Kiedyś – w czasach kiedy byłem jeszcze żółtodziobem, a pieniądze na giełdzie mnożyły się jak norki – zadałem jednemu z najlepszych znanych mi speców od zarządzania dużą kasą dręczące mnie pytanie. Brzmiało ono: „w co zainwestowałby pan pewną sumkę, którą obecnie dysponuję”? Nie pamiętam o jaką kwotę wtedy chodziło, ale doskonale pamiętam słowa, którymi ów zarządzający wielką kasą mi wtedy odpowiedział. „Proszę zainwestować te pieniądze w siebie i w swoje przyszłe zarobki. Nie ma takiej giełdy, która w długim terminie pomnoży pana pieniądze lepiej”.

I wiecie co? Zawsze mi się ta historia przypomina na początku roku akademickiego. Studiowanie to ten moment w życiu, który idealnie pasuje do opowieści o inwestowaniu w siebie. Im lepiej student wykorzysta ten czas do wypełnienia CV pożądanymi przez pracodawców faktami, tym większy będzie pierwszy krok w kierunku finansowej pomyślności.

STUDIOWANIE CZYLI NAJWIĘKSZA INWESTYCJA W SIEBIE

Koszt utrzymania studenta – przy założeniu, że uczy się poza domem – w skali całego okresu studiów wynosi od 50.000 zł do 120.000 zł (mieszkanie, wyżywienie i przyjemności – 800-2000 zł miesięcznie). Nawet jeśli przyjmiemy, że to nieco „napompowane” dane (miejsce w akademiku kosztuje znacznie mniej, budżet na przyjemności też można zredukować), to i tak mówimy o kosztach porównywalnych z ceną niezłego samochodu.

A jeśli w dodatku trzeba za studia płacić czesne (najmniej „chodliwe” kierunki kosztują 20.000 zł w skali całych studiów, a najbardziej modne – nawet 60.000 zł), to okazuje się, że mówimy o pieniądzach, których „odzyskanie” może trwać bardzo długo. Te pieniądze to wysokość Waszej inwestycji w siebie (w większości jej koszty ponoszą Wasi rodzice, choć pewnie część z Was stara się zarobić jakieś pieniądze, albo wspomaga się stypendiami).

Na szczęście ten medal ma i drugą, bardziej przyjazną stronę. Ze studiowania można wycisnąć trochę pieniędzy, o ile komuś się chce trochę ruszyć głową, by wykorzystać nadarzające się okazje. I nie myślę tu tylko o kwestiach związanych ze stypendiami socjalnymi lub naukowymi.

Studia – niezależnie czy kosztują mniej, czy więcej i czy finansujecie je z własnej kieszeni, z kredytu, czy też z pieniędzy rodziców – są inwestycją w wasze przyszłe zarobki. Im lepiej wykorzystacie ten czas (staże, doświadczenia, praktyki, kontakty, kursy), tym szybciej prawdopodobnie będzie w przyszłości rosła wasza pensja. A stopa zwrotu z takiej inwestycji – zgodnie ze słowami zarządzającego, z którym rozmawiałem – jest znacznie wyższa, niż dałaby jakakolwiek lokata, czy nawet zakup akcji na giełdzie.

No bo tak: jeśli dziś zarabiam 2000 zł miesięcznie i co roku będę dostawał po 500 zł podwyżki, to za 5 lat będę zarabiał jakieś 4000 zł, za 10 lat moja pensja będzie wynosiła 6500 zł miesięcznie, a za 15 lat – już 9000 zł miesięcznie. Wówczas będzie można powiedzieć, że pieniądze zainwestowane w studia (załóżmy, że jest to umowne 100.000 zł na utrzymanie i wydatki związane z nauką) przyniosły łączny dochód w wysokości 990.000 zł.

Dla porównania: średni roczny dochód z lokaty bankowej to 1,5%, a z inwestycji w indeks giełdowy WIG w ciągu ostatnich 15 lat dało się wycisnąć średnio 11% rocznie. Dobrze zainwestowany w studia pieniądz to taki, który daje średniorocznie więcej, niż zakup giełdowych spółek. W tym względzie decydujących jest pierwszych 20 lat kariery zawodowej. To wtedy wynagrodzenie rośnie najszybciej. Pokazuje to dobitnie ten wykres obrazujący dochody i wydatki przeciętnego konsumenta w cyklu jego życia.

