Fundacja Instrat obliczyła, że państwowe firmy energetyczne w grudniu zarobiły na drogim prądzie 4 mld zł, zwiększając swoje marże. Chodzi o tych samych państwowych energetyków, którzy na billboardach „płaczą”, że prąd jest drogi przez… Unię Europejską. Teraz – broniąc się przed zarzutami – publikują oświadczenie, w którym zarzucają fundacji koloryzowanie. Kto ma racje w tym sporze? Fundacja Instrat czy państwowe elektrownie? Emocje na bok. Czas na liczby!
Fundacja Inicjatyw Strategicznych Instrat wzięła pod lupę grudniowe ceny prądu na Towarowej Giełdzie Energii. Eksperci obliczyli, że typowa polska elektrownia węglowa (a przecież głównie takie mamy) osiągnęła w tamtym miesiącu marżę przewyższającą o 70% koszty wytwarzania energii. A to oznaczałoby, że zyski koncernów energetycznych ze sprzedaży prądu wyniosły tylko w tym jednym miesiącu aż 4 mld zł. Znacznie więcej, niż w poprzednich miesiącach.
- Kiedy powinieneś się zastanowić nad zmianą banku? Osiem sygnałów. Dlaczego Polacy często biorą „ślub z bankiem” na całe życie? [POWERED BY UNICREDIT]
- Od dłuższego czasu usilnie główkujesz, w co by tu zainwestować, żeby nie stracić? Te liczby mówią: „przestań się wreszcie zastanawiać” [POWERED BY UNIQA TFI]
- Jesteś na początku swojej drogi zawodowej? Oto Twoja checklista na bezpieczną podróż przez życie. Osiem ważnych punktów! [POWERED BY PZU]
„Jeśli hurtowa cena energii wynosiła 824 zł/MWh, a koszt paliwa z transportem i opłat za emisje CO2 wyniósł 484 zł/MWh, to wytwórcy prądu świetnie zarobili na jego produkcji” – argumentują eksperci. A przypomnijmy, że te same firmy „płaczą” na billboardach rozlepianych w całym kraju, że za drogą energię odpowiada… Unia Europejska. To właśnie te propagandowe billboardy sprowokowały fundację do sprawdzenia ile zarabiają producenci prądu.
No dobrze, ale warto byłoby wiedzieć kto ma rację? Czy to hipokryzja czy nieporozumienie? Czy polskie elektrownie mogłyby sprzedawać energię taniej? I czy rzeczywiście dopłacamy do ich zysków? Wyjaśniam.
Czy elektrownie rzeczywiście zarobiły 4 mld zł? Pewnie nie, ale…
Zrzeszająca państwowych energetyków organizacja PKEE tłumaczy, że nikt nie mógł zarobić 4 mld zł, bo aż tyle prądu i po tak wysokich cenach w grudniu na polskiej giełdzie energii nie sprzedano. Ale tak naprawdę nie o to chodzi, tylko o kosmiczną marżę na sprzedawanym prądzie. Fundacja Istrat tłumaczy, że koszt produkcji prądu był prawie o połowę niższy niż ceny hurtowe. To tak jakby Orlen sprzedawał nam litr benzyny po 10 zł, choć jego koszt produkcji to 6 zł. Można się wkurzyć.
Zarówno Fundacja Instrat, jak i PKEE zapomnieli powiedzieć, że ceny prądu w Polsce są kształtowane na giełdzie. Zupełnie tak, jak rynkowe ceny jabłek czy śrubek. Jeśli podaż jabłek jest mała (bo były przymrozki i jabłonki nie obrodziły), to cena jabłek będzie wysoka, w pewnym sensie niezależnie od tego, ile wyniosły koszty „produkcji”. To samo dotyczy cen prądu, które – co do zasady – są oderwane od kosztów wytworzenia (oczywiście one wpływają na ceny poprzez to, że im większa opłacalność, tym chętniej energetycy produkują większe wolumeny energii).
W dodatku, choć prąd jest taki sam, to cena może być inna w zależności od terminu lub pory dnia dostawy. Inna (niższa) jest cena prądu za megawatogodzinę w kontraktach, które przewidują dostawę poza godzinami szczytu (kontrakt Off-Peak, np. obecnie to 380 zł za MWh), a inna (wyższa) jest przy gwarancji dostawy w godzinach szczytu (obecnie 487 zł zł za MWh).
