Prezydent Trump forsuje w amerykańskim parlamencie swój „Big Beautiful Bill”, czyli program zmian podatkowych, które jeszcze powiększą monstrualny deficyt budżetu USA. Tymczasem ekonomiści zastanawiają się, do czego doprowadzi spirala zadłużenia najbogatszego państwa świata. Albo… jak zostanie przerwana. Jak w miarę bezboleśnie zredukować dług, nie ścinając kluczowych wydatków państwa? Jest na to sposób i to… już kilka razy przetestowany
Amerykański Senat w tajnym głosowaniu zatwierdził gigantyczny pakiet zmian podatkowych – w tym nowych ulg dla Amerykanów – forsowany przez prezydenta Donalda Trumpa pod hasłem „Big Beautiful Bill” (wielka, piękna ustawa). Przez kilka dni ekipa Trumpa walczyła o poparcie przeciwników ustawy wśród Republikanów. Ostateczne głosowanie zakończyło się wynikiem remisowym 50:50, a decydujący o zatwierdzeniu ustawy i wysłaniu jej prezydentowi do podpisu był głos wiceprezydenta JD Vance’a.
- Milion złotych do ręki w przypadku jednej z ponad 60 chorób i miliony euro na leczenie za granicą. Ruszają w Polskę z nową ofertą. „Jest dla każdego” [POWERED BY PZU]
- Wysokie ceny akcji, złoto bije rekordy… Czy to dobry czas na rozpoczęcie przygody z inwestowaniem? Statystyki, które dają do myślenia [POWERED BY SAXOBANK]
- Ameryka czy Europa – na który rynek postawić w najbliższych kilku latach w akcyjnej części portfela? Oto kilka liczb, które pomagają rozstrzygnąć ten dylemat [POWERED BY UNIQA TFI]
Już jakiś czas temu projekt wstępnie przegłosowała Izba Reprezentantów, w sobotę wstępnie przyjął ją do czytania Senat minimalną większością głosów 51:49. Przez cały weekend głosowano poprawki, a w poniedziałek senatorowie mieli zatwierdzić całą ustawę. Prezydent postawił na swoim, ale to była trudna batalia, bo sześciu senatorów strony republikańskiej się zbuntowało. Negocjował z nimi osobiście JD Vance. W Senacie nieco złagodzono zapisy wycofujące wsparcie podatkowe dla nowo budowanych elektrowni słonecznych i wiatrowych, ale wynik głosowania do końca wisiał na włosku.
Liczący ponad 900 stron „Big Beautiful Bill” zawiera obniżki podatków oraz (mniejsze w swojej skali) cięcia wydatków, które mają spełnić część obietnic wyborczych Donalda Trumpa. To dokument, którego boi się część ekonomistów, bowiem podnosi i tak monstrualny deficyt amerykańskiego budżetu.
Bliżej podatkowych zmian w USA. Dług będzie rósł jeszcze szybciej
Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem – „Big Beautiful Bill” zostanie podpisany przez prezydenta Trumpa 4 lipca. Ale wcześniej poprawioną przez Senat ustawę będzie musiała jeszcze ostatecznie zatwierdzić Izba Reprezentantów. Wydawało się, że jest to formalnością, ale w głosowaniu proceduralnym (czyli decydującym o tym w jaki sposób będzie przeprowadzane ostateczne głosowanie) pięciu Republikanów oddało głosy na „nie”, a kolejnych ośmiu się wstrzymało. Tymczasem Republikanie mają tylko trzy głosy przewagi przy założeniu, że wszyscy Demokraci będą przeciw.
Ustawa zapewne jednak zostanie przepchnięta także przez Izbę Reprezentantów. I prawdopodobnie zwiększy deficyt budżetu USA w ciągu najbliższych 10 lat o ok. 3,3 biliona dolarów. Niedawno konsekwencje tego pakietu zmian podatkowych recenzowali ekonomiści mBank research, przypominając ten wykres, pokazujący wzrost zadłużenia USA, który ta ustawa prawdopodobnie wygeneruje.

