Wygląda na to, że to w sądach, a nie w Sejmie, rozstrzygnie się batalia dotycząca legalności kredytów frankowych. Jak wiadomo z obietnic wyborczych partii obecnie rządzącej nie zostało prawie nic (chyba nawet zwrotu spreadów nie będzie). Według ostatnich projektów na odwalutowanie po kompromisowym kursie mogą liczyć tylko nieliczni (prawdopodobnie 5% klientów poszczególnych banków). W tej sytuacji oczy tych, którzy twierdzą, że ich kredyty frankowe są nieuczciwe i powinny być unieważnione (lub odwalutowane) są skierowane w stronę sądów.

Czytaj też: Kto ma szansę na odwalutowanie kredytu według ustawy prezydenckiej tkwiącej w Sejmie?

Tu zaś bywa różnie. W pierwszej instancji frankowicze dość często wygrywają, ale sukcesów prawomocnych jest już mniej (choć przecież większość spraw jest jeszcze w toku, więc za wcześnie na podsumowania). W bardzo podobnych sprawach zapadają zupełnie rozbieżne wyroki, co z kolei ogranicza liczbę nowych spraw kierowanych do sądów (ci, którzy się wahali, wciąż mają trudność z oszacowaniem jakie mieliby szanse w sądzie). Brakuje orzecznictwa Sądu Najwyższego, które uporządkowałoby pole gry.

Tutaj znajdziesz – opisane przystępnym językiem i zinterpretowane – najważniejsze wyroki w sprawie franków. Przeczytaj zanim zdecydujesz co robić z własnym kredytem

W tej sytuacji warto nasłuchiwać wieści z Luksemburga, gdzie mieści się Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE). Wyroki tego sądu są wiążące dla sądów wszystkich krajów unijnych, więc mają status nawet wyższy, niż orzeczenia polskiego Sądu Najwyższego. TSUE nie wypowiada się z własnej inicjatywy, lecz odpowiada na tzw. pytania prejudycjalne zadawane przez sądy krajów Unii Europejskiej. Polskie sądy jakoś nie zamęczają TSUE sprawami frankowymi, ale od czasu do czasu pojawiają się orzeczenia w sprawach kredytobiorców węgierskich, hiszpańskich, czy z Bałkanów.

Kilkanaście dni temu, 20 września, TSUE wypowiedział się w sprawie rumuńskich klientów (Ruxandra Paula Andriciuc and Others) przeciwko Banca Româneasca. Rzecz jest ciekawa, bo dotyczy umów kredytów hipotecznych denominowanych we frankach, zawartych w latach 2004–2007. TSUE odpowiadał na trzy pytania prejudycjalne zadane przez sąd rumuński, dotyczące interpretacji przepisów Dyrektywy 93/13/EWG (mówi o nieuczciwych warunkach w umowach konsumenckich). Ta sama dyrektywa jest podstawą argumentacji polskich klientów w sprawach frankowych, więc nie ma żartów.

Czytaj: To już nie przypadek. Sądy unieważniają kredyty frankowe

Czytaj: Nowy patent w sądowej wojnie o franki. Klienci, którzy go stosują, mogą wygrać szybciej

Czytaj też: Banki pozostaną twarde w sprawie franków. „Większość spraw prawomocnie wygrywamy”

Czytaj również: Dziwny wyrok w sprawie franków. Klient poległ prawomocnie. Ale ta argumentacja…

Rumuni też mają ten problem. Bank, sprzedając klientom kredyt frankowy, wpuścił ich na minę?

Spór rumuńskich klientów z bankiem dotyczył kredytu wyrażonego we frankach (choć prawdopodobnie wypłaconego w lejach, bo był to rodzaj kredytu konsolidacyjnego), który miał być spłacany bezpośrednio we frankach. To oznacza, że sprawa jest trochę inna, niż na naszym podwórku. W Polsce przeważnie banki żądały spłaty w złotych (przy okazji zarabiając na różnicach kursowych, wymieniając złote na franki w swoich „kantorkach”), dopiero po uchwaleniu ustawy antyspreadowej klienci otrzymali prawo spłaty rat we frankach (korzysta z tego niewielu).

Jednak pozostałe punkty sporu już odpowiadają polskim realiom. Klienci zarzucają bankowi, że nie uprzedził ich we właściwy, wystarczająco zrozumiały sposób o ryzyku kursowym, przerzucając na nich w pełni ryzyko zmian na rynku walutowym. Jak wiemy okazały się one brzemienne w skutki i spowodowały drastyczny wzrost zadłużenia wyrażonego w lokalnej walucie nie tylko rumuńskich, ale i polskich klientów banków. Luksemburski sąd unijny tak relacjonował stanowisko klientów wyrażone w rumuńskim sądzie.

