Obligacje to od ponad 20 lat ważny element mojego prywatnego portfela inwestycji. Teoretycznie to ta bezpieczniejsza część pieniędzy, choć wydarzenia ostatnich miesięcy pokazują, że na niektórych obligacjach można też – przynajmniej przejściowo – sporo tracić. Ale mimo wszystko na dłuższą metę spodziewam się po nich stosunkowo niewielkiej wahliwości i porządnych, stabilnych zysków. Dziś dwa słowa o tym, jak wygląda mój portfel obligacji
Kto czyta „Subiektywnie o Finansach” od lat, zapewne słyszał o samcikowej zasadzie czterech ćwiartek. Polega ona na tym, że inwestycje dzielę na cztery części, licząc na to, że za 15-20 lat, gdy pieniądze będą mi potrzebne, przynajmniej jedna z tych ćwiartek okaże się hitem. A przynajmniej jedna – porażką. Która będzie hitem? Tego nie wiem, dlatego obstawiam wszystkie.
- Kiedy powinieneś się zastanowić nad zmianą banku? Osiem sygnałów. Dlaczego Polacy często biorą „ślub z bankiem” na całe życie? [POWERED BY UNICREDIT]
- Od dłuższego czasu usilnie główkujesz, w co by tu zainwestować, żeby nie stracić? Te liczby mówią: „przestań się wreszcie zastanawiać” [POWERED BY UNIQA TFI]
- Jesteś na początku swojej drogi zawodowej? Oto Twoja checklista na bezpieczną podróż przez życie. Osiem ważnych punktów! [POWERED BY PZU]
Pierwsza ćwiartka to oczywiście bankowe depozyty (dają pewny procent, ale nie obronią przed dewaluacją oraz hiperinflacją). Druga to obligacje (w miarę bezpieczny dochód, ale z ryzykiem niewypłacalności emitentów). Trzecia to akcje (ryzyko wahliwości, ale duże prawdopodobieństwo pobicia inflacji w długim okresie, bo wartość spółek rośnie „inflacyjnie”). A czwarta to inwestycje alternatywne – od nieruchomości poprzez metale szlachetne aż po alkohole inwestycyjne (realne aktywa, niepodatne na dodruk pieniądza).
Portfel obligacji Samcika: trzy części układanki
Dziś opowiem o części obligacyjnej. W jej budowie od pewnego czasu towarzyszy mi Michael / Ström Dom Maklerski (partner akcji edukacyjnej, której częścią jest niniejszy tekst). To największy niebankowy Dom Maklerski z porządną ofertą obligacji emitowanych przez polskie firmy (na rynku pierwotnym i z drugiej ręki). Większość obligacji emitowanych przez polskie firmy, które włożyłem do portfela, mam na rachunku w Michael / Ström Dom Maklerski.
Skąd w ogóle pomysł, by inwestować w obligacje korporacyjne, czyli emitowane przez firmy? Co prawda nie są to instrumenty bez ryzyka, ale zapewniają solidny dochód i pozwalają mi zróżnicować moje inwestycje w obligacje. Gdybym miał tylko obligacje Skarbu Państwa, to być może zarobiłbym więcej (są nierynkowo wysoko oprocentowane), ale mimo wszystko nie spałbym spokojnie. Moje pieniądze są bezpieczniejsze, gdy rozkładam je w wielu miejscach.
Obligacje korporacyjne stanowią mniej więcej jedną trzecią wszystkich moich inwestycji w obligacje (obecnie – jak policzyłem – jest to dokładnie 30%. Kolejne 35% to obligacje oszczędnościowe Skarbu Państwa (głównie antyinflacyjne, dziesięcioletnie EDO oraz dwunastoletnie ROD), zaś reszta to fundusze inwestycyjne lokujące w polskie obligacje oraz w obligacje rządowe i „prywatne” z całego świata (w proporcji pół na pół, mniej więcej po 17% portfela).
Każda z tych trzech części portfela zarabia inaczej. Obligacje skarbowe mają oprocentowanie uzależnione od poziomu inflacji. Fundusze inwestycyjne rosną i spadają w rytm oczekiwań na wzrost lub obniżki stóp procentowych w różnych krajach oraz w zależności od zmian kursów walut. Zaś obligacje korporacyjne przynoszą dochód uzależniony od wskaźnika WIBOR. Rozłożenie pieniędzy między te trzy grupy inwestycji pozwala mi otrzymywać stabilny dochód w długim okresie. Choć – niestety – nie chroni przed wstrząsami w krótkim.