Najnowsza wersja senackiej ustawy oferuje obywatelom bardziej hojne odliczenia od podatków stanowych i lokalnych, znane jako SALT, opóźnia datę obniżenia przez poszczególne stany tzw. podatku od dostawców (w USA nie ma podatku VAT, ale są stosowane tego typu zamienniki) oraz opóźnia wycięcie ulg podatkowych dla pojazdów elektrycznych, farm fotowoltaicznych i wiatrowych.
Elon Musk, szef Tesli oraz SpaceX oraz najbogatszy człowiek na świecie i były doradca Trumpa, powiedział, że ustawa daje „jałmużnę przemysłom z przeszłości, jednocześnie poważnie szkodząc przemysłom przyszłości”. Ale Muskiem prezydent USA już się nie przejmuje.
Analitycy zastanawiają się jak to się skończy. Pomysły Trumpa, żeby pożyczać jeszcze więcej pieniędzy i żeby podatki były niskie, a obywatele otrzymywali od państwa możliwie dużo benefitów – nie jest nowy. Państwa coraz więcej wydają i coraz bardziej zwiększają swoje zadłużenie. Niektóre największe i najbardziej rozwinięte kraje dawno już przekroczyły relację 100% długu do PKB. Stany Zjednoczone osiągnęły już poziom 123% długu do PKB, a nominalnie ten dług jest wart… ponad 36 bilionów dolarów. Polska też zadłuża się w kosmicznym tempie, w dwa lata zwiększymy zadłużenie o pół biliona złotych.
Państwa rzadko też redukują swoje zadłużenie. Bo to boli. I wiąże się ze skokowym obniżeniem poziomu życia, jak to się stało w takich krajach jak Argentyna czy Grecja. Redukować zadłużenie rządy chcą, ale najlepiej, żeby obywatele nie odczuli tego za bardzo w swoich kieszeniach. Nawet unijna procedura nadmiernego deficytu (przewidziana dla krajów, które uporczywie przekraczają relację kolejnych corocznych deficytów budżetowych na poziomie 3% PKB) skrojona jest tak, żeby kraje nie musiały jednorazowo drastycznie za bardzo oszczędzać.
Przyjemnie długi zaciągać, trudno je spłacać. Czy (znów) idziemy w kierunku bankructwa?
Czasem zaciągnięcie przez państwo kosmicznego długu oznacza, że jego obywatele muszą pogodzić się z zaciąganiem pasa i radykalnym obniżeniem poziomu życia. Pokazuje to przypadek Grecji sprzed kilkunastu lat. Doprowadzenie przez Grecję do poziomu zadłużenia publicznego ok. 200% PKB spowodowało realną groźbę bankructwa kraju i przyznanie się greckiego rządu i banku centralnego do… bezradności.
W efekcie tzw. Trojka, czyli połączone instytucje – Unia Europejska, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Europejski Bank Centralny miały interweniować, udzielając pożyczek i nakazując oszczędności, głównie w systemie emerytalnym. Oczywiście, cięcia wydatków doprowadziły do obniżenia wzrostu gospodarczego i do dziś Grecja zmaga się ze skutkami tych radykalnych reform, do których przeprowadzenia została zmuszona. Poziom życia Greków poleciał jednak na łeb, na szyję.
Kolejnym przykładem kraju-dłużnika, który nie wywiązuje się ze swoich obowiązków wobec wierzycieli, jest Argentyna. Ten kraj w XX w. bankrutował podobno 10 razy, choć niektórzy ekonomiści uważają, że kilkanaście razy. Ale zaraz po ogłoszeniu niewypłacalności Argentyna ponownie wchodziła na rynki finansowe ze swoim nowym (i starym również) długiem, po czym znów miała problemy z jego obsługą, co powodowało kolejne bankructwa. Pisałem o tym m.in. w artykule tu, a także w artykule tu.
Nie ma co jednak aż tak daleko szukać. Również nasz kraj ma za sobą faktyczne bankructwo na przełomie lat 80. i 90. XX w., po zawaleniu się systemu komunistycznego. Sporo wysiłku zajęło polskim władzom i bankowi centralnemu wynegocjowanie w tamtym czasie z inwestorami zagranicznymi redukcji zadłużenia i rozłożenie spłaty na wydłużone okresy. Negocjacje odbywały się z Klubem Paryskim i Klubem Londyńskim, a wyniki przedstawiane były jako jeden z pierwszych sukcesów okresu transformacji.