OSZCZĘDZAJ PIENIĄDZE, KTÓRYCH JESZCZE… NIE MASZ

Ale niezależnie od tego czy i kiedy koszty studiowania się zwrócą (życzę, żeby się tak stało i to szybko), to pierwsza praca – a studia są zwykle pretekstem, żeby ją podjąć – to ten moment w życiu, w którym warto zacząć stosować pewną zasadę. Może ona sprawić, że za jakiś czas staniecie się dość zamożnymi ludźmi dzięki pieniądzom, których dziś… jeszcze nie macie. Co mam na myśli? Przeznaczanie na oszczędności i inwestowanie części pieniędzy, które uzyskacie w przyszłości dzięki podwyżkom pensji, premiom i innym nieregularnym dochodom.

Mój patent: podpiszcie ze sobą wewnętrzną umowę „menedżerską” i przeznaczajcie po 20% każdego dodatkowego dochodu (podwyżki, premie, wypłaty z jakiejś dorywczej pracy) na fundusz spełniania marzeń. Jeśli np. podejmiecie stałą pracę i po pewnym czasie dostaniecie 300 zł podwyżki, to od tej pory co miesiąc przeznaczajcie 60 zł z tych pieniędzy na oszczędzanie. To pieniądze, których i tak nie uwzględnialiście do tej pory w domowym budżecie, więc spokojnie moglibyście się bez nich obyć. A w długim okresie te pieniądze – dzięki procentowi składanemu – dadzą ogromne kwoty. Jak duże? Policzmy.

Jako punkt wyjścia do obliczeń przyjmijmy dane dotyczące wzrostu wynagrodzenia przeciętnego pracownika w ciągu całej kariery. Wiadomo, że ta średnia niewiele mówi, bo przecież niektórzy zarabiają po 15-20 latach kariery po kilkadziesiąt tysięcy złotych. Ale są i tacy, którym wynagrodzenie dość szybko się wypłaszcza i pozostaje na dość niskim poziomie. Średnia z tych wszystkich przypadków jest więc taka:

Przeciętny żak opuszczający uczelnię z tytułem magistra – lub też jakikolwiek inny młody człowiek, który właśnie zakończył edukację i znalazł pierwszą pracę – zarabia na starcie średnio 2600 zł netto. Po roku wynagrodzenie rośnie o 600 zł, zaś po kolejnych dwóch latach o następne 400 zł.

Jeśli tylko 20% z każdej podwyżki pójdzie na fundusz spełniania marzeń, to po pierwszym roku pracy  zaczynamy odkładać po 120 zł miesięcznie (20% od 600 zł podwyżki). Przez 24 miesiące uzbiera się jakieś 3000 zł (licząc z odsetkami bankowymi). A gdy po tych dwóch latach dojdzie jeszcze 400 zł podwyżki, to „składka” na fundusz spełnianie marzeń rośnie do 200 zł miesięcznie. I przez kolejne dwa lata uzbieramy kolejne 5000 zł (z odsetkami). Po pięciu latach pracy w funduszu na spełnianie marzeń mamy 9000 zł.

Od szóstego roku pracy przeciętny pracownik dostaje kolejne 500 zł podwyżki (fundusz na spełnianie marzeń liczy od tej chwili 300 zł miesięcznie), zaś po kolejnych dwóch latach – jeszcze 250 zł (fundusz rośnie do 350 zł).  Przez ten czas fundusz na spełnianie marzeń urośnie o kolejnych 11.000 zł (od szóstego do ósmego roku kariery zawodowej) oraz o 9000 zł (przez dziewiąty i dziesiąty rok). Po dekadzie pracy „prowizja od podwyżki” spowoduje, iż będziemy dysponowali kwotą mniej więcej 30.000 zł.