Najtańsza, praktycznie darmowa powinna być energia wytworzona ze źródeł odnawialnych, np. wiatraków czy fotowoltaiki. Te „urządzenia” nie potrzebują żadnych surowców, mają zerowe koszty zmienne, a wyprodukowany prąd jest praktycznie za darmo. Ale najpierw inwestorzy musieli wydać wagony pieniędzy na budowę farm OZE (i płacić odsetki od zaciągniętego długu). Np. inwestorzy farm wiatrowych na Bałtyku dostaną z naszych kieszeni 100 mld zł w ciągu kilkunastu lat. Ale gdy wiatraki zostaną „spłacone”, będą produkować prąd (prawie) bezkosztowo.
Dlaczego elektrownie nie mogą sprzedawać nam prądu „po kosztach”?
Wiemy już, że ceny prądu są rynkowe, a koszty produkcji są jakie są. Teraz przyjrzyjmy się marżom. 70% to bardzo wysoka marża, więcej niż mają krwiożerczy deweloperzy, którzy inkasowali 30%. A przecież firmy energetyczne to nie są „prywaciarze”, tylko nasze dobro wspólne, spółki kontrolowane przez Skarb Państwa. Jak wynika z wykresu Instrat, były okresy gdy marża „węglówek” była większa, np. kilkadziesiąt złotych za MWh, czasem jest ujemna, ale nigdy nie przekroczyła 50 zł. A w grudniu zarobek elektrowni wyniósł 340 zł za MWh.

Czy firmy energetyczne mogłyby obniżyć ceny prądu i np. sprzedawać nam go „po kosztach”? Z tym jest problem, bo prąd jest w Europie „dobrem globalnym”. Polska ma na granicy kilka połączeń z systemem europejskim (a nawet podmorski kabel ze Szwecją), dzięki którym prąd z Bełchatowa, czy Opola może być sprzedawany i transportowany do fabryki samochodów w Bawarii. Gdy na Zachodzie robi się drogo, to u nas też. I odwrotnie – gdy tam jest tanio, to my też kupujemy prąd tanio.
To, że jesteśmy w Unii Europejskiej, ma swoje plusy i… plusy ujemne. Akurat w grudniu wziął górę „plus ujemny”. Tak, jak Unię Europejską przecinają autostrady samochodowe, tak samo przecinają ją „autostrady” z prądem, czyli linie energetyczne. A prąd to towar tak, jak każdy inny. Kraje go sobie sprzedają i kupują niezależnie od tego, gdzie został wyprodukowany, po mniej więcej takich samych cenach.
Co prawda w Europie są różne giełdy energetyczne, ale mechanizmy rynkowe dbają o to, żeby ceny na nich zbytnio się nie różniły (gdy gdzieś jest trochę taniej, to od razu przenosi się tam popyt i ceny się wyrównują). Cenę prądu na polskiej Towarowej Giełdzie kształtują zasadniczo trzy firmy: PGE, Enea i Tauron. Te przedsiębiorstwa kontrolują ponad 60% tzw. mocy zainstalowanych (źródeł prądu, który trafia na giełdę, reszta to np. wiatraki) i odpowiadają za 70% energii wprowadzonej do sieci.
Czy jest możliwe, że te firmy – kontrolujące podaż energii – kręciły przy cenach? Zasadniczo to byłoby trudne: na rynku działa mnóstwo handlarzy prądem (w tym zagranicznych) i jeśli na polskiej giełdzie ceny stałyby się nienaturalnie wysokie, to kupowaliby prąd na innych giełdach, powodując szybki spadek ceny w Polsce. Tym niemniej…
„Urząd Regulacji Energetyki powinien się przyjrzeć tej sytuacji, w Polsce mamy wysoką koncentrację firm na rynku energii, sytuacja była wyjątkowa, więc warto sprawdzić czy nikt nie wykorzystał swoje pozycji rynkowej”.
– mówi mi Aleksander Śniegocki, ekspert rynku energii. Warto chuchać na zimne, bo przecież manipulacje giełdowe i zmowy cenowe zdarzają się nawet na najbardziej „przejrzystych” rynkach.
Dlaczego mamy płacić cenę „z najdroższej europejskiej elektrowni”?
PKEE tłumaczy, że cenę hurtową na rynku energii elektrycznej de facto ustala najdroższa elektrownia wchodząca do europejskiego systemu energetycznego. To (podobno) ma głęboki sens.
„Chodzi o to, by zapewnić finansowanie elektrowniom, które pracują rzadko, ale muszą być przez cały czas w gotowości, żeby nie zabrakło prądu, gdyby nagle wzrósł popyt. Takie elektrownie mają wysokie koszty wytworzenia energii, bo one też muszą spłacić kapitał potrzebny na ich wybudowanie”
– mówi mi Aleksander Śniegocki. Jego zdaniem grudzień był wyjątkowym miesiącem, w którym trzeba było uruchomić mnóstwo rezerwowych elektrowni. Po co nam udział w tym mechanizmie? Nie lepiej się z niego wypisać i mieć tani prąd tylko z własnych elektrowni? Brzmi kusząco, ale to nieroztropne. Połączenia transgraniczne już nie raz ratowały nam skórę i chroniły przed blackoutem – import energii przydaje się, gdy mamy awarię połączoną z dużym popytem.

