Posłowie wrócili z urlopów, a to oznacza, że wróci też kwestia kredytów frankowych, którą Sejm – na zlecenie prezydenta Andrzeja Dudy – chce załatwić jeszcze do końca jesieni. Rzecz w tym, by wreszcie odhaczyć choćby cząstkowe spełnienie obietnicy wyborczej.

Co prawda obietnica brzmiała „przewalutujemy kredyty frankowe na złotowe po kursie startowym”, ale władzy stopniowo miękła tzw. rura i – poprzez przewalutowanie po kursie sprawiedliwym, zwrot spreadów i kilka innych, coraz głupszych, pomysłów – doszliśmy do dzisiejszego projektu, by przewalutować po preferencyjnym kursie niektóre kredyty. I żeby banki same się z klientami w tej sprawie dogadały. Nie sądziłem, że dożyję tak romantycznego spojrzenia na bankowość.

Romantyczny pomysł prezydenta na franki

Romantyczny projekt jest już w Sejmie i prawdopodobnie w najbliższych tygodniach posłowie wezmą go w obroty. Przypomnę pokrótce, że banki mają się składać na 3-miliardowy fundusz (proporcjonalnie do wartości udzielonych kredytów walutowych) i każdy z nich – zarządzając swoim „kawałkiem” tego funduszu – w ciągu pół roku miałby wybrać grupę klientów, której by zaproponował przewalutowanie w ramach „swojej” puli pieniędzy. Gdyby z jakichś przyczyn negocjacje się nie udały, to bank musiałby podzielić się nie wykorzystanym „swoim” kawałkiem funduszu z konkurencją.

Tutaj więcej: Pomysł prezydenta na franki, czyli despacito, po dobroci

O wątpliwościach co do tego pomysłu już pisałem. Największa jest taka, że jeśli się jest pod presją czasu, to lepiej negocjować z małą grupą klientów, niż z dużą. I raczej z najsłabszymi, niż z tymi, którzy mają jeszcze siłę pyskować. Banki będą więc proponować przewalutowanie klientom w najgorszej sytuacji, którzy i tak mają pistolet niewypłacalności przy skroni. A więc zrealizują wariant „pomocowy”, zamiast „rozliczeniowego” (na miarę swoich możliwości rozliczamy się z wciągnięcia wszystkich klientów w nadmierne ryzyko).

Przewalutowanie to będzie oznaczało co prawda umorzenie części długu (by rata miesięczna została bez zmian), ale jednocześnie wystawi klienta na dwa ryzyka: a) że w przyszłości kurs franka jeszcze spadnie i gdyby operacja odbyła się w innym momencie, to jej bilans byłby korzystniejszy, b) że w przyszłości stopy procentowe w Polsce wzrosną i ów – i tak ledwo spłacający raty klient – będzie musiał płacić więcej. Co do tego, że w Polsce wzrosną stopy mamy pewność. Co do tego, że w przyszłości wzrosną raty kredytów frankowych – już nie. To zależy od stóp procentowych w Szwajcarii i od kursu franka do głównych walut światowych.

Czytaj też: PKO BP ma już pomysł na przewalutowanie franków. Inne banki będą go naśladowały?

Frankowa ruletka: umorzenie części kapitału kontra wyższa rata w przyszłości

Wpadły mi w ręce robocze wyliczenia jednego z banków, który spróbował na własny użytek oszacować bilans operacji przewalutowania kredytu dla takiego klienta w tarapatach, który dostałby od banku propozycję nie do odrzucenia. Czy zysk wynikający z obniżenia salda długu (by rata po przewalutowaniu nie była wyższa od frankowej) nie zostanie zjedzony przez wyższe raty w przyszłości? Czy przypadkiem taki klient nie powinien odrzucić oferty banku w obawie, że dziś trochę mu spada „papierowy” dług, a w przyszłości wzrosną realne raty do zapłacenia?

Do symulacji wzięto kredyt wart na starcie 80.000 franków, zaciągnięty we wrześniu 2007 r. przy kursie franka 2,26 zł. W dniu wypłaty dług klienta był przeliczany na 180.500 zł. Kredyt jest na 30 lat i ma marżę 1% powyżej LIBOR CHF. Załóżmy, że bank przychodzi dziś do klienta z propozycją przewalutowania. Co prawda duża część została już spłacona – saldo do spłaty wynosi 56.500 franków – jednak biorąc pod uwagę kurs franka zadłużenie klienta jest nawet większe, niż na początku – przy kursie franka 3,76 zł wynosi 212.500 zł.