Pożyczać branży finansowej: czy to grzech?
Mój portfel obligacji emitowanych przez firmy liczy obecnie mniej więcej dziesięć pozycji. W ostatnich miesiącach kilka emisji zakończyło żywot, a jeszcze nie znalazłem nic „na zamianę”. Ze względu na ograniczoną liczbę branż, które oferują zwykłym ludziom obligacje, skupiłem się tylko na dwóch sektorach gospodarki – finansowym (60%) i deweloperskim (40%). Dlaczego akurat na tych? Bo tylko w ich przypadku byłem w stanie zbudować jako taką dywersyfikację (a więc wybrać wśród dość licznych emitentów przynajmniej kilku takich, w których obligacje zainwestuję).
Nie traktujcie tego, co tutaj piszę jak rekomendacji. To, że akurat u mnie w portfelu obligacji są takie, a nie inne branże, jest kwestią dostępności i moich osobistych preferencji dotyczących m.in. ryzyka – niekoniecznie to, co jest dobre dla mnie, może być dobre dla kogoś innego. Przykłady mają posłużyć tylko temu, żeby zwizualizować Wam sytuację.
Ze spółek finansowych wybrałem obligacje średniej wielkości państwowego banku (oprocentowanie WIBOR plus 2,8%) oraz lidera branży windykacyjnej (oprocentowanie WIBOR plus 3,3%). Mam też obligacje największej firmy ubezpieczeniowej (WIBOR plus 1,8%), w najbliższym czasie dokupię na rynku wtórnym jeszcze obligacje jednego z banków. Nie wziąłem natomiast obligacji żadnej firmy pożyczkowej – jak dla mnie są zbyt ryzykowne.
Liderzy w swoich segmentach rynku finansowego to pewne pozycje w moim portfelu – trudno sobie wyobrazić ich bankructwo. Bank co prawda nie jest gigantem, ale to państwowa instytucja, która oferuje znacznie wyższe oprocentowanie obligacji niż największe banki notowane na rynku Catalyst (których obligacje mógłbym kupić na rynku wtórnym).
W przypadku większości firm finansowych wygląda na to, że wyższe stopy procentowe raczej napędzają ich biznes, niż mu szkodzą. Obecnie moje obligacje spółek z rynku finansowego dają odsetki rzędu 10% w skali roku. Po dołożeniu obligacji jeszcze jednego banku ten procent nieco spadnie (jego obligacje mają niższą rentowność).
Czy ryzykowna branża może dać (trochę) bezpieczne obligacje?
Branża deweloperska to bardziej ryzykowna część mojego portfela obligacji korporacyjnych. I – szczerze pisząc – jej budowie najbardziej przydało mi się wsparcie Michael / Ström Dom Maklerski. Po pierwsze ze względu na szerokość oferty z rynku pierwotnego i możliwość dokupienia brakujących elementów na rynku wtórnym. A po drugie ze względu na porządny serwis, który otrzymuje tam każdy klient.
Wybierając deweloperów do portfela obligacji, potrzebowałem naprawdę dobrej dywersyfikacji – nie mając za plecami wsparcia ludzi, którzy każdą ze spółek prześwietlają pod lupą, sam bym pewnie aż tak wielopłaszczyznowo do niej nie umiał podejść.
Ze względu na ryzyko wiążące się z obligacjami firm deweloperskich (to branża podatna na wahania koniunktury) postanowiłem rozłożyć pieniądze między papiery firm budujących mieszkania, speców od powierzchni handlowych i magazynowych oraz na tych, którzy budują lub zarządzają hotelami i ośrodkami wypoczynkowymi.
Na to nałożyłem jeszcze filtr zabezpieczeń – w przypadku firm, które nie są liderami rynkowymi, brałem tylko obligacje, które mają osobne zabezpieczenie na hipotece nieruchomości, z dużą nawiązką przekraczające wartość emisji. No i też odrzuciłem inwestycje w firmy, których cash-flow i relacja skali biznesu do wartości zadłużenia wyglądała ryzykownie. To oczywiście nie oznacza, że moje pieniądze są w pełni bezpieczne. Ale bez ryzyka nie da się wycisnąć oprocentowania rzędu WIBOR plus 4,5-6%, bo tyle płacą dziś firmy deweloperskie.