Minęło od tego czasu 35 lat, ale rynki finansowe długo pamiętały, a może wciąż pamiętają, że Polska nie spłaciła kiedyś długów. Polski dług wyceniany był przez długi okres na relatywnie więcej niż dług naszych najbliższych sąsiadów, np. Czech czy Węgier. Nawet teraz płacimy za obligacje 10-letnie aż 6% w skali roku, choć np. Niemcy (będąc jednym z najmniej zadłużonych krajów w Strefie Euro) płacą raptem 2,8% w skali roku.
Czy na przyrost długu jesteśmy skazani? Nieuchronnie zbliżamy się do konstytucyjnej granicy 60% długo do PKB, co powinno spowodować konieczność dużych oszczędności. Nawet jeśli dostaniemy zgodę Unii Europejskiej na nieco większy poziom zadłużenia ze względu np. na wydatki na obronność, to i tak koszty obsługi tego długu będą nas coraz bardziej boleć. Już dziś mniej więcej co siódma złotówka z państwowego budżetu (powstającego głównie z podatków) idzie na spłatę odsetek od zaciągniętych kiedyś długów.
W 2013 r., kiedy dług publiczny zmierzał w stronę konstytucyjnego progu 60%, ówczesny rząd PO-PSL zdecydował o przekazaniu papierów wartościowych Skarbu Państwa o wartości 155 mld zł z OFE do ZUS. Te aktywa zostały następnie umorzone, co spowodowało spadek zadłużenia w relacji do PKB o 9 pkt proc. Groźba przekroczenia progu 60% została więc zażegnana, kolejne ryzyko nastąpiło w pandemicznym roku 2020, kiedy dług sięgnął ponad 57% PKB. W kolejnych latach udało się jednak zejść do niewiele ponad 49% PKB. Ponownie ta relacja zaczęła dynamicznie rosnąc od 2024 r.

Zredukować dług z kosmicznego poziomu – to możliwe? Ameryka pokazuje, że tak
Nikt nam długu nie spłaci. A wskaźniki zadłużenia jednak rosną. Na środki z OFE czy z prywatyzacji nie ma już raczej co liczyć. Jak pozbyć się więc tego nawisu w postaci coraz większego poziomu długu do PKB? Czy jest na to jakiś sposób, który nie będzie bardzo bolał, ani państwa, ani ludzi? Który nie będzie polegał na drakońskich oszczędnościach? Sposoby mogą być różne. Stosunek długu do PKB był zmniejszany w historii gospodarczej ostatnich dekad na wiele sposobów, nie zawsze bezbolesnych. Najczęstsze to:
• dynamiczny wzrost gospodarczy, który powoduje niemal samoczynny spadek relacji dług-PKB;
• działania po stronie fiskalnej – cięcia wydatków, wzrost obciążenia podatkami, plany oszczędnościowe;
• ogłoszenie niewypłacalności lub restrukturyzacja długu publicznego;
• dynamiczny wzrost inflacji, który obniża rzeczywistą wartość długu;
• represje finansowe.
Ostatni z tych punktów brzmi dosyć tajemniczo, ale potrafi być bardzo skutecznym narzędziem, jeśli kraj, który go zastosuje, jest zdeterminowany i dostatecznie aktywny na rynkach finansowych. Problem w tym, że mechanizm taki wymusza na inwestorach zgodę na niższe zyski z inwestycji w rządowy dług. Ta polityka kilkakrotnie została zastosowana na wielką skalę np. przez władze fiskalne i monetarne USA, co pozwoliło Stanom Zjednoczonym po II Wojnie Światowej znacznie zbić wysokość zadłużenia, które powstało z napompowania wydatków zbrojeniowych w latach 40. XX w. Jak to było możliwe?
Pomogło wiele czynników, na pewno przydatny okazał się dynamiczny wzrost gospodarczy w okresie prosperity lat 50. i 60. XX w. Nie zaszkodziła inflacja, która zmniejszyła realną wartość zadłużenia. Ale bardzo przydatny okazał się mechanizm represji finansowej. Dług USA z ponad 100% PKB pod koniec lat 40. spadł do niewiele powyżej 30% w II połowie lat 70. XX w. Czyli w ciągu dwóch zaledwie dekad relacja długo do PKB zmniejszyła się o niemal dwie trzecie. To ogromna różnica. Co mówią dane zebrane przez rządowy ośrodek FiscalData?