Aby klient miał jakikolwiek interes w przewalutowaniu kredytu jego rata po przeprowadzeniu tej operacji nie mogłaby pójść w górę. A dziś klient płaci mniej więcej 910 zł miesięcznie. Żeby to się dało zrobić, w warunkach znacznie wyższych stóp procentowych w Polsce, saldo długu trzeba byłoby obniżyć do 168.000 zł. Klient dostaje więc umorzenie w wysokości niemal 45.000 zł (to tak jak gdyby przewalutowano mu kredyt przy kursie 2,98 zł za franka).

Fajnie? Fajnie! Rata zostaje ta sama – 910 zł – kredyt jest o ponad 20% mniejszy, a ryzyka kursowego nie ma. Żyć nie umierać. Do końca spłaty co prawda jeszcze 20 lat, ale bank de facto wziął na klatę różnice kursowe od 2,98 zł do 3,76 zł (czyli 78 gr.) pozostawiając na plecach klienta wzrost kursu z 2,26 zł do 2,98 zł (czyli o 72 gr.). Prawie idealny podział kosztów po połowie. Policzyłem kiedyś, że przy wartości międzybankowego funduszu na poziomie 3 mld zł rocznie banki byłyby w stanie potraktować takim umorzeniem 5-10% frankowych klientów rocznie.

Jest więc super. Ale… na horyzoncie pojawia się wizja wzrostu stóp procentowych. Dziś WIBOR wynosi 1,76%, ale załóżmy, że za dwa lata – we wrześniu 2019 r. – skoczy do 2,58%, zaś po kolejnych dwóch latach – do 3,1%. To nie jest odważna wizja, raczej konserwatywna. Mówimy o pięciu-sześciu podwyżkach stóp po „ćwiartce”, dokonanych w ciągu aż czterech lat.

Co będzie jeśłi WIBOR skoczy do 3%? A co, gdy skoczy do…

Po pierwszym wzroście stawki WIBOR – tej za dwa lata – rata klienta rośnie z 910 zł do 975 zł miesięcznie. Zaś po drugiej – tej za cztery lata – już do 1011 zł. Mówimy więc o 100-złotowej dopłacie do każdej raty. Przy założeniu, że w momencie przewalutowania kredyt był i tak „trudny”, taka dodatkowa stówka może spowodować kłopoty klienta. Gdyby jednocześnie okazało się, że kurs franka spada, a stopy procentowe LIBOR nie idą w górę… oj, może być frustracja.

Nie wróżmy jednak z fusów, równie dobrze za te cztery lata frank może być po 5 zł, a przewalutowani klienci będą co miesiąc odbywali dziękczynne pielgrzymki pod Sejm i Palac Prezydencki, by podziękować za uratowanie życia. Tym niemniej trzeba założyć, że przez kolejnych 15 lat spłaty kredytu klient „odda” część umorzenia w wyższych ratach.

Takie 100 zł miesięcznie przez 15 lat sklada się na 18.000 zł. To mniej, niż połowa wartości umorzenia. Oczywiście im większy wzrost stóp procentowych, tym większą część umorzenia „zjedzą” wyższe raty. Gdyby WIBOR dość szybko poszedł w górę nie tylko do 3%, ale do 5%? Albo do 7%. Wtedy znów będą zarzuty o wpędzaniu klienta w kolejne bagno.

Weźmy innego klienta: kredytobiorcę z najgorszego możliwego momentu – sierpnia 2008 r., gdy frank było po 2 zł. Jeśli taki klient zaciągnął wtedy 120.000 franków kredytu, to dziś ma do spłaty 79.000 franków. Ale licząc w polskiej walucie jego dług podskoczył ze startowego poziomu 245.000 zł do 297.000 zł.

Żeby jego rata utrzymała się na tym samym poziomie bank musiałby przy przewalutowaniu obniżyć mu kredyt o 50.000 zł. Rata wyniosłaby wtedy niecałe 1600 zł. Po hipotetycznej podwyżce WIBOR-u z 1,7% do 3,1% rata wzrosłaby do 1730 zł. Te 130 zł miesięcznie przez kolejnych 15-20 lat spłaty rat przełożyłoby się na „stratę” 25.000-30.000 zł. Czyli na wyższych stopach klient „straciłby” połowę tego, co zyskał na przewalutowaniu.