„W przeciwieństwie do innych walut obcych, służących jako waluty referencyjne dla pożyczek, bank nie wyjaśnił, iż kurs franka szwajcarskiego ulegał znaczącym wahaniom w stosunku do leja rumuńskiego. Prezentacji dokonano w zniekształcony sposób, uwypuklając korzyści produktu tego rodzaju i wykorzystaną walutę, jednocześnie zaniedbując ukazanie potencjalnego ryzyka i prawdopodobieństwa jego ziszczenia. Nie informując w sposób przejrzysty o ryzyku, bank naruszył ciążące na nim obowiązki informowania, uprzedzenia i doradztwa, a także obowiązek sformułowania warunków umownych prostym i zrozumiałym językiem, aby każdy kredytobiorca mógł ocenić zakres obowiązków wynikających z zawartej przez siebie umowy”

Na tej podstawie rumuńscy klienci uznali, że kredyt, ze względu na fakt nałożenia na nich przez bank ryzyka kursowego, zawierał nieuczciwe warunki umowne. I zażądali stwierdzenia nieważności tych warunków. Czyli ustalenia przez bank nowego harmonogramu spłat, przewidującego przewalutowanie kredytów na leje rumuńskie według kursu z dnia zawarcia umowy. To dość podobne roszczenie do tych wysuwanych przez polskich frankowiczów. Tu też pojawia się – jako jeden z kilku (oprócz np. podwójnej waloryzacji) kwestia niewystarczającego naświetlenia ryzyka przez bank udzielający kredytu.

Czytaj też: Były pracownik banku pod przysięgą: „klienci nie mieli szans zrozumieć co im sprzedajemy”

Czytaj też: Klient przegrał proces z bankiem. Apelacji nie będzie. Co dalej?

Rumuński sąd pisze do TSUE w sprawie franków. Trzy pytania. Ważne także dla nas

Sąd pierwszej instancji odrzucił roszczenia klientów, a ci się odwołali od wyroku. Zaś rumuński sąd apelacyjny podrapał się w łepetynę i zadał trzy pytania luksemburskiemu TSUE. Wszystkie trzy dotyczą interpretacji zapisów unijnej dyrektywy i – bezpośrednio i pośrednio – granicy dzielącej zapisy w umowie na uczciwe i nieuczciwe.

Rumuński sąd apelacyjny zapytał czy ewentualną „znaczącą nierównowagę między prawami i obowiązkami stron wynikającymi z umowy” sąd powinien badać tylko w odniesieniu do chwili zawarcia umowy – a więc analizując wyłącznie założenia „teoretyczne” – czy też nierównowaga ta może objawić się w trakcie wykonywania umowy, gdy np. „świadczenie konsumenta stało się nadmiernie uciążliwe w porównaniu z chwilą zawarcia umowy z powodu istotnych zmian kursu wymiany?”

Drugie pytanie: czy wyrażenie warunku (w tym przypadku warunku „frankowości”) w umowie prostym i zrozumiałym językiem (w rozumieniu art. 4 ust. 2 dyrektywy 93/13) powinno oznaczać tylko objaśnienie mechanizmu czy też przewidywać wszystkie jego możliwe konsekwencje, w zależności od których może zmieniać się cena płacona przez konsumenta? Czy spoczywający na banku obowiązek dotyczący poinformowania klienta o warunkach kredytu (odsetki, prowizje) powinien objąć również objaśnienie ewentualnego wzrostu lub spadku wartości waluty obcej?

Trzecie pytanie dotyczyło ustalenia czy warunek spłaty rat w obcej walucie to tzw. „główny przedmiot umowy”, czy też jest nim tylko oprocentowanie oraz konieczność zwrotu określonej kwoty w danym terminie, zaś kwestie „walutowości” (czyli w jakiej walucie ma być dostarczona płatność) są już uboczne?

Ma to o tyle duże znaczenie, że prawo – także polskie – mówi, iż tzw. abuzywność (czyli nieuczciwość wiążącą się z „wygumkowaniem” podejrzanego zapisu z umowy) można stwierdzić tylko w przypadku zapisów, które nie dotyczą głównych świadczeń i które nie były indywidualnie uzgadniane z klientem (czyli klientowi podsunięto gotowy wzór umowy do podpisu).

