny można „wyremontować”, te pompy ciepła też nie zostaną wyczarowane w nocy ze środy na czwartek, więc wydaje mi się, że z tym samobójstwem to gruba przesada

jsc
23 dni temu
Reply to  weres

(…) w sytuacji w której KJ szacuje, że mamy 14 milionów wykluczonych komunikacyjnie polaków wydawanie kilkunastu milionów złotych na 1 autobus jest kuriozalne(…)
Ale kuriozalne już nie jest:
– Przekop Mierzei
– budowa gigantycznego lotniska w Baranowie

Przemek
1 miesiąc temu

Piaowcy buntem fundusz i tak rozkradli wiec lepiej ze go nie ma

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!