Masz kredyt frankowy w dobrym banku? Twoje szanse na przewalutowanie rosną

Z punktu widzenia tych klientów-szczęśliwców, którym banki zaproponują przewalutowanie, będzie to więc nie najgorszy interes. O ile oczywiście nie okaże się, że frank jest coraz tańszy i mając kredyt walutowy płaciłoby się jeszcze mniej, a kredyt sam by się „umorzył” po spadku kursu. No i zakładając, że klienta byłoby stać na wyższe raty. Jeśli banki zaproponują przewalutowanie tylko klientom o najgorszym standingu finansowym, to wcale nie jest to takie pewne.

No właśnie, ale w jaki sposób banki wybiorą klientów do przewalutowania z „premią”? Podstawowy scenariusz jest taki, że będą to klienci w najtrudniejszej sytuacji. Ale jak to obiektywnie zmierzyć? Poprosić wszystkich o oświadczenia majątkowe? Pamiętajmy, że to będzie walka o wielkie pieniądze – klient nie dostanie ich do ręki, ale „prezent” w postaci wzięcia przez bank na klatę mniej więcej połowy niekorzystnych różnic kursowych to duża rzecz. I spodziewam się wielu awantur na tle „dlaczego on, a nie ja?”.

Mechanizm zaproponowany przez prezydenta nie bierze pod uwagę kwestii jakości portfeli kredytowych banków, więc w zależności od tego w którym banku masz kredyt frankowy próg uprawniający do wzięcia udziału w przewalutowaniu będzie ustawiony w innym miejscu. Są przecież banki, w ktorych ponad 10% kredytów frankowych to te zagrożone, ale są i takie, w których w zasadzie nie udzielano kredytów biednym klientom i trudno będzie wybrać choć 5% tych, którzy są w trudnej sytuacji.

Można sobie wręcz wyobrazić sytuację, że jakiś bank – który zawsze udzielał kredytów frankowych bardzo ostrożnie – będzie musiał oddać większość swojej puli tym bankom, które pożyczały komu popadnie. Bo ten „dobry” bank po prostu nie znajdzie klientów zainteresowanych przewalutowaniem całego kredytu.

A propos… tych, którzy pożyczali zbyt odważnie, przeczytaj o sytuacji Getin Banku. Nie jest zbyt wesoło

Jeśli bank ma wyłącznie świadomych kredytobiorców, to raczej będą oni zainteresowani innym rozwiązaniem – przewalutowaniem tylko części kwoty. Wtedy ryzyko wynikające z „frankowości” spada, bo nie obejmuje całego kredytu tylko jego część. Z drugiej strony również tylko część kredytu – tę przewalutowaną – obejmuje ryzyko wzrostu stóp procentowych.

Prezydent otworzy nową puszkę Pandory: albo nawet dwie. A właściwie to dwie i pół

I to byłby chyba najlepszy wariant rozwiązania sporu o franki – zaproponowanie wszystkim klientom przewalutowania kawałka długu po preferencyjnym kursie. Klienci mieliby trochę ryzyka „frankowego”, a trochę „złotowego” (oczywiście oznacza to, że za kilka lat po podobny „prezent” przyjdą kredytobiorcy złotowi, ale tego już chyba i tak nie unikniemy). Tyle, że założenia projektu prezydenta nie promują takiego rozwiązania, lecz przewalutowywanie w całości wybranych kredytow.

Projekt prezydenta, jeśli przejdzie przez Sejm, może otworzyć nową puszkę Pandory. Albo nawet i dwie. Jedna będzie dotyczyła niejasnej sytuacji osób, które skorzystają z przewalutowania (na poziomie ich doboru oraz czy naprawdę na tym zyskają?), zaś druga – możliwości finansowania banków, które nieostrożnie pożyczały z kasy klientów banków rozsądnych (bo to przecież klienci banków tak naprawdę składają się na fundusz „frankowy”).

zdjęcie tytułowe: Klappe/Pixabay.com

 

Share This

Zapisz się na mój newsletter

i otrzymaj prezenty

 

Zapisując się na mój newsletter otrzymasz kilka prezentów, a od czasu do czasu podeślę Ci najciekawsze wpisy na blogu.

Upewnij się, że nie przegapisz najciekawszym artykułów!

Gratulacje! Jesteś zapisany