W podobnej skali dług USA w relacji do PKB spadł w II połowie lat 90. XX, kiedy udało się zbić tę relację z ok. 66% PKB w 1996 r. do zaledwie ok. 55% PKB w 2001 r. To z jednej strony wysiłki administracji Billa Clintona, który zwracał szczególną uwagę na równoważenie finansów publicznych i ograniczanie skali deficytu budżetowego, a drugiej strony efekt dobrej koniunktury w gospodarce. Potem jednak przyszedł atak na WTC i długi USA zaczęły znów rosnąć.
Poziom PKB Ameryki w 2024 r. wyniósł 28,8 biliona dolarów, zaś kwota długu – 35,5 biliona dolarów. W rezultacie stosunek długu do PKB wyniósł na koniec 2024 r. kosmiczne 123%. Nie jest to jednak rekordem, bo 126% długu w relacji do PKB zostało zanotowane wcześniej – w pandemicznym roku 2020.

Oczywiście tak znacznie podwyższona relacja długu do PKB i przyrost nominalnej wartość zadłużenia to rosnący problem dla finansów publicznych, nawet w tak wielkim organizmie gospodarczo-finansowym, jakim są USA. Rządowy ośrodek FiscalData podsumowuje dane o zadłużeniu publicznym w kraju następującą uwagą:
„Koszty odsetek w tym okresie pozostały dość stabilne ze względu na niskie stopy procentowe i opinię inwestorów, że rząd USA ma bardzo niskie ryzyko niewypłacalności.”
Jednak stabilna sytuacja może się szybko zmienić. Na wykresie poniżej widać, jak podwyżki stóp procentowych w wyniku nadmiernego wzrostu inflacji powodują wzrost kosztów odsetek, co w konsekwencji uderza w poziom całości zadłużenia. Przy wysokim poziomie zadłużenia zupełnie inaczej wyglądają odsetki oprocentowane na 2,35%, a inaczej, gdy sięgają 3,32%.

Represja finansowa jako „bezbolesny” sposób na długi?
Nie ma łatwego środka radzenia sobie z nadmiernym poziomem zadłużenia. Gdyby taki środek był, wszystkie kraje szybko by go zastosowały. Mechanizm represji finansowej polega na sterowaniu przez państwo poziomem oprocentowania swojego długu. Czyli – to nie rynek wyznacza koszty zaciągania długu, tylko rząd „nakłania” rynek do tego, żeby te koszty wyniosły tyle, ile chciałby rząd. Oczywiście znacznie poniżej realnych stóp procentowych, które normalnie funkcjonowałyby w gospodarce. Obsługa długu staje się tańsza, a przy inflacji – spada poziom długu.
Nie są to metody przyjazne dla rynku i instytucji finansowych w gospodarkach wolnorynkowych. O ile łatwiej znaleźć uzasadnienie dla zastosowania radykalnych metod po okresie wojny, jak w USA w latach 40. i 50. XX w., o tyle trudniej wytłumaczyć inwestorom konieczność zastosowania ich w normalnej sytuacji gospodarczej. Represję finansową stosowały kraje europejskie przyduszone drogim w obsłudze długiem po kryzysie finansowym z lat 2008-2009. Był to przypadek Wielkiej Brytanii, Włoch i Hiszpanii. Metodę tę stosuje często Argentyna, jednak wciąż ma podobne, powtarzające się budżetowe problemy.
Ktoś spyta, jak to możliwe, że rząd może wpływać na to, jak rynek wycenia oprocentowanie w gospodarce. Przecież inwestorzy muszą zgodzić się na to, żeby zarobić mniej na kupowaniu długu rządowego. Czasem nawet prawie w ogóle nie zarabiają. Ale jeśli takie „regulacje” stosuje kraj bogaty, duży, w którym kapitał chętnie się chroni przed ryzykiem, inwestorzy je z musu akceptują. Atutem jest wtedy np. możliwość ulokowania pieniędzy w bezpiecznych rządowych aktywach. Tak było, gdy w świecie zachodnim przed pandemią królowały ujemne stopy procentowe. Wówczas emitowane były obligacje rządowe z ujemnym oprocentowaniem.