Co na to wszystko sędziowie TSUE? Gdybym miał interpretować orzeczenie językiem sportowym, to napisałbym, że jest 2:1 dla banków. W dwóch przypadkach sąd europejski zinterpretował dyrektywę w sposób, który może pomóc w „polskich” sprawach raczej bankom, niż klientom, zaś w jednej sprawie wypowiedział się prokonsumencko. Jednak niewykluczone, że dwa gole, które padły w tym meczu dla banków, padły ze spalonego.

Czytaj też: Nabici mają problem? Bankowcy wymyślili nowy trik prawniczy. Będzie skuteczny?

Nierównowaga w umowie. Czy bank jest winien jeśli objawiła się dopiero po pewnym czasie?

Czy nierównowagę w warunkach umowy należy rozpatrywać wąsko (tylko na moment podpisywania kontraktu) czy szeroko (rozciągając ją na wszystkie możliwe konsekwencje, które mogły pojawić się dopiero później, ale nie były do przewidzenia w momencie podpisywania umowy)? Europejski sąd orzekł, że

„Oceny nieuczciwego charakteru warunku umownego należy dokonywać w odniesieniu do momentu zawarcia danej umowy, z uwzględnieniem ogółu okoliczności, które mogły być znane przedsiębiorcy w owym momencie i mogły mieć wpływ na późniejsze jej wykonanie”

To nie jest dobra interpretacja dla kredytobiorców, oznacza bowiem, że bankowcy – przenosząc spór na polski grunt – mogą próbować udowadniać, że w momencie podpisywania umowy kredytu frankowego zapisy dotyczące denominowania długu w obcej walucie nie były niesprawiedliwe i nieuczciwe, bo ryzyko kursowe wyglądało wówczas na niewielkie, Polska miała za chwilę wejść do strefy euro, zaś zmienność na rynku walut była niewielka. A tego, co stało się później, w tamtym momencie nie dało się przewidzieć. Na osłodę unijny trybunał dodaje:

„Do sądu krajowego należy ocena, w świetle ogółu okoliczności i z uwzględnieniem fachowej wiedzy banku w zakresie ewentualnych wahań kursów wymiany i ryzyka wiążących się z zaciągnięciem kredytu w walucie obcej, istnienia ewentualnej nierównowagi w rozumieniu rzeczonego przepisu”

A więc sąd krajowy może mimo wszystko uznać, że bank – jako specjalista – mógł przewidzieć, że zmienność na rynku walutowym kiedyś wzrośnie i że klient padnie tego ofiarą. A skoro mógł to przewidzieć, to być może nie powinien oferować takiego – potencjalnie toksycznego – produktu finansowego. I być może powinien ponieść tego konsekwencje. O ile więc interpretacja TSUE nie jest prokonsumencka, o tyle pozostawia furtkę.

Patrząc na sprawę przez pryzmat polskich kredytobiorców trzeba też pamiętać, że oni kwestionują nie tyle nieuczciwość samego kredytu ze względu na jego konstrukcję (a w każdym razie nie jest to główna linia sporu), lecz nieuczciwość klauzul przeliczeniowych (czyli po jakim kursie bank przeliczał wpłacane złotówki na franki – w przypadku kredytów denominowanych w tej walucie). Nasz spór jest więc dużo głębszy, niż tylko dotyczący kwestii nieuczciwej konstrukcji umowy.

Czytaj: Problem franków rozwiązuje się sam, a banki znów pożyczają z fantazją. Będą kłopoty? 

Czy „frankowość” kredytu można w ogóle badać pod kątem nieuczciwości banku?

Na pytanie czy „frankowość” kredytu jest „głównym przedmiotem umowy” sąd europejski odpowiedział twierdząco. A więc zapis, na mocy którego kredyt należy spłacić w tej samej walucie obcej, w której został on zaciągnięty, „określa podstawowe świadczenie charakteryzujące tę umowę”. To z kolei oznacza, że „warunku tego nie można uznać za nieuczciwy, o ile jest on wyrażony prostym i zrozumiałym językiem”.

Ta decyzja TSUE chyba też nie dotyczy głównej osi sporu frankowiczów z polskimi bankami, choć wytrąca im z ręki jeden z argumentów. Co prawda orzeczenie TSUE odnosi się do odmiany kredytu, która w Polsce nie była oferowana (spłacanego we frankach), ale pojawia się tutaj dość jednoznaczne stwierdzenie, że „frankowość” jest głównym przedmiotem umowy i nie można jej badać pod kątem abuzywności. Oczywiście nie oznacza to, że nie można badać abuzywności szczegółowych zapisów umowy, które tę „frankowość” uszczegóławiają.