Jak mówi Aleksander Śniegocki – ekspert niezależny od PKEE i od Instrat – prąd w grudniu zdrożał przede wszystkim nie z powodu wzrostu cen praw do emisji CO2, nie z powodu drogiego węgla, nie z powodu „majstrowania” przy cennikach przez firmy energetyczne, ale z powodu… braku gazu.
Europa Zachodnia nie przygotowała się do zimy (magazyny były puste), Gazprom ograniczył podaż, więc żeby nie zabrakło prądu, Zachód musiał „włączyć” elektrownie węglowe. W dodatku we Francji „nawaliło” kilka atomówek. I prądu zaczęło brakować, a jego ceny wzrosły, w ślad za rosnącym popytem. Ale pierwszym klockiem tego domina był brak gazu. Wysokie ceny CO2 dołożyły swoją cegiełkę, ale nie były decydujące.
Czy elektrownie wydoiły nas na 4 mld zł? I gdzie są te pieniądze?
Czas spróbować odpowiedzieć na tytułowe pytanie. Czy elektrownie nas wydoiły na te 4 mld zł, a jeśli tak, to czy mogły postąpić inaczej? To źle postawione pytanie.
>>> Po pierwsze, firmy energetyczne nie mogły obniżyć marży, bo są częścią europejskiego mechanizmu cenowego. Rynek prądu w hurcie nie jest regulowany i jeśli ktoś był gotów prąd w cenie 850 zł za MWh kupić, to dlaczego firma miałby się zrzec tego zysku? Tym bardziej, że wzrost cen prądu nie dotyczył konsumentów, którzy są chronieni taryfami.
>>> Po drugie, firmy energetyczne nie kupują z dnia na dzień prądu, który nam (i firmom) sprzedają. Jego zakup kontraktują z dużym wyprzedzeniem, kilkumiesięcznym, kwartalnym, a nawet rocznym. Trzeba liczyć na to, że akurat w grudniu polska energetyka (w tym PGNiG) nie robiła dużych zapasów i nie kupowała energii na zapas po najwyższych cenach (np. w obawie, że zaraz będzie jeszcze drożej). Mamy obawy, że w PGNiG kupili na górce.
>> Po trzecie, nawet jeśli założyć, że polska energetyka doiła odbiorców, to doiła (również) odbiorców na zachodzie Europy. Z powodu braku gazu, cena prądu za Odrą aż po Lizbonę, była wyższa niż Polsce, choć w Polsce i tak było rekordowo drogo.

Ile drogiego prądu sprzedaliśmy na zewnątrz? Bardzo dużo, a wręcz rekordowo dużo. Według danych Europejskiej Sieci Operatorów Systemów Przesyłowych ENTSO-E, Polska wyeksportowała w grudniu (nie zawsze oznacza to sprzedaż) ok. 364 GWh (tyle wyniosło saldo, czyli różnica między importem, a eksportem). W listopadzie, gdy prąd marże wystrzeliły, było to jeszcze więcej, bo 505 GWh. Polska kiedyś była spichlerzem Europy. W grudniu była elektrownią awaryjną, która sporo zarabiała na sprzedaży prądu.
Ale czy eksport stanowił dużą cześć całej naszej produkcji? Według danych Polskich Sieci Elektroenergetycznych produkcja energii elektrycznej w grudniu 2021 r. wyniosła 16 654 GWh, czyli wyeksportowaliśmy 2% wyprodukowanego prądu. Niby niedużo w skali całego kraju, ale dla porównania w grudniu ubiegłego roku saldo wniosło 739 GWh, ale na rzecz importu energii.
Podsumowując: nawet jeśli firmy energetyczne zarobiły, to odbyło się to zgodnie z europejskimi zasadami, natomiast nie odbyło się to kosztem polskich konsumentów. Te zyski były „zasysane” od biznesowych odbiorców prądu w całej Europie (i to tylko tych, którzy kupowali energię po cenach bieżących, a nie po sztywnych lub wynikających z jakiejś średniej ceny z kilku miesięcy, w ramach zawartych kontraktów terminowych).
Korzystnego wpływu marż nie widać na razie ani w wynikach spółek energetycznych, ani w notowaniach giełdowych, które konsekwentnie od miesięcy spadają (wyniki grup energetycznych poznamy dopiero w drugiej połowie marca). A sytuacja w grudniu była wyjątkowa. Trzeba trzymać kciuki, by się nie powtarzała.
źródło zdjęcia: PixaBay