Represje finansowe są jednak kosztownym gospodarczo sposobem na obniżenie długu, ponieważ zniechęcają do bardziej produktywnego wykorzystania oszczędności. Zamiast na inwestycje, innowacje, nowe technologie pieniądze trafiają do budżetowego worka na spłatę zobowiązań. Ekonomiści liczą straty gospodarcze z tym związane i wychodzi im, że mogą być one większe niż zyski finansów publicznych.
Według jednego z opracowań MFW, liczba krajów na świecie, które stosowały jakieś mechanizmy kontroli oprocentowania długu, znacznie spadła w latach 80. i 90. XX w. Po 1995 r. mniej niż jedna czwarta krajów utrzymywała jakieś ograniczenia. W 1999 r. wskaźnik ten ustabilizował się na poziomie ok. 17-18%, zwiększając się do 25% dopiero po kryzysie finansowym lat 2008-2009. Indeks obejmuje roczne dane dla 90 gospodarek w ciągu 45 lat, od 1973 do 2017 r.
Autorzy zbadali także wpływ utrzymywania ograniczeń lub liberalizacji przepływów kapitałowych na wzrost gospodarczy. Okazało się, że średnia roczna stopa wzrostu PKB jest w kształcie litery. Realny wzrost PKB spadł między 1973 a 1991 r., kiedy miała miejsce największa fala liberalizacji, ale był wyższy ponownie po 1993 r., kiedy liczba krajów utrzymujących kontrolę stóp procentowych zmalała jeszcze bardziej. Średnio wzrost PKB na mieszkańca był o 0,52 pkt proc. wyższy, jeśli nie było ograniczeń stopy procentowej. Na wykresie poniżej widać średni wzrost w krajach z pełną liberalizacją stóp procentowych (linia niebieska) oraz w krajach utrzymujących ograniczenia (linia pomarańczowa).

Potrzebne zerowe lub ujemne stopy procentowe?
Jakie warunki są najlepsze dla przeprowadzenia operacji represji finansowej? Zbadali to ekonomiści pod kierunkiem Carmen Reinhart z Uniwersytetu Harvarda. Klasyczna analiza tego problemu opublikowana w 2011 r., czyli w okresie po wielkim kryzysie finansowym, pokazała, że najbardziej efektywnym sposobem redukcji długu publicznego jest środowisko zerowych albo wręcz ujemnych stóp procentowych przy równoczesnym występowaniu podwyższonej inflacji, która jednak nie powinna być zbyt wysoka.
„Represje finansowe są najskuteczniejsze w likwidowaniu długów, gdy towarzyszy im stała dawka inflacji. Niskie nominalne stopy procentowe pomagają obniżyć koszty obsługi długu, podczas gdy wysoka częstość występowania ujemnych realnych stóp procentowych likwiduje lub obniża realną wartość długu rządowego.”
Represje finansowe mogą przyjąć postać pożyczek dla rządu udzielanych przez krajowe instytucje finansowe, takie jak fundusze emerytalne lub krajowe banki. Mechanizm zakłada sugerowane limity stóp procentowych, a także regulacje przepływów kapitału z zagranicy. Bardzo ważna jest też ścisła współpraca między rządem a bankami, albo poprzez faktyczne posiadanie lub kontrolowanie niektórych banków (np. w Polsce trzy największe instytucje finansowe są kontrolowane przez rząd – PKO BP, Bank Pekao, PZU), albo poprzez silną „perswazję moralną”, jak to nazywają autorzy opracowania.
Państwo może stosować również regulacje powiązane z wysokimi wymogami dotyczącymi rezerw lub limitów płynności banków (żeby zachęcić je do kupowania rządowych papierów dłużnych), a także wszelkiego typu podatki od transakcji papierami wartościowymi czy zakaz zakupów złota (jak w USA od 1933 do 1974 r.). Jednym ze sposobów stosowanych w ramach represji finansowych jest umieszczanie w kontrolowanych przez państwo instytucjach długu rządowego, który nie jest przeznaczony do sprzedaży na rynkach i musi pozostać w danej instytucji.