Inna sprawa, że jest niemal pewne, że to orzeczenie ujnijnego sądu bankowcy będą chcieli interpretować bardzo szeroko, rozciągając tę interpretację w taki sposób, by przekonać sędziów, iż nie powinni w ogóle badać kwestii prawidłowości zawierania umów frankowych. Bo po prostu nie mają po temu podstaw.

„To istotne orzeczenie unijnego trybunału, który przede wszystkim potwierdza w tymże wyroku, że umowy kredytów denominowanych do walut obcych są umowami prawidłowo zawieranymi przez banki z kredytobiorcami. (…) TSUE stwierdził, że klauzula umowna w umowie kredytu hipotecznego określająca obowiązek spłaty kredytu w walucie, w której został on zaciągnięty, stanowi główny przedmiot umowy kredytu. Oznacza to, że nie jest to w ocenie TSUE kwestia poboczna, lecz jedna z najważniejszych cech umowy kredytowej denominowanej w walucie obcej. Wynika z tego uznanie, że dana klauzula nie jest abuzywna, a możliwość jej kontroli w zakresie abuzywności jest wyłączona. Można jedynie badać, czy została wyrażona językiem prostym i zrozumiałym”

– taką interpretację orzeczenia TSUE, przyznacie, że baaaaardzo szeroką, przeczytałem w tekście mec. Piotra Gałązki, prawnika będącego „uszami” Związku Banków Polskich w Brukseli. Będzie więc „wojna propagandowa” na tle tej części orzeczenia.

Ryzyko kursowe: jak bardzo bank powinien je wytłumaczyć klientowi?

Dość ważny – i dobry dla polskich konsumentów – jest za to trzeci segment odpowiedzi TSUE na pytania rumuńskiego sądu. Mówi on o prostym i zrozumiałym języku, którym trzeba opisywać ryzyko kursowe. Mam niejasne przeczucie, że w oparciu o tę interpretację unijnej dyrektywy 93/13 niejeden polski bankowiec jeszcze zapłacze. Ryzyko kursowe przy udzielaniu kredytu bywało bowiem wyjaśniane klientom w bardzo różny – nie zawsze klarowny i nie zawsze rzetelny – sposób.

„Wymóg wyrażenia warunku umownego prostym i zrozumiałym językiem oznacza, że w wypadku umów kredytowych instytucje finansowe muszą zapewnić kredytobiorcom informacje wystarczające do podjęcia przez nich świadomych i rozważnych decyzji. (…) Warunek dotyczący spłaty kredytu w tej samej walucie obcej co waluta, w której kredyt został zaciągnięty, musi zostać zrozumiany przez konsumenta zarówno w aspekcie formalnym i gramatycznym, jak i w odniesieniu do jego konkretnego zakresu, tak aby właściwie poinformowany oraz dostatecznie uważny i rozsądny przeciętny konsument mógł nie tylko dowiedzieć się o możliwości wzrostu lub spadku wartości waluty obcej, w której kredyt został zaciągnięty, ale również oszacować – potencjalnie istotne – konsekwencje ekonomiczne takiego warunku dla swoich zobowiązań finansowych”

To nie są żarty, to jest bardzo wysoko zawieszona poprzeczka dla banków, które udzielały kredytów frankowych. Co prawda mówimy tu o warunku dotyczącym spłaty rat kredytu we frankach (a więc nie dokładnie takim samym, jaki mają w umowach polscy kredytobiorcy), ale można tę interpretację rozciągać na wszystkie warunki dotyczące „walutowości”.

A jeśli tak to banki muszą udowadniać w sądzie nie tylko to, że podłożyły klientom właściwy papierek do podpisu. I nawet nie tylko to, że był to papierek napisany prostą i poprawną polszczyzną. Bank musi mieć dowód, że klient, w oparciu o przekazane przez bank informacje, mógł oszacować wszystkie potencjalnie istotne scenariusze związane ze spłatą kredytu. Oj, tu może być kiepsko.

Tutaj całe orzeczenie przetłumaczone na język polski: „Orzeczenie TSUE w sprawie C‑186/16”

Ilustracja tytułowa: CQF-avocat/Pixabay.com