Kolejnych pięć lat oznacza mniej więcej 300 zł wyższego wynagrodzenia, zaś lata 16-20 kariery – 250 zł podwyżki. Fundusz na spełnianie marzeń rośnie więc najpierw do 410 zł, a potem do 460 zł. Nawet zakładając bardzo konserwatywne oprocentowanie tych pieniędzy trzeba liczyć, że po 20 latach kariery na koncie przeciętnego pracownika wypłacającego sobie „prowizję od podwyżki” pojawi się kolejne 55.000 zł. A łączny fundusz sięga już 85.000 zł.

I to już jest koniec budowania funduszu na spełnianie marzeń, bo po 20 latach pracy zwykle wynagrodzenie zaczyna spadać. Jeśli jesteś dobrym fachowcem w swojej dziedzinie to oczywiście nic się nie zmienia i przez kolejnych 10 lat wciąż twoje wynagrodzenie rośnie. I fundusz też.

SUKCES FINANSOWY A FUNDUSZ SPEŁNIANIA MARZEŃ. JEST MOC!

Te wszystkie obliczenia, z których wynika, że absolutnie bez wysiłku w ciągu okresu wzrostu wynagrodzenia można uzbierać kwotę zbliżoną do 100.000 zł (nie uwzględniam inflacji, ale przecież wynegrodzenia też rosną w podobnym tempie, więc wartość nabywcza wynagrodzenia w czasie nie powinno raczej stanąć.

Poniżej pokażę wyliczenia, z których wynika jak ogromne znaczenie dla funduszu spełniania marzeń jest znalezienie się wśród 25% najlepiej wynagradzanych pracowników w kraju. Jeśli dobrze zainwestujesz w edukację, to nie ma bata – znajdziesz się w tej najlepiej wynagradzanej ćwiartce. A to oznacza, że startując od 3500 zł pensji (już na starcie o 900 zł więcej, niż ma przeciętny startujący w dorosłe życie Młodzian) dojdziesz przez 20 lat nie do niecałych 5000 zł, lecz do grubo ponad 8000 zł miesięcznego wynagrodzenia.

Policzmy co to oznacza dla twojego funduszu na spełnianie marzeń wynikającego z wypłacania sobie prowizji od podwyżki. Po pierwszym roku zarabiasz o 1000 zł więcej (fundusz na spełnianie marzeń wynosi 250 zł miesięcznie i 6000 zł w skali dwóch lat). W czwartym i piątym roku kariery dostajesz kolejne 900 zł podwyżki, więc składka na fundusz wynosi 430 zł, zaś sam fundusz wzbogaci się o niecałe 11.000 zł.

Trzy kolejne lata oznaczają 1000 zł podwyżki, czyli wzrost składki do funduszu na spełnianie marzeń do 630 zł. Dwa następne lata pozwalają dołożyć do tej kwoty kolejne 120 zł (czyli 20% od kolejnej, tym razem 600-złotowej podwyżki).  Fundusz w całości zgromadzi w tym czasie 43.000 zł.

Druga dekada kariery zawodowej oznacza już deliketne wypłaszczenie pensji i 1000 zł średniomiesięcznego wzrostu pensji w stosunku do pierwszej dziesięciolatki. Fundusz na spełnianie marzeń rośnie w tym czasie z 750 zł miesięcznie do 950 zł miesięcznie. W skali tych dziesięciu lat oznacza to wkład do funduszu na poziomie 115.000 zł. Z odsetkami może nawet 120.000 zł.

Sumując to wszystko uzyskujemy po 20 latach pracy „bezboleśnie” zbudowany fundusz o wartości w okolicach 175.000 zł. Jak dobrze pójdzie to być może nawet 200.000 zł. Dlaczego piszę o „bezbolesnym” funduszu? Bo pochodzi wyłącznie z 20% prowizji od podwyżki. Jedynym, niewidzialnym kosztem budowania w ten sposób oszczędności jest to, że standard życia rośnie tylko ciut wolniej, niż by mógł, bo przeznaczamy nań „tylko” 80% otrzymywanych podwyżek. 

Porównajmy teraz koszt studiowania – albo jakiejkolwiek innej formy zdobywania wiedzy o życiu – z potencjalnym uzyskiem w „prowizji od podwyżek” otrzymywanych przez pierwsze 20 lat kariery zawodowej. Jest moc, prawda? Studentów i wszystkich 20-paro-latków zachęcam do spisania ze sobą takiej umowy.