Autorzy stawiają tezę, że represjom finansowym sprzyja połączenie wysokiego zadłużenia w gospodarkach rozwiniętych i gwałtownych napływów kapitału do krajów wschodzących (a tym samym nacisków na interwencje walutowe i kontrolę kapitału). Kraje wschodzące mogą szukać pomocy w regulacjach finansowych, aby utrzymać kapitał międzynarodowy (zwłaszcza ten spekulacyjny) „na zewnątrz”. Kraje rozwinięte mogą dzięki temu łatwiej utrzymać kapitał „w środku” i stworzyć warunki do finansowania wysokiego poziomu długu publicznego przez kapitał krajowy.
Jednym z celów represji finansowej jest utrzymanie realnych, ale też nominalnych, stóp procentowych niższych niż w normalnych rynkowych okolicznościach. Ujemne realne stopy procentowe w latach 1945-1980 i ponownie po 2008 r. umożliwiły spektakularny spadek zadłużenia nie tylko Stanom Zjednoczonym, ale także innym największym gospodarkom rynkowym. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że likwidacja długów w wyniku zastosowania mechanizmu represji finansowej jest to tak naprawdę rodzaj transferu pieniędzy od wierzycieli, czyli oszczędzających do pożyczkobiorców.
Taki transfer, czy inaczej po prostu podatek, ma szczególne cechy, które mogą podobać się politykom. W przeciwieństwie do podatków dochodowych, VAT czy akcyzy, stawki podatku „represyjnego” są określane przez regulacje finansowe i poziomy inflacji, które są nieprzejrzyste dla społeczeństwa. Dzięki temu łatwiej można udawać, że takiego podatku właściwie nie ma:
„Biorąc pod uwagę, że redukcja deficytu zwykle wiąże się z bardzo niepopularnymi redukcjami wydatków i (lub) podwyżkami podatków, relatywnie „ukryty” podatek represji finansowej może być bardziej akceptowalną politycznie alternatywą dla władz, które muszą zredukować zaległe długi.”
Podatek w takim nieformalnym kształcie łatwo było nakładać na społeczeństwa w okresie powojennym, bo ustanowiony w 1945 r. nowy system walutowy z Bretton Woods zakładał stałe kursy walutowe i ściśle kontrolowane krajowe i międzynarodowe rynki kapitałowe. Rezultatem było połączenie bardzo niskich nominalnych stóp procentowych i stosunkowo wysokiej inflacji, a papiery skarbowe emitowane były z niską lub nawet ujemną stopą procentową.
Grafika poniżej pokazuje rozkłady realnych stóp procentowych w okresie (1945-1980) i w latach następujących po liberalizacji finansowej lat 80. XX w. Widać powszechność niższych realnych stóp procentowych, a nawet ujemnych stóp, przed latami 80. XX w.
Realne stopy procentowe były ujemne przez ok. połowę badanego przez ekonomistów okresu, a przez ponad 80% tego czasu gospodarki rozwinięte miały realne stopy na poziomie zaledwie poniżej jednego procenta. Tym bardziej jest to dziwne, że po wielkim kryzysie finansowym w strefie euro były kraje pozostające niemal w przedsionku bankructwa. Mimo to regulacje wymuszały od rynków stosowanie bardzo niskich stóp procentowych. Rodzajem represji finansowej był tu udział krajów w strefie euro, który automatycznie zaniżał poziom stóp procentowych, np. w Grecji, we Włoszech czy Hiszpanii.
Według autorów badania kluczowym czynnikiem wyjaśniającym tę prawidłowość była postawa polityki pieniężnej i współdziałania z rządami banków centralnych. Europejski Bank Centralny niweluje poziomy oprocentowania, co pozwala oszczędzać na spłacie zadłużenia gospodarkom, które znajdują się w gorszej pozycji. W czasie po kryzysie finansowym lat 2008-2009 były to kraje południa Europy. Dodatkowo EBC silnie reguluje sektor bankowy w strefie euro, a realnie – w całej UE.

Czy Polska może stosować mechanizm represji finansowej?
Jak widać, represje finansowe są nie tylko ciekawym zjawiskiem z historii ekonomii. Mogą być stosowane całkiem skutecznie również w dzisiejszych czasach i pewnie wielokrotnie jeszcze będą stosowane w przyszłości przez kraje przyciśnięte do muru przez konieczność redukcji długu. Czy Polska mogłaby użyć takiego mechanizmu do zredukowania swojego zadłużenia? Nasz kraj oczywiście nie ma takiej pozycji na rynku długu jak USA, więc nigdy nie będzie tu rozgrywającym, ale w naszej niewielkiej w porównaniu z USA gospodarce jakieś formy represji finansowej też są możliwe.