W moim portfelu znalazły się obligacje dwóch średniej wielkości deweloperów oferujących obligacje z oprocentowaniem WIBOR plus 4,7% oraz WIBOR plus 4,25%, rynkowego potentata na rynku mieszkaniowym z rentownością WIBOR plus 4,5% oraz niewielkiego operatora hotelowego (WIBOR plus 6,5%). Obecna rentowność tego portfela to ok. 12% w skali roku. To niezły wynik, o ile oczywiście nie nastąpi jakieś bankructwo (wtedy muszę być gotowy na stratę części pieniędzy, rzadko się zdarza bankructwo „na 100%”, nawet obligatariusze Getback odzyskają część kasy).
Czytaj też: Rynek nieruchomości słabnie. Skorzysta rynek obligacji korporacyjnych?
Ale oczywiście tego nie zakładam – firmy prześwietliłem z pomocą domu maklerskiego, pieniądze rozłożyłem mniej więcej symetrycznie (po 10% portfela na spółkę). Wychodzę z założenia, że nawet w przypadku nieruchomościowej bessy firmy mają jeszcze pieniądze na kilka lat (bo są po siedmiu latach gigantycznej hossy i „jechania” na wysokich marżach). Tzw. duration mojego portfela to ok. trzy lata. Gdybym nic z nim nie robił, to po takim czasie odzyskam wszystkie pieniądze.
——
ZAPROSZENIE:
W czasie wysokiej inflacji i rosnących stóp część pieniędzy trzymam w aktywach, z których dochód jest uzależniony od wskaźnika WIBOR. Należą do nich obligacje trzyletnie, o których pisałem tutaj oraz obligacje emitowane przez firmy. Więcej o nich pisałem tutaj. Do inwestowania w obligacje korporacyjne polecam Michael / Ström Dom Maklerski. Z jego pomocą kupiłem większość obligacji korporacyjnych w moim portfelu. Każdy klient dostaje doradcę, którego można zasypać pytaniami (to duże wsparcie). Do tego mają wygodny system umożliwiający kupowanie obligacji przez internet. I kilka nowych propozycji inwestowania oszczędności w każdym miesiącu oraz rozbudowany rynek wtórny (czyli można odkupić obligacje od innego klienta domu maklerskiego albo od samego Michael / Ström. Można to wszystko przetestować pod tym linkiem. Warto przynajmniej rozważyć, bo obligacje oparte na wskaźniku WIBOR mogą być jednym ze sposobów ścigania wysokiej inflacji. Choć oczywiście NIE jest to sposób inwestowania chroniący przed ryzykiem straty.
——
Portfel obligacji z lotu ptaka. Wysokie czy niskie loty?
Patrząc z góry na cały mój portfel obligacji korporacyjnych, mam nadzieję, że w erze dość wysokiej inflacji będzie wykręcał ok. 10% rentowności w skali roku (obecnie jest to niecałe 11%). Idealną sytuacją byłoby zwiększenie liczby emitentów do ok. dziesięciu, ale już ich obecna liczba – przy takiej rentowności jak dziś – oznacza, iż jednoroczny zysk amortyzuje ryzyko wynikające z potencjalnej upadłości jednego emitenta i straty wszystkich pieniędzy.
Innymi słowy – rok w rok zarabiam tyle, ile by wystarczyło, żeby pokryć straty z jednej upadłości. Oczywiście: ryzyko, że się coś takiego wydarzy, nie jest duże, bo staram się tak budować portfel, by potencjalnych bankrutów tam nie było. Ale nawet gdyby stało się coś złego, to w najgorszym razie przy jednej upadłości skasuje mi się jednoroczny zysk z tej części portfela.
Czytaj też: Kiedy warto kupić obligacje korporacyjne? Jakie są ich plusy i minusy?
Pamiętajcie też, że portfel obligacji korporacyjnych z obecną rentownością ok. 11% w skali roku to tylko jedna trzecia moich „włości”. Jakieś 35% pieniędzy mam zainwestowane w obligacje Skarbu Państwa z rentownością 10,5% w skali roku (i będzie rosnąć, bo w różnych momentach tego roku oprocentowanie będzie się aktualizowało o bieżącą wartość inflacji).