Dług amerykański jest chętnie kupowany przez wszystkie kraje, banki centralne i instytucje finansowe na świecie, a przy takiej skali popytu i traktowania długu jako globalnej „bezpiecznej przystani” łatwiej rządowi amerykańskiemu o stosowanie „perswazji” wobec rynków, co może prowadzić do obniżenia oprocentowania. Polska co prawda nie ma problemów ze sprzedażą swoich papierów skarbowych, a Ministerstwo Finansów może spokojnie uplasować na rynkach kolejne emisje długu, ale musi się często godzić na wyższe, czasem znacznie wyższe niż na rozwiniętych rynkach, oprocentowanie obligacji.
W tym sensie mechanizm długu wpisany do Krajowego Planu Odbudowy KPO jest dla nas korzystny, bo twórczo wykorzystuje zasady represji finansowej. Dług zaciągany pod parasolem unijnym dla wielu krajów będzie po prostu tańszy, bo oprocentowanie będzie unijne, a nie np. polskie, które znacznie różni się od stóp procentowych obowiązujących w strefie euro.
Polska ma teoretycznie warunki do stóp „represyjnych”. Ma dosyć efektywny krajowy rynek finansowy, a instytucje finansowe nastawione są na ścisłą współpracę z rządem. Dwa największe banki, PKO BP i Bank Pekao, są kontrolowane przez państwo, mimo że są sprywatyzowane, a ich akcje notowane są na GPW. Rząd kontroluje również takie instytucje jak Alior Bak (poprzez PZU), BOŚ, Bank Pocztowy, a także jest właścicielem BGK. W takiej sytuacji potencjalna perswazja rządu jest bardzo ułatwiona. Przykład? Okres pandemii. Czy warto ją stosować obecnie?
Widać w badaniach ekonomistów, że represje finansowe są z jednej strony korzystne, bo obniżają poziom zadłużenia, ale jednak w efekcie mogą znacznie zmniejszyć dynamikę wzrostu gospodarczego. Co opłaca się bardziej? Iść na zwarcie z rynkiem finansowym czy zgodnie z jego naturalnym kierunkiem rozwoju? Sprawdziłaby się tu chyba jednak zasada ekonomicznych liberałów: „mniej regulacji, mniej państwa, więcej wolnego rynku – większe długoterminowe możliwości rozwoju gospodarki”. Problem tylko w tym, że tendencje liberalne i wolnorynkowe są ostatnio w odwrocie, i to nie tylko w Polsce. Królują regulacje.
Zwolennicy interwencjonizmu państwowego odpowiedzieliby pewnie, że zbyt wysoki dług ciąży gospodarce i nie pozwala się jej rozwijać, a poza tym, jeśli można dosyć bezboleśnie i niezauważalnie dla społeczeństwa, bez drakońskich oszczędności, pozbyć się długu, to – dlaczego nie. Poza tym: „państwo i tak wie lepiej, czego potrzebuje gospodarka”… I nawet jeśli ktoś nie zgadza się z taką opinią, to jest ona często dosyć powszechna wśród polskich polityków w ostatnich dekadach.
Pozostaje kwestia reputacji wśród uczestników rynków finansowych. Co wolno Stanom Zjednoczonym czy innym najbardziej dojrzałym rynkom, to niekoniecznie uchodzi mniejszym gospodarkom, które są bardziej uzależnione od przypływów i odpływów kapitału krótkoterminowego i nie są rodzajem „bezpiecznej przystani”. W sytuacji Polski pewnie lepiej byłoby za bardzo aż z takim nierynkowym mechanizmem nie szaleć. Chyba że – sytuacja nas do tego zmusi…
PRZECZYTAJ WIĘCEJ NA TEN TEMAT:
OBEJRZYJ ROZMOWY NA TEN TEMAT:
O mechanizmie represji finansowej ciekawie opowiada podcast ośrodka badawczego GRAPE:
Źródło zdjęcia: Isaac Lind/Unsplash