Fundusze inwestujące w obligacje są w sumie najmniej stabilną częścią portfela. Ich notowania wahają się ostatnio mocno (w skali roku są porządne kilka procent pod wodą), ale dzięki dywersyfikacji walutowej, regionalnej oraz na poziomie funduszy (mam ich kilka, zarówno od polskich, jak i zagranicznych dostawców, takich jak BlackRock czy Franklin Templeton) – wierzę, że w długiej perspektywie ta część przyniesie ok. 6-8% zysków w skali roku.
Czy to mało? Na pierwszy rzut oka tak, ale warto pamiętać, żeby porównywać bieżące oprocentowanie obligacji w skali roku nie do dzisiejszej inflacji (bo ten wskaźnik pokazuje przeszłość), lecz do przyszłorocznej. Jeśli za rok wskaźnik inflacji wyniesie np. 9%, a dziś mam zafiksowany dochód np. 10%, to utrzymam realną wartość pieniądze, mimo że dziś inflacja wynosi 15%.
Zobacz też rozmowę live o obligacjach korporacyjnych. Maciej Samcik i Szymon Gil:
Akcja „obligacja”, czyli portfela stabilizacja
Portfel obligacji nie pobije 15-procentowej inflacji, ale – powiedzmy sobie szczerze – tak wysokiej inflacji żadna inwestycja nie przebije (no, może poza inwestycją w siebie). Natomiast stabilne, w miarę bezpieczne 10% zysku rocznie stabilizuje tę część mojego portfela, która jest wystawiona na znacznie większe ryzyko wahliwości – czyli fundusze akcji, ETF-y i akcje. W tamtej części portfela czasem jest +50%, a czasem -30% zmiany wartości. Dzięki części depozytowej oraz obligacyjnej i inwestycjom alternatywnym oraz walutowym – cały portfel zachowuje się znacznie spokojniej.
Bo tu chodzi głównie o święty spokój. Stress-testem są dla mnie krachy (których w swojej historii przeżyłem ze cztery). Jeśli rynek akcji spada o 30-35%, a mój portfel – dzięki dywersyfikacji na różne klasy aktywów, regiony, waluty – traci tylko 3-4% (a tak było ostatnio przy okazji krachu covidowego), to znaczy, że dobrze wykonałem robotę i mogę spać spokojnie. Oczywiście to działa w obie strony. W dobrych czasach ten portfel też nie będzie dawał krociowych zysków. W długiej perspektywie ma bić inflację o kilka punktów procentowych.
——–
Podcast: Czy pożyczanie pieniędzy dużym firmom może ochronić oszczędności przed inflacją?
W tym odcinku podcastu „Finansowe sensacje tygodnia” skupiamy się na tym, jak ochronić pieniądze przed inflacją. Wśród długoterminowych inwestycji, które na to pozwalają, są akcje spółek dywidendowych, obligacje skarbowe, obligacje emitowane przez przedsiębiorstwa, nieruchomości, metale szlachetne… Dziś przyglądamy się obligacjom korporacyjnym. Ile można zarobić? Dlaczego takie obligacje mogą być ochroną przed inflacją? Jakie jest ryzyko? Ile trzeba mieć pieniędzy, żeby zainwestować? W odpowiedzi na te pytania pomaga nam Szymon Gil z Domu Maklerskiego Michael / Ström, największego niebankowego domu maklerskiego (i czwartego na rynku w ogóle), który oferuje obligacje korporacyjne zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym. Zapraszam do posłuchania podcastu pod tym linkiem.
——————–
Artykuł powstał w ramach cyklu edukacyjnego poświęconego obligacjom korporacyjnym realizowanego wspólnie przez „Subiektywnie o Finansach” oraz Michael / Ström Dom Maklerski, lidera na rynku obligacji korporacyjnych wśród niebankowych domów maklerskich. M/S Dom Maklerski od 2015 r. oferuje profesjonalne usługi bankowości inwestycyjnej dla firm i unikalne produkty inwestycyjne dla osób indywidualnych. Ponad 2000 klientów prywatnych i firm zainwestowało z M/S Dom Maklerski ponad 3,5 mld zł.

zdjęcie tytułowe: 15299/Pixabay

